Ale z powrotem do automatów z tzw. junk food. Śmieciowe jedzenie. Jedzenie śmieci. Skąd pięciolatek ma pięć złotych w kieszeni? Pieniądze od rodziców zaczęłam dostawać dopiero na studiach. Dokładnie taką sumę, jaka potrzebna była na podręczniki i posiłki w stołówce. W liceum każdy ewentualny wydatek omawiałam z rodzicami.
Spodnie sztruksowe Wranglera, o których marzyłam w gimnazjum, kupowaliśmy wspólnie. Ojciec zawsze kontrolował co i za ile kupuję, miał może węża w kieszeni, ale bez przesady. Bilet do kina na dobry film, do teatru od czasu do czasu - na to dawał.
Ale na śmieciowe jedzenie? Nigdy. Robił mi kanapki do szkoły, do picia dawał kefir albo wodę. Pamiętam że kolega z klasy zimą nosił herbatę w termosie. Świetna rzecz. Aromat lepszy niż sztucznego napoju z nalepką Shreka. Jak to możliwe, że dziecko, które jeszcze nie potrafi samo liczyć ani czytać, otrzymuje od rodziny pieniądze?
Rodzice mają pomagać dzieciom dopóki siły ich nie opuszczą, a dzieci ewentualnie łaskawie zaczną pomagać rodzicom, gdy ci będą już po osiemdziesiątce? Dlaczego wokół widzę zdrowych dwudziestolatków, trzydziestolatków, a nawet czterdziestolatków, którzy rozpieszczają siebie i swe bobaski, a rodzicom pozwalają żyć skromnie.
Podrzucają wnuki do niańczenia oczekując darmowej pomocy. Czy nie powinno być na odwrót? To nie rodzice powinni nam pomagać, tylko my powinniśmy im pomagać? Przestać traktować rodziców jako źródło dochodów i pożyczek. Dlaczego uważamy to za rzecz naturalną, że ojcowie i mamy wiodą ciężkie życie, by móc dostarczyć nam mieszkania, wywczasów i opłaconych rachunków za benzynę czy bilet miesięczny.
Czy matka Polka to musi być matka, która nie potrafi liczyć i nie potrafi sama wydawać na swoje własne potrzeby?











