Nasze hity
Moje wyprawy, zarówno do mniejszych sklepów, jak i wielkich centrów wydawania mamony polegają na nerwowym rozglądaniu się czy Młody (lat 2) jest dalej w wózku, czy może już oswobodził się z więzów; czy Młoda (lat 6) jest w zasięgu wzroku, czy może już zdążyła się zgubić; czy oboje psują coś cennego, czy tylko lekko deformują coś, na zakup czego ewentualnie będzie mnie stać. Czasami udaje się uciec niepostrzeżenie z miejsca zbrodni. A czasami... Trafia się na ekspedientkę, która na widok dzieci „na wolności” dostaje od organizmu zastrzyk adrenaliny, którego nie dałby jej skok na bungee.
Pamiętam okrzyk jednej pani, na granicy histerii, kiedy Młody zrzucił z półki samochodzik. Problem polegał na tym, że była to ceramiczna skarbonka, która nie lubi gwałtownych zetknięć z twardą powierzchnią. „A nie mówiłam! NIE MÓWIŁAM!!!” wydarła się na moje potomstwo. Nie wiem, co im mówiła, bo do sklepu dotarłam kilkanaście sekund później. Ale oburzenie na wydzierającą się sprzedawczynie mieszało się z przerażeniem: ile takie cholerstwo może kosztować? I czemu tak drogo?
Zdarzają się oczywiście ekspedientki anioły, które z absolutnie niewymuszonym uśmiechem oświadczają, że nie ma problemu, nic się nie stało, pani się nie przejmuje, ja sobie zaraz z powrotem zawieszę ten czterometrowy plakat reklamujący najnowszą kolekcję, przecież to tylko dziecko, nie chciało. Ale anioły to rzadki gatunek, nie ma sensu liczenie na to, że trafi się na tak niebiańsko usposobioną istotę w każdym sklepie.
A szkoda. Gdyby ktoś puścił w świat listę sklepów z aniołem stróżem wśród zatrudnionych, rodzice waliliby tam jak w dym, nawet jeśli nie mieli by ochoty zakupić tam czegokolwiek. Po prostu wybraliby się dla czystej przyjemności przejścia się między półkami bez oczopląsu.


















