Nasze hity
Nasz dom rodzinny to był taki typowy piętrowy klocek. Mieszkaliśmy na piętrze, a dziadkowie z pradziadkiem na parterze. Na „dole” mówiono wyłącznie po kaszubsku, na „górze” raczej po polsku. Chociaż na przykład mój brat z kolegami płynnie przechodził na kaszubski, ze mną było trochę gorzej. Być może koleżanki wstydziły się rozmawiać z córką nauczycielki po kaszubsku? W każdym razie, doskonale rozumiejąc kaszubski (dziadkowie mówili do mnie „po swojemu”, a ja odpowiadałam im po polsku), mówić po kaszubsku spróbowałam dopiero w siódmej klasie szkoły podstawowej, kiedy nauczyciel poprosił mnie o opowiedzenie rdzennej „Legendy Gowidlina”.
Jestem szczęśliwa, że dzisiaj na Kaszubach trwa wielka akcja przywracania tego języka mieszkańcom regionu. Są szkoły kaszubskiego, młodzi ludzie zdają po kaszubsku maturę, uczą się pisowni itd. Wspaniała sprawa.
ZIMY W GOWIDLINIE
Zimy mojego dzieciństwa kojarzą mi się zawsze z piecem kaflowym, który zresztą stoi do dzisiaj i bez którego mama, mimo założenia kaloryferów, nie może się obejść. Piec oznaczał bezpieczeństwo. Na zewnątrz mógł być siarczysty mróz, zaspy, wczesna szarówka, ale wystarczyło przyłożyć plecy do nagrzanych kafli i od razu na świecie robiło się ciepło. Kawałki węgla lub drewna skwierczały wesoło, piec grzał plecy, a my – to znaczy ja z mamą oraz, co zabawne, mój starszy brat, we trójkę robiliśmy na drutach. Mama, z uprzędzionej przez siebie na kołowrotku wełny, robiła swetry, skarpety, czapki i rękawice, a my, z resztek, swego rodzaju urocze, kanciaste wyroby szalikopodobne.

bez cenzury



















