Nikt nie płaci nam stałej pensji, nikt nas nie szkoli ani nie ubezpiecza i nikt nie boi się, że zastrajkujemy. Daliśmy się wykiwać. Po tylu latach trudno mi sobie nawet wyobrazić, że muszę pytać szefowej, kiedy mogę skoczyć na wakacje. Może jeszcze kiedyś trafię do korporacji. Praca w dużym zespole ma na pewno wesołe strony. Może jest się mniej samotną niż freelancerki?
Nie tylko osoby niepracujące mają czas na krzyczenie przez megafon, machanie flagami itd. Freelancerzy, korzystając z elastycznego czasu pracy, nadają się na lewaków i moherowców. Trudno, dziecko osoby protestującej będzie jadało posiłki na zimno. Czego się nie robi dla ojczyzny. Na pewno są poza tym świeckie firmy cateringowe. Mogą zasponsorować mój protest dowożąc zdrowe sałatki.
Teoretycznie nie cierpię banalnej architektury i tandetnych elewacji wieżowców, które stawia się od lat w moim mieście. Wysokie budynki mają nieludzką skalę, miasto nagrzewa się latem, nocą ludzie biznesu opuszczają je i okolice są wyludnione. Ale nigdy nie protestowałam leżąc niczym Reytan na placu budowy. Lenistwo to jeden powód. Drugi, poważniejszy, to (być może głupia??) wiara w to, że są przecież rozsądni ludzie, których wybraliśmy do zarządzania krajem.
Wykształceni, urodzeni liderzy, pełne energii, zasadnicze liderki gotowe stosować nowatorskie rozwiązanie w negocjacjach, błyskotliwi prawnicy, filozofki konsultujące kluczowe decyzje… Jednym słowem w aktach fanatyzmu nie dyndam na drzewach puszczy, czy nie rozbijam namiotu pod sejmem, bo wierzę że moją ukochaną ojczyzną kierują o wiele mądrzejsze ode mnie osoby.
Elity władzy. Jeśli nie, to czyżbym miała ruszyć pupę, zdjąć buty na obcasie i iść w taki upał na barykady w obronie świeckiego państwa…












