Kieszonkowe

Agata Passent / 26.08.2010
wp.pl>
 AAA
Kieszonkowe
Długi duszny korytarz bez okien, bura wykładzina na podłodze, po obu stronach drzwi do małych salek, a w kącie automat z batonami, sokami i napojami gazowanymi. Pod nim tłoczy się, przepycha i piszczy w euforycznym podnieceniu grupa dzieciaków w wieku od czterech do dziesięciu lat. Sztuczne barwniki, konserwanty i spulchniacze.
Wrzuć monetę, jedno przyciśnięcie i magia - maszyna ze swego brzucha wypluje do szufladki upragnione świństwo. Paluszki lizać. Scenkę takową widziałam wczoraj w prywatnym centrum nauki języków. Odbywają się tam też kursy szybkiego czytania dla dorosłych i zastanawiałam się, czy się nie zapisać. Chyba jednak zrezygnuję. Czy nie lepiej płacić za kurs wolnego czytania? Dogłębnie zapoznać się z tekstem, zamiast powierzchownie?
Wolę płacić za to, by mieć czas, niż za to, by się spieszyć. Ludzie robią wszystko prędko i z tego pośpiechu wynikają pomyłki. Nie ma czasu na dokładne śledzenie procedur. Podobno w Czechach ktoś niedawno przez pomyłkę opublikował na stronie internetowej listę czynnych agentów! Pozostaje liczyć na to, że ludzie czytają powierzchownie i nikt agenta nie zlikwiduje strzałem z długopisu z trucizną.

Ale z powrotem do automatów z tzw. junk food. Śmieciowe jedzenie. Jedzenie śmieci. Skąd pięciolatek ma pięć złotych w kieszeni? Pieniądze od rodziców zaczęłam dostawać dopiero na studiach. Dokładnie taką sumę, jaka potrzebna była na podręczniki i posiłki w stołówce. W liceum każdy ewentualny wydatek omawiałam z rodzicami.

Spodnie sztruksowe Wranglera, o których marzyłam w gimnazjum, kupowaliśmy wspólnie. Ojciec zawsze kontrolował co i za ile kupuję, miał może węża w kieszeni, ale bez przesady. Bilet do kina na dobry film, do teatru od czasu do czasu - na to dawał.

Ale na śmieciowe jedzenie? Nigdy. Robił mi kanapki do szkoły, do picia dawał kefir albo wodę. Pamiętam że kolega z klasy zimą nosił herbatę w termosie. Świetna rzecz. Aromat lepszy niż sztucznego napoju z nalepką Shreka. Jak to możliwe, że dziecko, które jeszcze nie potrafi samo liczyć ani czytać, otrzymuje od rodziny pieniądze?

Rodzice mają pomagać dzieciom dopóki siły ich nie opuszczą, a dzieci ewentualnie łaskawie zaczną pomagać rodzicom, gdy ci będą już po osiemdziesiątce? Dlaczego wokół widzę zdrowych dwudziestolatków, trzydziestolatków, a nawet czterdziestolatków, którzy rozpieszczają siebie i swe bobaski, a rodzicom pozwalają żyć skromnie.

Podrzucają wnuki do niańczenia oczekując darmowej pomocy. Czy nie powinno być na odwrót? To nie rodzice powinni nam pomagać, tylko my powinniśmy im pomagać? Przestać traktować rodziców jako źródło dochodów i pożyczek. Dlaczego uważamy to za rzecz naturalną, że ojcowie i mamy wiodą ciężkie życie, by móc dostarczyć nam mieszkania, wywczasów i opłaconych rachunków za benzynę czy bilet miesięczny.

Czy matka Polka to musi być matka, która nie potrafi liczyć i nie potrafi sama wydawać na swoje własne potrzeby?

oceń
5
1
Podziel się



Polecamy w innych serwisach

Galerie

  • Skomentuj
  • WP.PL
Ocena: 0 [0]
~Izza [2010-09-21 22:56]

Wszystko w jednym
Ciekawe tematy, ale związki przyczynowo-skutkowe ujęte na skróty. W rzeczywistości każda skrajność jest zła. W przypadku kieszonkowego zarówno wydzielanie co do grosza, jak i sypanie gotówką bez zastanowienia jest przesadą. Uczenie dzieci, że mają być w życiu samodzielne, doceniać wartość pieniądza, czy raczej włożonej w nią pracy oraz zasad zdrowego żywienia na podstawie ilości wydzielonego kieszonkowego jest zbyt dużym uproszczeniem. Chyba ważniejszy jest przykład wyniesiony z domu. Jeśli na obiad będzie pizza, to wiadomo co dziecko kupi w szkole na drugie śniadanie. Podrzucanie dzieci dziadkom? Czy obca osoba będzie lepszym opiekunem dla dziecka niż nasi rodzice? Czy wszyscy rodzice zapierają się przed podrzucaniem wnuków i są wykorzystywani? Domyślam się, że autorka obraca się jedynie w towarzystwie materialistycznych i egoistycznych yuppies, ale rzeczywistość jest trochę szersza (niż średnia krajowa 3000zł, zawyżona przez warszawkę), bo nie każdego stać na nianię, prywatne przedszkole lub luksus darmowego macierzyńskiego przez kilka lat. A może jakaś babcia jest samotna i woli towarzystwo wnuków od czterech ścian i seriali TV? Poleganie na dziadkach bierze się także stąd, że kiedyś szło się do pracy i często zostawało w tej jednej przez całe życie, dostawało się przy okazji mieszkanie od państwa lub było współfinansowane przez zakład pracy (i bynajmniej nie jest to pochwala minionego okresu). Dziś, jeśli ktoś zdobędzie zdolność kredytową, to i tak pracuje na kilku etatach, w kilku branżach, które zmieniają się co kilka lat. Rodzice z ich emeryturą są czasem deską ratunku i ostoją w kryzysie lub przestoju, ale też bierze się to stąd, że zaczynamy gonitwę zawodową w wieku 24-25 lat, a nie jak kiedyś 18-19 i gdy na świat przychodzą dzieci nasi rodzice są już najczęściej na emeryturze. To naturalna kolej rzeczy. Z drugiej strony jest współczesna emigracja, która powinna być nazwana "młodą" emigracją i szkoda, że autorka nie wspomniała o tych młodych ludziach, którzy z zagranicy podsyłają rodzicom pieniądze, bo z emerytury nie starcza na leki, a dzieci, które rodzą się na emigracji nie tylko nie są podrzucane dziadkom, ale nawet ich dobrze nie znają.

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~emsis [2010-08-27 21:41]

A o czym to właściwie???
Mało spójny ten tekst. Kieszonkowe? Niezdrowe przekąski ? Kursy czytania? Brak szacunku dla rodziców? No i ta Matka Polka ... tyle zagadnień a o co właściwie chodzi??? Kieszonkowe w tytule to jakaś pomyłka!!!!!!!!!!!

odpowiedz

pokaż 1 ukrytą odpowiedź

Ocena: 0 [0]
barbara7106 [2010-08-27 09:45]

Kieszonkowe
Zgadzam się z autorką. Brawo za celne uwagi! Niestety podobne zjawisko obserwuję w szkole podstawowej mojego syna-już dzieciaki w zerówce mają kieszonkowe i kupują ŚMIECI (niestety innego jedzenia nie ma) w sklepiku szkolnym, nie wspominając o kateringu- serwowanym w ramach obiadów dzieciom w nowoczesnej szkole z wypasioną stołówką. Ja na szczęście tego problemu nie mam, mój syn ma normalne śniadanie do szkoły (kanapka oprócz wędliny musi mieć koniecznie coś zielonego oraz owoc-w przeciwnym razie reklamacja), a normalne obiady jadamy w domu. Nie uznajemy śmieciowego jedzenia i choć w domu pojawiają się dobre słodycze, mój syn jako jedyny w klasie nie ma próchnicy (ani jednego ubytku!). Odpowiednia dieta dla dziecka (w tym właśnie śniadanie do szkoły) wymaga trochę wysiłku i organizacji. Należy zrobić zakupy, wstać wcześniej by zrobić dziecku do szkoł kanapki i dać śniadanie w domu, a wieczorem podgotować obiad na następny dzień. Acha i wcale nie trzeba być męczennicą-matką Polką, co wiem sama po sobie bo jestem aktywna zawodowo, mam rodzinę i kończę dodatkowe studia. Drogie Panie-chcieć to móc!Powodzenia!

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~xxx [2010-08-26 22:41]

ciężkie życie autorki
widać, że autorka nie miała ciekawego życia. ciągła kontrola przez rodziców, brak zaufania.. jak dziecko ma nauczyć się odpowiedzialności, gospodarowania pieniędzmi, ogólnie życia?! trzeba dać mu w pewnych sytuacjach wolną rękę.. a dzisiejszy pięciolatek nie jest aż tak ograniczony by nie umiał wybrać czegoś do jedzenia.. i proszę się nie obawiać o "trujące" substancje. W ograniczonych ilościach są jak najbardziej bezpieczne. słodka przekąska w ciągu dnia jest chyba znana przez każde dziecko i nie ma w tym nic złego.. może do szkoły językowej ma tatuś jajeczko z pomidorkiem zapakować do tekturowego pudełka? ludzie dajcie spokój , nie popadajcie w skrajności. a ciekawe czy autorce w czasach dzieciństwa nie było przykro jak inne dzieci miały kieszonkowe? drobne pieniądze dzięki którym mogą same podejmować w sumie nieistotne decyzje. ale jakże cenne dla młodego człowieka. jak miło jest samemu decydować o czymkolwiek. i nie tłumaczyć się co do złotówki przed rodzicami. dodam tylko, że moi rodzice też nie byli zbyt bogaci ale zawsze miałam kieszonkowe- skromne bo skromne ale nie ilość się liczy.moja znajoma w wieku 20 lat nic nie dostaje od rodziców i gdziekolwiek chce wyjść czy coś kupić musi prosić i tłumaczyć na co. nie może przez to kupić w sumie nic bez wiedzy rodziców- chyba że będzie kłamać. więc zadajmy sobie pytanie : w rodzinie powinno być zaufanie i otwartość czy ciągła kontrola i nieustanny dozór? cóż, chyba takie życie nie jest za szczęśliwe...

odpowiedz

Zobacz w innych serwisach

miejsce #16
Joanna Brodzik Aktorka