fot. Małgorzata Pindera
Nasze hity
Po trzech godzinach ekstremalnej jazdy dojeżdżamy na szczyt. W dole widać zabudowania Xinaliqu, niestety spowite w gęstej mgle. Za dwadzieścia minut mgła opadnie - zapowiada nasz przewodnik i chociaż nie bardzo mu wierzę, tak też się dzieje. Widok jest rzeczywiście oszałamiający. Na szczycie przeciwległej góry wznoszą się kamienne zabudowania wydające się swoimi dachami dotykać nieba.
Zjeżdżamy do wsi, którą niektórzy nazywają azerbejdżańskim Tybetem. Xinaliq leży na wysokości 2300 m n.p.m. i jeszcze niedawno przez sześć miesięcy w roku wioska była odcięta od świata. Jej mieszkańcy byli samowystarczalni: na górskich tarasach uprawiali ziemniaki, hodowali barany i kozy, a nawóz suszyli na opał. Niegdyś żyło tu 8000 ludzi. Mieli nawet swój język, który liczył 77 liter.
Wszystko zmieniło się, gdy do Xinaliqu dotarła telewizja. Okazało się, że na świecie jest inna rzeczywistość i mieszkańcy zaczęli masowo opuszczać górski auł. Dzisiaj pozostało ich zaledwie 200. Sama wioska też wygląda na wyludnioną i spotyka się w niej niemal same kobiety z dziećmi. Przed kamiennymi domami stoją samowary z gotującą się wodą, kobiety piorą, dzieci z tornistrami wracają ze szkoły. Zajęci swoimi sprawami zupełnie nie zwracają uwagi na turystów, których od czasu wybudowania asfaltowej drogi jest tu coraz więcej. Na szczęście nie zdołali zadeptać jeszcze tego niezwykłego miejsca.
Po półgodzinnej przechadzce między domami wracamy lepszą, jak zapewnia kierowca, drogą. Na razie specjalnej poprawy nie widzę, tym bardziej, że mijamy miejsce świadczące o niedawnej tragedii. „Tydzień temu, pięć osób” – z uroczym uśmiechem obwieszcza pokazując na palcach nasz Belmondo. Z krzykiem odwodzimy go od chęci oglądania leżącego w przepaści wraku samochodu.
Świadomość wypadku zupełnie mu nie przeszkadza po raz kolejny zerwać się do boju, gdy widzi swojego przeciwnika – wspinającego się na górę innego UAZ-a. Okazuje się jednak, że tamten samochód ma problemy z jazdą. W Belmondzie odzywa się teraz dusza dżygita, który towarzysza w potrzebie nie opuści. Niepomny na zakręty, zjazd i podjazdy, bierze tamtego na hol i próbujemy razem jechać. Do pierwszej górki, gdy zrywa się linka. Nasz kierowca, nic nie mówiąc nikomu, rusza więc przed siebie, aby jak jesteśmy przekonani, wezwać pomoc. Tymczasem on w pierwszym napotkanym gospodarstwie pożycza kawałek grubego drutu, wraca do pozostawionego i łączy drutem oba samochody. I tak połączeni dotaczamy się powoli na obiad. Trudno nie przyznać mu racji: maszyna bywa zawodna, ale to on jest świetnym kierowcą.
(mpi/sr)
10 miejsc, do których nie chcesz pojechać

kobiecym okiem

















