AAA
Systemy totalitarne mają to do siebie, że ingerują w każdą dziedzinę naszego życia. Nawet we własnej kuchni nie można robić tego, na co mamy ochotę. Państwo decyduje o tym: co jemy, co kupujemy (a raczej czego nie możemy dostać), co pijemy i co gotujemy.
Gdy byłem pierwszy raz w Leningradzie, tuż po śmierci Breżniewa, cały Związek Radziecki opychał się zielonymi ogórkami. Wszystkie kołchozy od Ukrainy po Władywostok produkowały ohydne wodniste ogórki, które serwowano na rozmaite sposoby. Od mizerii, po przecier, od sałatki ogórkowej z olejem, po chłodnik z kwaśną śmietaną. Całe ZSRR tonęło w masie ogórków! Od rana do nocy!
Jakoś nikt nie wpadł wówczas na pomysł, by jednocześnie naprodukować choć troszkę pomidorów, o rzodkiewkach nie wspominając. Ogórki zresztą były pędzone sztucznie, osiągały przedziwnie nienaturalne rozmiary i oczywiście w ogóle nie nadawały się do kiszenia. Zdawało mi się wtedy, że ogórkowa polityka w Związku Radzieckim jest nie do ruszenia, a wszelkie próby buntu kończyły się kompletnym brakiem zrozumienia ze strony „radzieckich przyjaciół”.
Ostatnio przy jednej z głównych ulic w Berlinie odkryłem niewielki barek o wdzięcznej nazwie „Soup-Kultur”. Jada się tam oczywiście tylko zupy, na stojąco, z miseczką ustawioną na wysokim kontuarze i z pajdą chleba w dłoni. Kolejka zawsze jest długa, a w porze obiadu trudno nawet wejść do środka. Zup jest kilkanaście rodzajów, od typowo niemieckich z boczkiem i ziemniakami, po przedziwne egzotyczne kombinacje z paluszkami krabowymi i pędami bambusa.
Ostatnio przy jednej z głównych ulic w Berlinie odkryłem niewielki barek o wdzięcznej nazwie „Soup-Kultur”. Jada się tam oczywiście tylko zupy, na stojąco, z miseczką ustawioną na wysokim kontuarze i z pajdą chleba w dłoni. Kolejka zawsze jest długa, a w porze obiadu trudno nawet wejść do środka. Zup jest kilkanaście rodzajów, od typowo niemieckich z boczkiem i ziemniakami, po przedziwne egzotyczne kombinacje z paluszkami krabowymi i pędami bambusa.
oceń













