W. T.: Nie ma gotowej recepty. Wszystko rodzi się w nas, w danym momencie robimy to, co uważamy za stosowne, najlepiej jak umiemy. A że to się sprawdza, to znaczy, że jesteśmy autentyczni i trafiamy do ludzi.
Nasze hity
W. T.: Czasami udzielamy takich rad, ale potem mamy wrogów. Na ogół mówię raczej, czego nie robić.
J. P.: Jest dużo młodych, zdolnych kapel, jak Sistars, Monika Brodka. Ci młodzi wykonawcy udowodnili, że można robić dobrą muzykę. Ale na polskim rynku muzycznym jest też kupa złomu, który czeka na to, by stać się mercedesem. Nie ma patentu na zrobienie kariery. Trzeba ćwiczyć, poznać historię muzyki i dużo słuchać. Wielu z tych młodych ludzi niestety nie zna podstawowych nazwisk z historii muzyki.
G. S.: Jesteśmy od 30 lat w branży, mamy doświadczenie i zupełnie inną perspektywę. Zespołowi X czy piosenkarce Z wydaje się, że jest teraz numer 1, że świat oszalał, bo jest na okładkach wszystkich pism. My przeżyliśmy dziesiątki, a nawet setki takich karier, ludzi, o których nikt już dzisiaj nie pamięta.
Co robić, by kariera nie była chwilowa, by nie odejść w niepamięć?
G. S.: Dla nas podstawową rzeczą jest przyjaźń. Bardzo dbamy o siebie, możemy na sobie polegać w sprawach zasadniczych. Co prawda, kiedy po trasie wracamy do domu, nie umawiamy się następnego dnia na kolację, a raczej odpoczywamy od siebie. Ale trzymamy się razem od wielu lat i dzięki temu oparliśmy się wszelkim zawirowaniom. Żaden z nas nie poszedł w innym kierunku, nie zaczął robić czegoś innego, nie zostaliśmy solistami...
To wspaniałe, bo wydaje się, że świat showbiznesu nie jest sprzyjającym środowiskiem dla rozwoju przyjaźni...
W. T.: Światem rządzi pieniądz, nic się nie zmienia od tysięcy lat. A to, jak ktoś reaguje na sukces zależy od charakteru. Zdarza się, że ludziom uderza woda sodowa do głowy, zmieniają się. Niektórzy po prostu nie wytrzymują presji sukcesu. Nam udało się przetrwać w świecie showbiznesu. Na topie nie jest się przez cały czas, bywają bolesne spadki popularności. Teraz udało nam się nagrać bardzo dobrą płytę, która świetnie się sprzedaje, można powiedzieć, że w tym momencie jesteśmy na szczycie. Ale w ciągu 30 lat naszej kariery były różne momenty, raz byliśmy na górze, raz na dole. Trzeba mieć dobrą perspektywę, trzeźwo patrzeć na siebie, nie zrażać się spadkami popularności, dołkami, ale też nie popadać w euforię. Wokaliści, którzy w zespole naturalnie są na pierwszym planie, często decydują się na karierę solową pod wpływem życzliwych, którzy powtarzają im, że są najlepsi, powinni działać na własną rękę, bo reszta zespołu to palanty. To psychologia - ludzie zawsze wierzą, kiedy się ich chwali. A potem ponoszą klęskę. Nam się udało, bo jesteśmy na takie rzeczy odporni.
G. S.: Mogę powiedzieć oficjalnie, że pieniędzmi dzielimy się po równo. Wbrew pozorom to bardzo istotna sprawa, w zespołach często powstają podziały na tle nierównego podziału kasy. U nas wszystko odbywa się w sposób naturalny, żaden z nas się nie wywyższa. Oczywiście na mnie jako frontmanie skupia się duża część uwagi, ale finansowo nic z tego nie wynika. Taki układ gwarantuje zdrowe relacje w zespole.
J. P.: Kiedy reaktywowaliśmy zespół Kombii, spotkaliśmy się we trzech i podjęliśmy wspólną decyzję. Razem stwierdziliśmy, że to robimy. A to czy ktoś śpiewa, gra na gitarze czy na flecie nie ma znaczenia. Na pewno ten, kto gra na flecie ma mniej do noszenia (śmiech).
W. T.: To są głupie podziały, ale one są w zespołach. Większość kapel, które się rozpadły, rozpadło się z powodu kasy.

bez cenzury











