Nasze hity
Kiedy słyszę takie pytanie, przypomina mi się słynne doświadczenie profesora Philipa Zimbardo, który podzielił swoich studentów na dwie grupy – więźniów i strażników. Po paru dniach wspólnego zamknięcia „strażnicy” – na co dzień normalni, sympatyczni ludzie – zaczęli zamieniać się w brutalnych oprawców, gnębiących swoich kolegów bez skrupułów i wyrzutów sumienia. To tylko jeden z dowodów na to, że ludziom znacznie łatwiej przychodzi robienie zła niż dobra. Zresztą wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Z roku na rok postępuje globalna dezintegracja wartości, więzi międzyludzkich, wzajemnego zaufania. Jesteśmy cywilizacją samotnych, krążących elektronów, które czasami na siebie wpadają, nie tworząc trwałych konstelacji.
Przyznałeś, że na siłę nie poszerzasz grupy przyjaciół, więc twoja chmura elektronów nie jest aż tak imponująca.
Nie interesują mnie związki, które są ślizganiem się po powierzchni. W relacjach z ludźmi poszukuję gęstości, intensywności. Nienawidzę kurtuazyjnych rozmów o niczym, dziumdziania przez telefon w stylu: „Co u ciebie słychać”, a tak naprawdę nic mnie to obchodzi. Przyjaźń to dla mnie słowo, które ma pewne ekstremalne konotacje. Przyjaciel to człowiek, za którego poszedłbym z siekierą na czołgi, gdyby była taka konieczność. Rzeczywiście, nie mam ich wielu.
Ale święta Bożego Narodzenia spędzisz z rodziną? Będzie dużo ludzi, prezentów i zamieszania?
Zawsze jeździliśmy na święta do Chicago, gdzie mieszkają rodzice Marysi. Tym razem pewnie wyruszymy gdzieś z moją rodziną w góry, żeby nie siedzieć w domu. Najchętniej wybrałbym się do Austrii i pojeździł na snowboardzie.
Nie umiesz usiedzieć w miejscu. Już w wieku 23 lat zostałeś szefem sporej firmy, potem naczelnym w kilku pismach.
Ja po prostu nie lubię tracić czasu. Jak nic się w moim życiu nie dzieje, to mam mrówki w majtkach, które chcę jak najszybciej stamtąd wytrząsnąć. Ponieważ nigdy nie byłem typem sportowca i nie miałem żadnego talentu do grania na czymkolwiek, to cały swój czas i energię włożyłem w pracę. Zawsze też mocno dążyłem do samodzielności, więc jak tylko mogłem utrzymać klawiaturę komputera na kolanach, to już starałem się na siebie zapracować
I pisałeś wtedy do „Gazety Wyborczej”?
MP: To było potem. Naprawdę zacząłem zarabiać pieniądze w wieku 15 lat jako tłumacz. Dość dobrze mówiłem po angielsku, więc tłumaczyłem instrukcje obsługi telefonów, pralek czy innych urządzeń. Odkąd pamiętam, nigdy nie brałem pieniędzy od rodziców, chyba że czasem z portfela mamy sam wypłacałem sobie kieszonkowe, ale o tym cicho sza. Mój brat miał lepiej niż ja, bo urodził się w ciekawszych czasach, kiedy ojciec prowadził już własną firmę i zarabiał spore pieniądze. Wcześniej pracował w wojsku, brał skromną pensję, na niektóre rzeczy nie starczało. Ale dzięki temu, że zawsze ta kołderka była za krótka, miałem motywację do działania.
Patrząc na to, co osiągnąłeś, wydaje się, że masz wszystko. Fantastyczną dziewczynę, ukochaną córkę, swoją telewizję, w której bawisz ludzi. Czegoś jeszcze brakuje?
Komfortu i pewności, że to będzie trwało zawsze. Im więcej człowiek ma, tym większy jest strach, że to straci. Tak jest też w moim przypadku. Budzę się rano i dochodzę do wniosku, że jestem szczęśliwym człowiekiem, bo życie mnie hojnie obdarowało, ale też nauczyło pokory. Dlatego natychmiast pojawia się myśl, że „nic nie może przecież wiecznie trwać”, a najbardziej boleśnie można się potłuc, spadając z wysokiego konia. Mam tę świadomość, więc zamiast się mazgaić, po prostu mocniej spinam tego konia ostrogami.
Wydanie Internetowe
MAGAZYN SUKCES

bez cenzury


















