fot. AKPA
Nasze hity
A.M.: Masz jakiś pomysł na siebie po pięćdziesiątce? Granica pomiędzy rozkoszną dziewczynką i dzidzią-piernik jest bardzo płynna. Jesteś tego świadoma?
M.J.: Naturalnie. Taki pomysł noszę w sobie od lat. Do jego realizacji potrzebna jest jednak odwaga, a także wyczucie chwili, by podjąć decyzję o wykonaniu tego kroku. Jeśli wykonasz go za wcześnie, to też będzie niedobrze. Kiedyś na pokazie mody zobaczyłam prawdziwą „dzidzię-piernik” - była dużo starsza ode mnie, a miała kokardy we włosach i straszny, krzykliwy makijaż. Pomyślałam wtedy, że nie mogę dopuścić do tego, by taką „dzidzią” się stać! Nie występuję już w kokardach i falbanach! Pozbyłam się tiulowych halek. Prywatnie chodzę ubrana jak zwyczajna kobieta. A wpływ na to, że jestem postrzegana jako dziewczynka, ma mój „radosny repertuar” i młodzieńcza energia na scenie. Traktuję to jednak jako swoją misję w umuzykalnianiu dzieci. Bardzo ważną misję, o czym mówią mi rodzice moich słuchaczy oraz nauczyciele ze szkół i przedszkoli. Dwa przedszkola w Polsce, w Jaworznie i Zabrzu noszą przecież imię Majki Jeżowskiej, a także Polska Sobotnia Szkoła w Exeter w Wielkiej Brytanii!
A.M.: A czujesz upływ czasu?
M.J.: I tak, i nie. Oczywiście czuję upływ czasu, kiedy spoglądam w lustro i widzę wpływ grawitacji na moje ciało. Zdarza się też, że spoglądam w nie i mówię do siebie: „Wyglądam świetnie! I wcale nie widać, że mam juz 50 lat”, albo „mam jeszcze tyle do zrobienia”, „wszystko przede mną”... Bywa też, zwłaszcza po dwutygodniowej trasie koncertowej, w czasie której daję z siebie sto procent kosmicznej energii estradowej, po to, żeby porwać śpiewem tłumy dzieciaków, że jestem potwornie zmęczona ! Wracam do domu w charakterze „ziemi do kwiatów” , cały dzień leżę, oglądam telewizję, albo biegnę na siłownię i szukam nowej energii. Wtedy myślę sobie: „Już czas… Już czas z tym skończyć, bo to mnie za dużo kosztuje”. Gdy jestem jednak bardzo wypoczęta, w dobrej formie, to zastanawiam się: „Ciekawe, kiedy przestanę to robić? Bo ciągle sprawia mi to satysfakcję”! Tak naprawdę ode mnie więc tylko zależy, jak przeprowadzić bezpieczną transformację przejścia z bardzo aktywnego życia zawodowego w coś bardziej spokojnego, twórczego... Nie lubię terapii szokowej w swoim życiu. Raptowną decyzję podjęłam, gdy byłam młoda. Rozstałam się wtedy z pierwszym mężem. Wylądowałam w szpitalu z krwotokiem do krtani, bo mnie pobił. Mogłam stracić głos...Dzisiaj staram się podejmować decyzje spokojne i bezpieczne.
A.M.: A decyzja o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, byciu artystką, która śpiewa w Chicago i Los Angeles, kręci teledyski i ma amerykańskiego męża…
M.J.: To była młodość, odwaga...
A.M.: Jak tam się odnalazłaś?
M.J.: Było tam dużo Polaków i znajomych, zjeżdżali do Stanów z różnych stron świata. Z Akademii Muzycznej w Katowicach - dwie osoby, właściwie z mojego roku. W Polsce był stan wojenny, brak pracy i perspektyw. Wspieraliśmy się tam i czuliśmy trochę wybrańcami losu - że możemy w Stanach żyć i rozwijać się.
A.M.: Dlaczego więc nie zostałaś w Stanach po to, żeby robić karierę? Miałaś przecież takie możliwości.
M.J.: Jestem realistką, nie chodzę w chmurach. Do Stanów pojechałam chyba z dwoma swetrami, „na chwilę”. Wtedy byłam już mamą małego synka. Co prawda mój amerykański teledysk „Rats on a budget” emitowała MTV w Stanach, wygraliśmy z nim kilka festiwali videoklipów w Europie , ale nie wiem, czy coś by z tego wyszło... Może zasugerowałam się opinią pani, która wróżyła mi z ręki i powiedziała, że jestem jedną nogą w Polsce, a drugą w Stanach, lecz to, co tam osiągnęłam, to jest wszystko, na co mnie stać? Zresztą w tamtym czasie rozumiałam, że nie jestem już sama na świecie, więc nie mogę pozwolić sobie na niczym nieskrępowaną samorealizację.
POLECAMY W SERWISIE AGATY MŁYNARSKIEJ
onaonaona.com Panna młoda czterdzieści plus

bez cenzury


















