Polki zaczęły myśleć o dzieciach w kategorii „poświęcenia“ zamiast łaski bożej czy szczęścia, realizacji, ciepełka rodzinnej gromadki. Aspirują bardziej do „Sex in the City“ niż „Klanu“. A może to „wina“ antykoncepcji? Może nasze babcie też wolałyby urodzić jedno niż czwórkę, tylko trudniej było planować wybryki w pościeli czy odmówić mężowi.
Denerwuje mnie ton krytyczny wobec kobiet w dyskusji na temat: jedno czy więcej dzieci. Nie bierze się pod uwagę, że być może kobiety nie są egositkami, ale realistkami. Może winni są tatusiowie, którzy coraz częściej po kilku latach małżeństwa lub partnerskiego związku ulatniają się nie płacąc alimentów? Może coraz trudniej kobiecie godzić pracę z wychowaniem dziecka?
Kiedyś kobiety mogły nie pracować, dziś zapewnienie dzieciom dobrej edukacji (lekcje angielskiego, korepetycje, czesne) jest tak drogie, że trudno opłacać je z jednej pensji. Dziś coraz rzadziej można liczyć na darmową pomoc dziadków i babć, bo ci też muszą dorabiać do emerytury pracując na umowach zlecenie.
Poza tym po pierwszym dziecku część mam, do nich i ja należę, stwierdza, że macierzyństwo to ich powołanie. Niektórzy rodzice, np. mój partner, oprócz rodziny, kocha również sztukę. Spełnia się jako artysta, sztuka jest dla niego wielką wartością. Ja kocham ciszę, bez niej nie potrafię żyć, po prostu wariuję.
Z gromadką dzieci bez chwili ciszy nie wytrzymałabym nerwowo. Ale od kilku lat mam kolejne dzieci. Wystarczy przeczytać „Życie, które możesz ocalić“ profesora Petera Singera, by przekonać się, że na świecie głodują setki tysięcy dzieci. W Polsce również. Można część swej energii i 10 proc. pensji przekazywać dzieciom z domów dziecka.
Jeśli według ONZ 1,4 miliarda ludzi żyje w skrajnym ubóstwie, to zamiast rodzić kolejne dzieci, warto może pomóc tym potrzebującym? To nie wymówka - to moralność.
agp/(kg)







