fot. Monolith Films
Ich twarze były porażająco, wręcz nieludzko piękne. Takich twarzy nie spotyka się w rzeczywistym świecie, co najwyżej na wygładzanych komputerowo fotografiach w czasopismach o modzie lub na obrazach starych mistrzów, gdzie należą do aniołów.
- Jest niewiarygodnie piękny. Zupełnie jakby bóstwo zstąpiło na ziemię. (…) - Ja… ja spodziewałam się ujrzeć… stwora. Mój Boże, przecież on jest piękny! Jak złoty posąg. Jak bóstwo! (…) Po raz pierwszy miała okazję ujrzeć (…) z tak niewielkiej odległości. Przystojną twarz, nieruchomą i pełną godności. Rozłożyste ramiona. Złotą grzywę włosów, złotą, pokrytą meszkiem skórę…
Edward Cullen? Otóż nie. Te fragmenty są o pół wieku starsze od „Zmierzchu”, a pochodzą ze znakomitego opowiadania Philipa K. Dicka „Złoty człowiek”. To historia o mutancie, doskonałym drapieżniku, następnym ogniwie ewolucji, które wyprze homo sapiens. Cris Johnson, tytułowy złoty człowiek, obdarzony zdolnością prekognicji i zniewalający zwierzęcym urokiem, uwiedzie i zapłodni nasze kobiety, wysyłając nas do tego samego dziejowego lamusa, do którego być może sami kiedyś wysłaliśmy naszych krewniaków neandertalczyków. Nie muszę chyba dodawać, jaki wniosek nasuwa się z zestawienia powyższych cytatów i postaci. Edward Cullen to dickowski Złoty Człowiek.
























