fot. PAP
S: Ale nie śpiewa. On nie chciał, czy ty nie chciałaś?
AL: Żyliśmy w bardzo symbiotycznym związku: w pracy razem, w domu razem. Kiedy doszło do tego jeszcze dziecko, zrobiło się naprawdę ciasno. Chyba każde z nas poczuło, że musi w tym układzie poszukać siebie. Musieliśmy tylko zadecydować, kto pierwszy nagra coś solowego. Akcja typu „robienie płyty” to wyczerpujące doświadczenie, w naszym przypadku także poważne przedsięwzięcie logistyczne. Jak któreś z nas znika do studia, to druga osoba musi przejąć odpowiedzialność za dom. Ja pierwsza miałam bardzo dokładną wizję tego, co chcę zrobić. Postanowiliśmy wspólnie, że najpierw ja wydam swoją płytę, a potem się zamienimy rolami.
S: Kiedy spotykają się dwie artystyczne dusze, to zawsze iskrzy, ktoś musi ustąpić, poświęcić się dla drugiej strony. Myślałaś o tym?
AL: Ja zawsze wiązałam się z muzykami, z ludźmi z branży. Był nawet taki moment, kiedy powiedziałam sobie: dość! Teraz będę miała jakiegoś statecznego partnera. Prawnika albo lekarza. Albo najlepiej psychologa, żeby znał odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania, specjalistę od rozwiązywania zagadek życiowych. Ale okazało się, że nikt „normalny” jakoś nie nadawał ze mną na tych samych falach. Związek z Johnem to związek wysokiego ryzyka. Ludzie zwykle wracają z pracy, zamykają za sobą drzwi i są w domu. Jak my nagrywaliśmy wspólnie płyty, to nie rozmawialiśmy o niczym innym poza pracą. Nie było miejsca na zdrowe gadanie o życiu, związku.


















