Nasze hity
Patrycja pójście na kurs prawa jazdy zawsze odkładała na później. Ciągle miała odpowiednią wymówkę. Jedną ważniejszą od drugiej. – Musiałam przecież zdać maturę, skończyć studia, obronić dyplom, wyjść za mąż, urodzić dziecko. Wszystko to było pretekstem, żeby nie zaglądać do szkoły nauki jazdy. Do pracy jeździłam autobusem, na zakupy woził mnie mąż. Prawo jazdy nie było mi do niczego potrzebne – opowiada Patrycja. - Jednak kiedy awansowałam, musiałam mieć ten dokument. Nowe obowiązki wymagały ode mnie mobilności. A przecież bez prawa jazdy o mobilność bardzo trudno.
Patrycja zapisała się do pierwszej lepszej szkoły. Uczestniczyła w wykładach i w duchu powtarzała sobie, że chyba nie taki diabeł straszny, jak jej się wydawało. Tak było do czasu, aż nie wsiadła do samochodu. – Moim instruktorem okazał się wąsaty pan po czterdziestce, który na każdym kroku podkreślał, że prowadzenie samochodu nie jest zajęciem dla kobiety. Jego kąśliwe uwagi doprowadzały mnie do szału i strasznie stresowały. Komentował zachowanie każdej kobiety, którą spotkaliśmy na drodze. Mnie też nie oszczędzał – mówi dziewczyna. – Po trzeciej jeździe wysiadłam z płaczem z samochodu i postanowiłam nigdy już nie siadać za kółkiem.
AGNIESZKA FRYKOWSKA O EGZAMINIE NA PRAWO JAZDY

za kółkiem


















