AAA
fot. sxc.hu
To, co o żywności modyfikowanej genetycznie mówią jej przeciwnicy, zwolennicy uważają za tak straszne, że aż śmieszne. Argumenty za nią drugiej stronie wydają się z kolei tak śmieszne, że aż straszne – pisze publicysta magazynu
KAWA Marek Rabij.
Weź nieco lipidów, byle świeżych i dobrej jakości. Dodaj dowolną porcję białka pochodzenia zwierzęcego i odrobinę substancji organicznych, oczywiście również świeżych. Wszystko podgrzej do temperatury powyżej 42 stopni Celsjusza i następnie – w zależności od gustu – zmień stan skupienia na emulsję bądź ciało stałe. Jeśli jeszcze nie zorientowaliście się o czym mowa, podpowiadamy – to przepis na jajecznicę na maśle.
Smacznie nie brzmi, ale przecież język chemii nie musi pobudzać apetytu. Języka genetyki również nie tworzono z myślą o smakoszach pokroju Curnonsky’ego. Słowa mają jednak wielką moc oddziaływania i pewnie dlatego gdy mowa o żywności genetycznie modyfikowanej większość konsumentów, zamiast korzyści, widzi natychmiast mniej lub bardziej apokaliptyczne wizje zagrożeń. Fakt, że w tym przypadku szklanka zwykle bywa do połowy pusta naturalnie wkurza producentów żywności. Genetyka zajęła się przecież kucharzeniem po to, by poprawić to, co schrzaniła natura lekceważąc kategorie efektywności biznesowej – czyli zbyt szybko psujące się warzywa i owoce, zboża nieodporne na pierwsze z brzegu szkodniki czy trzodę chlewną, która bezczelnie nie chce rosnąć i tyć w nieskończoność.
Większość konsumentów krzywiących się na genetyczny gwałt na naturze nie wie przy tym, że pierwszy produkt modyfikowany genetycznie zawitał na półkach sklepowych już w 1994 roku. Był to dłużej utrzymujący świeżość pomidor, o czarująco tajemniczej nazwie Flavr Savr. Od tego czasu genetycy pracujący na zlecenie producentów żywności zmodyfikowali właściwie wszystkie rośliny mające znaczenie gospodarcze.
Powierzchnia upraw transgenicznych szybko rośnie i wynosi dziś już ponad 5 proc. światowego areału upraw. Głównie w Stanach Zjednoczonych (59 proc. globalnego areału), Argentynie (20 proc.), a także w Kanadzie, Brazylii, i Chinach (po 5-6 proc.). Gdy z kolei przyjrzeć się strukturze upraw, stanie się także jasne, w czym i dlaczego sponsorowani przez przemysł spożywczy spece od genomu grzebią najchętniej. Największą powierzchnię zajmuje soja (60 proc.), potem kukurydza (23 proc.), a w dalszej kolejności także bawełna, rzepak, ryż, papaja, ziemniaki. Mówiąc wprost – rośliny rzadko goszczące na stołach w roli głównego bohatera, za to znacznie częściej używane do produkcji żywności wysoko przetworzonej. Genetyka dumnie wkroczyła również do chlewów, co większość miłośników mięsa odczuwa na co dzień w trakcie konsumpcji, narzekając na „nie ten, co kiedyś” smak wędlin.
Czytaj więcej na stronach Magazynu KAWA