Nasze hity
Kiedy okazało się, że działające przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku trzyletnie Studium Aktorskie nie ogłosiło naboru, dałam sobie spokój z pomysłem o aktorstwie. Uznałam to za zrządzenie losu i postanowiłam, że przez rok popracuję w szkole podstawowej w Gowidlinie, a potem wybiorę studia pedagogiczne. Ale los chciał inaczej. Entuzjazm polonistki z Kartuz zastąpiła determinacja mojego kolegi, który nie tylko znalazł informację, że nabór do Studium Aktorskiego został wznowiony oraz, jak zaznaczono w adnotacji prasowej, „mile widziani będą kandydaci z regionu”, ale nawet załatwił mi coś w rodzaju kilku prywatnych lekcji u zawodowego aktora z Gdyni. Byłam wtedy kompletnie zielona, nie wiedziałam nic – ani o teatrze, ani o aktorstwie. A na dzień dobry usłyszałam od mojego nauczyciela kilka historii o tym, jak okrutny bywa los dla aktorek. Paradoksalnie, tamto spotkanie przesądziło o mojej decyzji. Zakazany owoc kusi najbardziej. Pomyślałam: wóz albo przewóz – jeżeli nie dostanę się za pierwszym razem, nie będę już próbowała nigdy więcej. Zdałam.
PRZYZAKŁADÓWKA TRZECIEGO STOPNIA
Tak nazwaliśmy naszą „uczelnię”. Może niezbyt elegancko, ale bez żadnej złośliwości. Studium przy Teatrze Wybrzeże prowadzono zaledwie przez pięć lat. Sam pomysł był świetny. Studenci pierwszego roku mieli szansę statystować w przedstawieniach „Wybrzeża”, na drugim mogli otrzymywać już jakieś mniejsze rólki, a pod koniec – znaleźć się w obsadach na podobnych prawach, co zawodowcy. Wprawdzie praktyka znacząco różniła się od teorii, ale i tak Studium Aktorskie było dla mnie ważnym doświadczeniem. Nauczyłam się mechanizmów obowiązujących w teatrze. Przestałam się dziwić. Na całe życie zrozumiałam, że w tym zawodzie talent jest równie ważny, co pokora, a intensywna praca ma takie samo znaczenie, jak szczęście.
TO ŚCIERWO
Bardzo długo nie opuszczała mnie myśl, że zostałam aktorką przez przypadek. Że moje prawdziwe miejsce jest jednak w szkole podstawowej w Gowidlinie. Egzamin po drugim roku zdawałam z koleżanką, z którą dzieliłam pokój. Nie mogę powiedzieć, że byłam leniwa, ale w porównaniu z nią nie pracowałam zbyt wiele. Moja koleżanka to był wręcz tytan pracy. Na egzaminie pokazywałyśmy samodzielnie przygotowane sceny. Ona dostała średnią ocenę, ja – wyróżnienie. Trudne było dla mnie nie tyle spotkanie z wściekłą koleżanką w szatni, ale poczucie niesprawiedliwości. Zamiast się cieszyć, czułam, że mnie oszukują, zamydlają mi oczy – powinni mi przecież powiedzieć, że to, co robię, jest słabe, że jestem nieprzygotowana, tymczasem dają mi wyróżnienie. Kilka lat później Jan Banucha, scenograf pierwszego ważnego reżysera w mojej zawodowej biografii, Ryszarda Majora, powiedział: „To całe studium warto było założyć tylko po to, żeby ona mogła je skończyć”, i dodał: „Cóż to za ścierwo! Nic nie wie, nic nie rozumie, a rzucisz je na scenę i gra jak z nut”.

bez cenzury



















