Nasze hity
Poznaliśmy się z Januszem (Janusz Grzelak, mąż Danuty Stenki – przyp. red.) na festiwalu teatralnym w Toruniu. Pracowałam wówczas w Szczecinie, Janusz był aktorem teatru toruńskiego. Razem przenieśliśmy się do Poznania. Niedawno minęła dwudziesta rocznica naszego ślubu (nawet podwójna, bo najpierw wzięliśmy ślub cywilny, a dopiero rok później kościelny). Kiedy patrzę na nasze życie z lotu ptaka, mogę powiedzieć jedno: jego obecność przy mnie jest najlepszym dowodem na to, że jestem szczęściarą.
GADAJĄCE GŁOWY
Podobno Japończycy, kiedy zaproszeni w gości poczują się źle potraktowani, nie okazują swojego niezadowolenia, tylko wychodząc, dziękują za gościnę, kłaniają się w pas, ale ich noga w tym domu już nigdy nie postanie. Ze mną jest podobnie. Kiedy doznaję przykrości, nie awanturuję się, nie dochodzę swego, raczej zamykam się w sobie i wycofuję. To jest koszmarna cecha w związku dwojga ludzi. Janusz nauczył mnie mówić, nazywać, rozmawiać. Dzisiaj jesteśmy gadającą rodziną. Nie ma większego szczęścia niż wspólny wieczór, kiedy wszyscy: mąż, dziewczynki, babcia i ja, możemy nagadać się do woli. Nawet pies się wtrąca. Rozwiązujemy problemy, gadając, przeżywamy wspólnie radości, gadając, odkrywamy nasze małe i wielkie Ameryki, gadając. I jakoś nam się to nie nudzi.
MACIERZYŃSTWO
Przełomowy moment. Kiedy urodziła się Paulinka, poczułam wagę prawdziwej odpowiedzialności i lęk przed nią. Zrozumiałam, że teraz to ja, jak wcześniej moja mama nade mną, będę musiała rozwinąć skrzydła nad maleńkim człowieczkiem, który – całkowicie bezbronny – leży przy mnie. Paulina i młodsza od niej o pięć lat i cztery miesiące Wiktoria są bardzo różne. Część cech odziedziczyły po ojcu, część po mnie. Słysząc, jak Paulinka powtarza wciąż, że się czegoś boi, czuję się tak, jakbym słuchała siebie sprzed lat. Z kolei, patrząc na Wiktorię, jak pozwala przeciekać czasowi przez palce, a potem, w ostatniej chwili, spręża się do maksymalnego wysiłku, nie muszę bawić się w detektywa, żeby wiedzieć, po kim to odziedziczyła.
ŚMIERĆ DZIADKA
Dojrzałe doświadczenie śmierci pozwala nam mądrzej i piękniej żyć. Byłam świadkiem, jak gasł mój ojciec. To rozegrało się w ciągu miesiąca moich wakacji. Bezwzględna, nieoczekiwana diagnoza lekarska, potem wiara w cud, ale równocześnie porażająca świadomość, że z każdym dniem trochę taty ubywa. Aż zgasł. W podobny sposób odchodził ojciec Janusza, który mieszkał z nami. Nie potrafię mówić o tym bez wzruszenia. Dziewczynki widziały swojego tatę, który w sposób niezwykły zajmował się chorym ojcem – nosił go na rękach, opiekował się nim jak dzieckiem, pielęgnował go z pełnym oddaniem. Być może córeczki jeszcze nie zdają sobie sprawy z tego, czego były świadkami, ale jestem przekonana, że ten obraz zostanie w nich na zawsze. I zaowocuje takim samym stosunkiem do ludzi starych, potrzebujących pomocy, po prostu do drugiego człowieka.

bez cenzury



















