Nasze hity
Ten niełatwy charakter polityka przejawia się w jego bezkompromisowości. Ale to właśnie zafascynowało studentkę z zachodnich Niemiec, która w 1985 roku przyjechała do Polski na stypendium, by skończyć pracę na temat: „Strategia i taktyka w rozmowach z politykami na przykładzie polskich polityków”. Młodziutka Nelli trafiła prosto do Krakowa, do kolebki Niezależnego Związku Studentów. Już podczas pierwszego zebrania zaintrygował ją milczący chłopak z ostatniego rzędu, który w skupieniu słuchał jej historii. A miała co opowiadać. Zanim przeprowadziła się do RFN-u, mieszkała w Gruzji i na Syberii (do dziś został jej słyszalny rosyjski akcent). Przeszła poniewierkę, na jaką były skazane rodziny więźniów politycz- nych. Jej ojciec został zesłany na kilka lat do obozu. Do stalinowskiego więzienia trafił też brat, w którego procesie jako dziecko uczestniczyła i nawet została wyproszona z sali rozpraw.
– O ile w żadnej mierze nie trzymam strony sowieckiego sądu w kwestii meritum, to całkowicie jestem po stronie sowieckiego sądu w kwestii usunięcia Nelli z sali. Nie było mnie tam, ale jestem pewny, że obrażała tamten sąd swoją mimiką – komentuje dziś z wrodzoną ironią Jan Rokita.
– Zdziwiłam się, jak mi po tym zebraniu powiedzieli, że właśnie ten chłopak, który się w ogóle nie odzywał, jest szefem NZS-u. Od razu zrobił na mnie wrażenie tą swoją szlachetnością, idealizmem i dobrymi manierami – mówi Nelli Rokita.
A maniery Jan Rokita wyniósł z krakowskiego domu. Ponieważ ojciec opuścił rodzinę jeszcze przed jego urodzeniem, wychowywały go same kobiety. Matka i jej pięć sióstr. Jak po latach z podziwem sam wspomina, wszystkie były świetnie wykształcone, samotne lub po rozwodach i pewnie przez to potrafiły poradzić sobie w każdej sytuacji. Małego Jasia rozpieszczały, ale i wszechstronnie kształciły. Jako 9-latek trafił do chłopięcego chóru Filharmonii Krakowskiej.
– Jasiek był wtedy takim cherubinkiem. Śpiewał wysokim sopranem. Jeździliśmy po świecie, bo wykonywaliśmy pierwsze dzieła Krzysztofa Pendereckiego. Janek traktował to strasznie serio – wspomina ówczesny kolega Rokity, Leszek Mikos.
W domu także był raczej poważny. Schludnie ubrany, siadał przy nieraz skromnym, ale zawsze nienagannie nakrytym stole, na którym widelce leżały na specjalnie przeznaczonych do tego podstawkach. Ten mieszczański sznyt przeniósł do swojego domu, nie mogąc się nadziwić postępowaniu żony, która twierdzi, że jest typem studentki mogącej jeść na ulicy bułkę i popijać ją kefirem.


















