Nasze hity
– Nie krył swojej religijności, dlatego niektórzy mieli go za prawicowego oszołoma – przyznaje Zbigniew Borek, dziennikarz „Gazety Lubuskiej”.
– To nie było na pokaz. Jeszcze jak był posłem, nosił mały różaniec na palcu. To on był pomysłodawcą zawierzenia ZChN-u Matce Bożej Rokitniańskiej. Żył skromnie i zgodnie z wiarą – wspomina Ryszard Czarnecki, polityk PiS-u, który działał z nim w ZChN-ie.
Szybko zasłużył na awans. Był wiceministrem w rządzie Hanny Suchockiej, a później szefem gabinetu politycznego premiera Jerzego Buzka. Dwa razy był najlepszym posłem w rankingu „Polityki”. Wreszcie został premierem z Gorzowa. To był punkt kulminacyjny w karierze Marcinkiewicza. Do dziś nie jest do końca jasne, dlaczego musiał zrzec się stanowiska. Wobec Jarosława Kaczyńskiego zawsze był dyspozycyjny. Dlatego został premierem. Ale nie akceptował go prezydent Lech Kaczyński, który obawiał się, że rosnąca popularność Marcinkiewicza rozbije jedność partii – ocenia w rozmowie z nami polityk PiS-u. Mimo to po dymisji nie stracił poparcia i z namaszczenia braci Kaczyńskich został komisarzem Warszawy. – Liczył, że zostanie prezydentem stolicy i na tej pozycji zbuduje własne zaplecze polityczne. Afera z taśmami Renaty Beger i spadek popularności PiS-u pokrzyżowały te plany – dodaje nasz rozmówca. Rywalizację przegrał z Hanną Gronikiewicz-Waltz.
– Jak został premierem, to było dla nas gigantyczne wydarzenie. Dumni byli nawet ci, którym do poglądów Marcinkiewicza daleko. Ludzie trzymali za niego kciuki – wspomina Borek.
– To nie diament, ale był bardzo pracowity, dlatego szedł w górę. Nie wywyższał się, zawsze można było z nim normalnie porozmawiać – przyznaje Artur Zasada, zielonogórski radny Platformy Obywatelskiej, który pracował z Marcinkiewiczem w regionie.
















