Nasze hity
– Ona, tak jak chyba wielu lekarzy, sądziła, że choroba może dotknąć wszystkich wokół, ale nie ją. Na pewno kusi los takie myślenie, ale we mnie jest jakaś uporczywa świadomość, głupie przekonanie, że moja choroba jest nieuchronna i że ja na pewno też zmierzę się z rakiem. Nigdy tego nikomu nie mówiłam... Ale tak jest. Oczywiście staram się badać. W przyszłym tygodniu umówiłam sie na wizytę u lekarza. – Chyba bardziej niż samą chorobą jesteś obciążona strachem przed nią. A medycyna idzie do przodu. Dzisiaj wczesne rozpoznanie daje zupełnie inne perspektywy. Więc się przełamałam. Dlatego mogę być inspiracją dla innych, podobnie jak ja spiętych strachem kobiet. A jest ich bardzo dużo.
– Może śmierć mamy była do uniknięcia...
– Historia mojej mamy była kuriozalna, bo tata jest ginekologiem, a choroba zaczęła się od raka szyjki macicy. Mama się nie badała, mimo że była obciążona genetycznie i jako lekarz doskonale wiedziała o zagrożeniu. To jak chodzenie z granatem w kieszeni. Musiał wybuchnąć.
– Ale nie musiał zabić.
– Dlatego wielką wagę trzeba przywiązywać do edukacji. Bardzo chciałabym Lenkę nauczyć tego, że trzeba raz do roku poddać się kontroli. Mnie tego nikt nie wpoił. Właśnie w tym momencie szczególnie zabrakło mamy. Tata był zbyt zajęty. Dlatego takie akcje powinno się kierować do jak najmłodszych kobiet. Bo potem natrafia się na taki beton jak ja.
– Może rób sobie badania z okazji urodzin, tak jak kobiety w Stanach. One sobie fundują w ten sposób prezent, na ogół w postaci ulgi, że nic im nie jest, a jednocześnie łatwo zapamiętują, kiedy badały się ostatni raz.
– Dobry pomysł, zwłaszcza że daty mają w moim życiu ostatnio wymiar metafizyczny. Lenka urodziła się w dniu śmierci mamy. Nie jestem specjalnie wierząca i nie chciałabym, żeby to śmiesznie zabrzmiało, ale odkąd mam Lenkę, czuję obecność mamy.
– Jak tata przyjął twojego partnera, który dla ciebie zostawił żonę?
– Jestem mu ogromnie wdzięczna za to, że przyjął Piotra bez uprzedzeń. Sam przeszedł w swoim życiu niejedno. Było mu pewnie Piotrka łatwiej zrozumieć.
– Tobie z racji przeżyć też łatwiej zaakceptować nietrwałość związków?
– Przez to, że moja rodzina jest patchworkowa, mam w sobie nie tyle przyzwolenie, co tolerancję dla zmian. Może tak myślę, bo znajduję się po tej stronie barykady. Ale uważam, że mądrością jest podejmowanie nieraz bolesnych decyzji. Jeżeli ludzie wiedzą, że wspólna wędrówka już nie przyniesie im szczęścia i będą obojętnieć, i umierać wewnętrznie, to myślę, że podjęcie decyzji o rozstaniu jest słuszne. Trzeba wówczas wykazać się niezwykłą dojrzałością, siłą i mądrością, aby jak najmniej ranić dzieci.
– Twoja bohaterka była zdecydowana na samotne macierzyństwo. Musiałaś zmierzyć się z taką perspektywą?
– Nie. Nie jestem samotną matką.
– Narodziny dziecka wyzwoliły cię, jak powiedziałaś, z oporów przed odsłanianiem ciała.
– Tak, choć nadal jestem raczej z tych zakompleksionych.
– Z taką urodą?
– To chyba niezależne. Możesz być nawet Angeliną Jolie i mieć kompleksy. Ale teraz obudziła się we mnie zgoda, żeby nie być idealną. Jakoś mam dużo większą akceptację dla swojego ciała.
– Bo się okazało przydatne?
– Uświadomiłam sobie, że jest tak, a nie inaczej skonstruowane po coś.

bez cenzury



















