Spojrzeć w oczy tragedii

Dałabym mu jakieś 10, może 12 lat. Nigdy nie zapomnę co odpowiedział, gdy zapytałam, czy ma jakieś rodzeństwo. Uśmiechnął się, podniósł palec wskazujący, dotknął jednego ucha i przeciągnął palec po gardle aż do drugiego ucha
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
(archiwum prywatne, fot. Justyna Gieleta)

- Dałabym mu jakieś 10, może 12 lat. Nigdy nie zapomnę, co odpowiedział, gdy zapytałam, czy ma jakieś rodzeństwo. Uśmiechnął się, podniósł palec wskazujący, dotknął jednego ucha i przeciągnął palec po gardle aż do drugiego ucha – opowiada Martyna Skura, podróżniczka, autorka bloga „Life in 20 kg”.

WP: : Cejrowski mawiał, że by zacząć podróżować, wystarczy sprzedać lodówkę. Musiałaś sprzedać już przynajmniej kilka, bo zwiedziłaś przynajmniej pół świata.

Podróże zawsze były częścią mojego życia. Rodzice poznali się w studenckim klubie rowerowym, przejechali pół Europy na rowerach, co na tamte czasy było nie lada osiągnięciem. Od dziecka gdzieś razem podróżowaliśmy. To nie musiało być daleko: biwak nad pobliskim jeziorem, polskie góry, wyjazd do Niemiec czy Francji. Z czasem, gdy stawałyśmy się starsze (mówię „my” ponieważ mam siostrę bliźniaczkę Anię i wiele rzeczy w życiu robiłyśmy razem), zaczęłyśmy wyjeżdżać na kolonie i obozy. Zawsze była ta myśl, że na wakacje lub zimą gdzieś wyjedziemy.

WP: : Pierwsze podróże finansowałaś ze studenckiego budżetu. Da się zwiedzić świat nie mając praktycznie nic w portfelu?

Do Portugalii jechaliśmy 2 doby autokarem, bo na bilet lotniczy nie było nas stać, w Belgii spaliśmy w szkole, we Francji w sali gimnastycznej, jedliśmy dużo zupek chińskich, w Gruzji jeździłam autostopem, zatrzymywaliśmy się u rodzin albo znajomych. Na studiach zaczęłam wolontariat w organizacji pozarządowej Centrum Współpracy Młodzieży w Gdyni, która organizowała wiele młodzieżowych projektów międzynarodowych, np. wymiany, szkolenia, warsztaty i wolontariat. Z czasem dostałam tam pracę i zaczęłam wysyłać Polaków na wolontariat europejski po całej Europie. Przyszedł moment, gdy stwierdziłam, że szewc bez butów nie będzie chodził i sama chcę wyjechać na taki wolontariat. To była największa zmiana w moim życiu, jedna decyzja, a zaważyła na tym wszystkim, co się później wydarzyło i kim teraz jestem.

WP: : A co z codziennym życiem? Znajomi nie dziwili się, że od razu po studiach wyjechałaś?

Gdy kończyłam studia, wielu znajomych brało ślub, kredyt „Rodzina na swoim”, rodziło dzieci. Rozmowy na uczelni albo w pracy kończyły się na pytaniu „Jaki stół z Ikei kupić?”, a ja wiedziałam, że tego stołu nie chcę jeszcze kupować. Chciałam zwiedzić świat, mieszkać za granicą, pomagać. 1 marca obroniłam magisterkę, a 17 siedziałam już w samolocie do Gruzji.

WP: : Spędziłaś tam blisko 9 miesięcy. To było pierwsze większe wyzwanie?

Nie żyłam jak pączek w maśle, musiałam umiejętnie gospodarować pieniędzmi, ale zawsze starczało mi na lokalne podróże. Jeździłam stopem, spałam u znajomych, ale zobaczyłam praktycznie całą Gruzję i Armenię. Chciałam bardzo jechać do Syrii, ale właśnie wtedy trwała już wojna i zamknęli granicę. Wiedziałam, że mój projekt się jednak skończy, a ja nadal nie chciałam kupować tego stołu. Podczas tych 9 miesięcy dowiedziałam się, że ówczesny rząd Gruzji prowadzi program „Teach and Learn with Georgia”, na który zaprasza obcokrajowców z całego świata, aby w ramach wolontariatu uczyli angielskiego w lokalnych szkołach. Zgłosiłam się, przeszłam proces rekrutacji i mnie przyjęli.

WP: : Pracowałaś w organizacji kobiecej...

Byłam wolontariuszką w Women’s Hope w miasteczku Akhaltsikhe na południu kraju. Organizacja zajmowała się aktywizacją młodych kobiet, dziewczyn z tego miasta.

WP: : Z jakimi problemami spotykają się najczęściej Gruzinki?

W tym regionie średnia wieku wyjścia za mąż i posiadania pierwszego dziecka to 18 lat. Dziewczyny po szkole wracają do domu i tam spędzają większość swojego czasu wolnego. Moja organizacja oferowała im alternatywne metody spędzania czasu, zdobywania dodatkowej wiedzy i doświadczenia. Przyjechałam tam z głową pełną pomysłów, skomplikowanych projektów. A na miejscu okazało się, że największą pomoc, jaką mogę zaoferować, to nauka języka. To dawało lepsze szanse dziewczynom na zdobycie dobrego wykształcenia, lepszą pracę, przeprowadzkę do stolicy lub wyjazd za granicę.

WP: : Nastolatki mają możliwość zmienić jeszcze swoje życie. Ale wszystkie te problemy, o których mówisz, mają swoje korzenie w wieloletnich tradycjach. Co więc z tymi starszymi kobietami, które nie znają innego życia?

Przy mojej organizacji działała również Democratic Women Organization, która skupiała się na problemach dorosłych kobiet. Mieliśmy jedyny w regionie gabinet ginekologiczny i mammograf. Nasza ginekolog jeździła po całym regionie i badała kobiety, albo organizowaliśmy transport dla cały grup kobiet z różnych regionów, aby mogły przyjechać do nas do organizacji i się zbadać. Niektóre z nich, mając 5 dzieci, nigdy nie były u ginekologa. Regularnie przychodziła do nas psycholog i lekarz rodzinny po to, aby kobiety mogły korzystać z opieki zdrowotnej bezpłatnie. Była również prawniczka, która pomagała kobietom podczas spraw rozwodowych, co jest wielkim tabu w Gruzji. Był również warsztat krawiecki, w którym kobiety, ofiary przemocy domowej, które zostały bez środków do życia, za to z dziećmi pod opieką, mogły uczyć się szyć i sprzedawać swoje produkty, dzięki czemu mogły utrzymać rodzinę.

(fot. archiwum prywatne)
Podziel się

WP: : Gruzini to jedno z bardziej konserwatywnych społeczeństw. Na pewno usłyszałaś w tym czasie mnóstwo poruszających historii...

Słyszałam wiele historii zdradzonych kobiet, które nie mogły rozwieść się z mężem, bo to wielki ostracyzm kulturowy. Mężczyzna po rozwodzie zabiera majątek i nie płaci alimentów, może się ponownie ożenić. Kobieta nie. Zostaje często na lodzie, bez środków do życia, z dziećmi i raczej nie znajdzie już sobie męża. Historie wdów, których mężowie umarli bardzo młodo albo na serce, albo w wypadku komunikacyjnym. Bo Gruzini jeżdżą jak szaleni. Dużo podróżuję i naprawdę Gruzja przoduje w rankingu szalonych kierowców.

Wiele opowieści o domowo przeprowadzonych aborcjach. Nie ma mowy o środkach antykoncepcyjnych. Ale gdy kobieta wie, że nie chce mieć dziecka lub nie będzie jej na to stać, to sama przeprowadzi na sobie aborcję: wieszakiem na ubrania, przedawkowaniem leków i wieloma innymi, domowymi sposobami”. Nie muszę chyba wspominać, że wiele z nich źle się kończy.

WP: : Myślałaś kiedyś o tym, by zostać tam na dłużej?

Mam wielki sentyment do tego miejsca, bo to pierwszy obcy kraj, w którym mieszkałam. Mam tam swoją gruzińską rodzinę, a nawet dwie. Bardzo chciałabym tam wrócić i ich odwiedzić. Nie myślałam jednak nigdy o tym kraju jako o moim domu, miejscu gdzie mogłabym mieszkać. Najtrudniejsze było dla mnie konserwatywne podejście do kobiet. Miałam przez to trochę nieprzyjemności, bo na początku nie byłam świadoma, jak bardzo konserwatywne jest to podejście. Słyszałam wielokrotnie, że jako Europejce w tym kraju można mi trochę więcej, ale rzeczywistość okazała się inna. Na początku, gdy jeszcze nie znałam rosyjskiego ani gruzińskiego, każdy kto znał angielski w moim mieście, był moim znajomym czy tego chciał, czy nie chciał. Nie mogłam wyjść z kolegą na spacer, pójść do kawiarni, nawet ze znajomym. Sama wieczorem na ulicy – zapomnij. Jeśli chciałam spotkać się z kolegą, musiałam pójść na spotkanie z koleżanką. Nieważne, że nie szłam na randkę. Mogłam iść po prostu na kawę, ale zawsze z koleżanką. Między bajki można
schować publiczne okazywanie uczuć, trzymanie się za rękę lub całowanie. No chyba, że w stolicy.

WP: : Podobno chcieli cię wydać tam za mąż

Wydać za mąż chciano mnie tyle razy, że straciłam rachubę. Koleżanki z pracy mówiły, że znajdą mi męża. Ilekroć bywałam na jakiś suprach (ucztach) czy imprezach, ot przedstawiano mi jakiegoś krewnego, kolegę czy znajomego i zachwalano jakim to on dobrym mężczyzną jest.

Jedna z historii jak odrzuciłam ofertę życia: Jesteśmy w górach Swanetii. 7 obcokrajowców mieszkających w Gruzji. Pojechaliśmy do Uzhguli, czyli małej wioski, gdzieś wysoko w górach Kaukazu. Posiedzieliśmy, zrobiliśmy zdjęcia i schodzimy. Po drodze spotykamy gruzińską rodzinę. W Poniedziałek Wielkanocny robi się piknik (z dużą ilością wina) na cmentarzu. Tak aby czas spędzić z bliskimi, którzy już odeszli. I ta gruzińska rodzina zaprasza nas na cmentarz przy kościołku. Jako że z całej grupy najlepiej mówiłam po gruzińsku i rosyjsku, tłumaczyłam. Ojciec rodziny w pewnym momencie mówi do mnie: „Wiesz co Martyna, podobasz mi się. Kargi gogo jesteś” [dobra dziewczyna, największy komplement, jaki dziewczyna w Gruzji może usłyszeć, równoznaczne z „dobra kandydatka na żonę”]. Już sobie myślę „Oho, znam te śpiewkę. Gdzie mój mąż?”. Szukam mojego ówczesnego chłopaka wzrokiem, aby przedstawić go jako mojego męża. Po ponad roku w Gruzji już wiem w jakim kierunku ta rozmowa będzie zmierzać. Gruzin podchodzi do mnie,
obejmuje ramieniem, obraca tak, abym widziała góry i wieś i mówi „Martyna, to wszystko nasze będzie. Połowa tej wsi i te góry. Nasze będą. Wyjdziesz za mąż za mojego syna i to wszystko nasze będzie”. Pytam: „A ile lat ma Twój syn?”. Słyszę: „14, ale to nic nie szkodzi. Kiedyś będzie prawdziwym gruzińskim mężczyzną”. Opowiadam mu, że ja mam męża, że dziękuję za ofertę. Na początku nie chciał wierzyć i się upierał przy swoim. W końcu dał za wygraną. Zawołał „mojego męża”, ustawił nas twarzą do gór i kazał przysięgać na tę górę, że jak będziemy mieć już syna, nie córkę, to przyjedziemy tutaj i wszystko mu pokażemy. Błogosławił nas i ucałował.

Szansa przychodzi w życiu niespodziewanie. Nie można dać jej odejść. Ja odrzuciłam propozycję życia: mieszkania w zapomnianej przez Boga wiosce w gruzińskich górach, władania wioską i męża 14-latka. Kto wie jak wyglądałoby moje życie, gdybym wtedy się zgodziła…

WP: : Opowiedz coś więcej o tych słynnych ucztach na cmentarzu. To jedna z najważniejszych tradycji w kraju

Poniedziałek jest dniem „wszystkich zmarłych”, czyli wielkanocna impreza przenosi się na cmentarz. Cała rodzina zbiera się przy grobach zmarłych, składają kwiaty, zapalają świeczki, kładą czerwone jajka, robią wielki piknik. Odwiedzając zmarłych na cmentarzu, swoich czy nie swoich, wylewa się trochę wina na grób każdego ze zmarłych, a resztę wypija się na zdrowie bliskich. Najczęściej robią to tylko mężczyźni. Gruzini żartują sobie, że w pewnym momencie Bóg stwierdza, że wypili już za dużo i sprowadza deszcz, aby przegonić ich do domu. Co niewiele daje, bo Gruzini piją wtedy w domu. To samo przytrafiło się mi, gdy z gruzińską rodziną świętowałam na cmentarzu.

(fot. archiwum prywatne)
Podziel się

WP: : Co było po Gruzji?

Chciałam jechać dalej na wschód, do Azji. Wypadło na Chiny, bo tam jako nie-native speakerowi angielskiego, było mi łatwiej dostać pracę, niż w Korei Południowej czy Japonii. W Chinach spędziłam rok ucząc angielskiego w prywatnym gimnazjum i kilku szkołach podstawowych w Hangzhou. To miasto o zaledwie 8 mln mieszkańców, „zaledwie” jak na chińskie standardy.

WP: : I Azja stała się twoim domem na dłużej. Pracowałaś 2 miesiące w szkole na południu Chin, potem trafiłaś do Tajlandii

Tam pracowałam w brytyjskiej organizacji, która realizowała projekty społeczne dla lokalnej społeczności m.in. nauka angielskiego, edukacja prozdrowotna, ekologiczna, praca z uchodźcami i dziećmi niepełnosprawnymi. Przez rok mieszkałam w malutkiej rybackiej wiosce na południu Tajlandii, która była totalnie zniszczona podczas tsunami w 2004 roku.

WP: : Spędziłaś jakiś czas w ośrodku dla prześladowanych imigrantów. Co utkwiło ci w pamięci już na zawsze?

Trochę się obawiałam, bo słyszałam wiele negatywnych historii. Ludzie opowiadali, że to depresyjne miejsce. Nie byłam sama. Była ze mną jeszcze moja brytyjska wolontariuszka, jeszcze bardziej przestraszona niż ja. Weszłyśmy na podwórko i podbiegł do nas pierwszy chłopiec. Uśmiechnięty i nawet mówił trochę po angielsku. Dałabym mu jakieś 10, może 12 lat. Nigdy nie zapomnę, co odpowiedział, gdy zapytałam, czy ma jakieś rodzeństwo. Uśmiechnął się, podniósł palec wskazujący, dotknął jednego ucha i przeciągnął palec po gardle aż do drugiego ucha. Zamurowało mnie. Zdębiałam. Zatkało mnie. Nie wiem jak inaczej można to opisać. Co się robi w takich momentach? Co takiemu dziecku odpowiedzieć? Przeprosić?

WP: : To ta chwila, w której nie można nic powiedzieć...

Przez kilka sekund w mojej głowie wybuchło tyle myśli, że nie potrafiłam ich uporządkować i się w nich odnaleźć. Oto stoi przede mną młody Birmańczyk, który stracił całą swoją rodzinę podczas ucieczki ze swojego kraju. Jaki bagaż doświadczeń ma ten chłopiec? I co ja, dobijająca do 30-stki Europejka, mogę mu powiedzieć? Jak pocieszyć? Co mogę mu zaoferować? Po kilku minutach przybiegli inni. Próbowałam w ich gronie odnaleźć jakąś dziewczynkę. Na próżno. Wśród kilkunastu dzieci i młodzieży nie było żadnej dziewczynki ani nastolatki. Spotkałam tylko kilka matek i babek.

Wtedy zrozumiałam, dlaczego to miejsce przedstawiano mi jako depresyjne. Ja, Polka z kraju, w którym sportem narodowym jest narzekanie, przyszłam do miejsca, w którym ludzie mierzą się z taką tragedią życiową. Wszystkie te dzieci, matki i starsze kobiety, przeszły przez największy horror życia.

WP: : Konflikty religijne przerwały ich dzieciństwo, o czym najczęściej nie mówi się w mediach

Większość tam obecnych to byli nastoletni chłopcy. O ile dodawanie i odejmowanie do 10 byli wstanie ogarnąć, tak mnożenie do 20 przerosło ich możliwości. Nie mogłam uwierzyć. Jak to? Nie znacie tabliczki mnożenia? Przecież tego uczą w każdej szkole na całym świecie. Później pracowniczka ONZ-tu, która starała się dla nich o azyl, odpowiedział mi na to pytanie. „Martyna, siedzę z tym chłopcem i zadaję mu pytania z formularza, który mam przed sobą. Taka biurokracja, którą trzeba przejść. Pytam się go, czy chodził do szkoły. A on mi odpowiedział: Umieraliśmy z głodu i musieliśmy uciekać z naszego kraju. Mieliśmy dużo większe problemy niż chodzenie do szkoły".

WP: : To nie było ostatnie takie spotkanie. Wróciłaś jeszcze do tego ośrodka. Coś się zmieniło?

Drugi raz bolał jeszcze bardziej. W ośrodku poza chłopcami były też kobiety. Ktoś, kto był tam wcześniej, chciał nauczyć je angielskiego, bo uznał, że to pomoże im w przyszłości, gdy już wyjdą z ośrodka albo dostaną azyl. Ta sama osoba usłyszała od jednej z kobiet: „Po co ja mam się tego uczyć? Mój mąż i wszystkie moje dzieci zginęły w morzu. Dla kogo mam to robić?” To uderza jak grom z jasnego nieba, jakby się dostało patelnią w twarz albo obuchem w potylicę. Bo miała rację ta Birmanka. Co można jej odpowiedzieć?

Nowy pomysł był taki, że może nauczyć je czegoś, z czego będą mogły czerpać jakieś pieniądze np. sprzedawać ręcznie robioną biżuterię albo kartki. Obok mnie, na podłodze, siedziała kobieta. Młoda, może 24 lata, ale widać było, że życie odcisnęło ślad na jej twarzy. Pokazała mi swoją pocztówkę. ”To jest mój dom w Birmie. Ma jedno piętro. Naokoło są palmy i las”. Po kilku minutach pokazała mi swoją drugą kartkę. Bardzo podobną do tej pierwszej. „To jest mój dom. Pali się. To ja. A tu policjant, który do nas strzela”. Znowu to uczucie. Znowu nie wiem jak zareagować. Widzę, że wyciąga do mnie trzecią kartkę. „To morze i łódź. Tu na dole, to my. Na górze strażnicy z karabinami. Strzelają do nas. A tu w wodzie, ciała ludzi i mojego męża”.

Nie ma słów, aby opisać cały koszmar, przez który przeszła ta kobieta. Do tej pory noszę przy sobie te trzy pocztówki. Zawsze są w moim kalendarzu. Nie pamiętam imienia tej kobiety, mimo że tyle razy je mówiła. Mam problem z przypomnieniem sobie jej twarzy, ale pamiętam jej oczy.

WP: : Ośrodek traktowali jak nowy dom? Takie miejsca szybko stają się żerowiskiem dla handlarzy ludźmi

Bardzo szybko handlarze zorientowali się, że w ośrodku dla kobiet są uchodźcy, którzy chcą się wyrwać do Malezji. I tak sobie chodzili wzdłuż płotu, przywoływali kobiety albo dzieci. Cierpliwie i z udawanym wzruszeniem słuchali ich historii. Gdy człowiek jest w tak beznadziejnej sytuacji, potrzebuje poczuć, że ktoś mu współczuje i chce go wysłuchać i może pomóc. Gdy te kobiety i dzieci usłyszały, że jest ktoś, kto oferuje im pomoc, od razu chcieli z niej skorzystać. Czy byli naiwni? Pewnie tak, bo racjonalnie myśląc to cały ten pomysł, że obcy ludzie pomagają ci dotrzeć do swojej rodziny, jest grubymi nićmi szyty. Ale tonący brzytwy się chwyta. I tak pewnego dnia, pod osłoną nocy z ośrodka wyszła grupa kobiet i dzieci. I nikt ich nigdy nie szukał.

WP: : Co się z nimi stało?

Chciałabym wierzyć, że dotarli do swoich rodzin w Malezji. Jednak standardowy scenariusz wygląda tak: jak już handlarze ludźmi namówią uchodźców, żeby skorzystali z ich pomocy, przemytnicy transportują ludzi do granicy. Tam wedle ustaleń powinni ich puścić wolno, ale w rzeczywistości dzieje się coś innego. Handlarze każą dzwonić do krewnych w Malezji, gdy tamci odbiorą telefon, przemytnicy zaczynają bić kobiety i dzieci i żądają więcej pieniędzy. Jeśli krewni z Malezji się zgodzą, uchodźcy są puszczani, jeśli jednak nie – są zabierani i sprzedawani dalej jako niewolnicy. Jeden niewolnik kosztuje ok. 300 zł. Ci, którzy zdecydowali się zostać w ośrodku, mają szansę na azyl i status uchodźcy. Z pomocą ONZ-tu trafią do USA i tam zaczną nowe życie. Po kilku latach dostaną obywatelstwo i będą mogli sprowadzić swoje rodziny, by znowu być razem.

W tej historii można by się dopatrzyć wielu wątków. Można ją odnieść do obecnej sytuacji w Europie. To nie jest aluzja do tzw. „kryzysu uchodźców w Europie”. To historia pewnej kobiety i pewnego chłopca, których spotkałam w Tajlandii. Nie wiem co się z nimi teraz dzieje i pewnie nigdy się nie dowiem.

(fot. archiwum prywatne)
Podziel się

WP: : Widziałaś już tyle, poznałaś różne kultury. Wiele kobiet obawia się podróżować w tamte rejony. Nigdy nie bałaś się podróżować w pojedynkę?

Samotne podróżowanie może być wielką przygodą. Sama podejmuję decyzję gdzie i kiedy jadę, ile śpię i gdzie chcę jeść. Nie muszę brać niczyjej opinii pod uwagę. Nie czarujmy się jednak. Kobiecie jest ciężej podróżować w pojedynkę niż mężczyźnie. Ale przy zachowaniu zdrowego rozsądku nie powinno nam się nic stać. Wiadomo: nie wychodzić po zmroku samej, szczególnie w konserwatywnych krajach, nie pić alkoholu z obcymi, po zmroku wracać do hotelu taksówką (nawet jak kosztuje dużo więcej niż spacer ulicami miasta), nie podawać swojego adresu. Już tak mam po Gruzji, że ilekroć wchodzę do jakiegoś baru, to od razu sprawdzam gdzie jest wyjście, gdybym musiała z niego szybko skorzystać.

WP: : Miałaś chwile zwątpienia?

Zdarzyło się mi i znajomej, że musiałyśmy zatrzymać się na noc w mieście pomiędzy Erewaniem a Sewan, w Hrazdanie. Małe miasto położone w trochę górzystym regionie. Wygląda jakby Związek Radziecki na stale tu pozostał. Bloki z wielkiej płyty, fabryki. Jakby miasto zostało sztucznie stworzone na potrzeby wybudowanej tam fabryki.

Wydawałoby się, że będzie tu jakiś hotel, w którym można się zatrzymać. Wydawałoby się… W całym mieście nie było niczego takiego. W końcu udało nam się znaleźć hotel, który miał być dopiero otwierany. Prowadziła go sympatyczna kobieta. Koniec końców nie miałyśmy innego wyjścia. Warunki bardzo fajne i przystępna cena.

Po południu z przyjaciółką poszłyśmy na spacer. Po powrocie owa Ormianka zaprosiła nas na kawę. Potwierdziło to tylko naszą opinię o gościnnych Ormianach. Po chwili znalazłyśmy się w dość dużej sali, która w przyszłości mogłaby posłużyć za małą dyskotekę w hotelu. Przy jednym ze stołów siedziało trzech mężczyzn, znajomi i właściciele tego przybytku. Zostałyśmy poczęstowane smaczną kolacją i ormiańskim winem z granatów. Miła atmosfera, śmiechy i żarty. W końcu zapytałyśmy się, co to za miejsce i co ma się w nim znajdować. Usłyszałyśmy „Strip club”. I nagle w naszych oczach, zamiast trzech mężczyzn, zobaczyłyśmy trzech alfonsów. Minęło już wiele lat od tamtego wydarzenia. To, i wiele innych podczas podroży po Kaukazie, wiele mnie nauczyło. Czasem jednak nie da się przewidzieć każdego ryzyka i tego jak dana sytuacja się potoczy. Teraz się z tego wszystkiego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu.

(fot. archiwum prywatne)
Podziel się

WP: : Podróżowanie to już styl życia?

Można tak powiedzieć. Moje podróże to raczej przeprowadzki. Stąd nazwa mojego bloga Life in 20 kg. Pakuję się w plecak i lecę na drugi koniec świata, tam pracuję i mieszkam. Jak się już raz zacznie i połknie bakcyla, to trudno przestać. W miarę jedzenia apetyt rośnie. Zawsze jest wiele nowych miejsc do zobaczenia, ludzi do poznania i rzeczy do zrobienia.

WP: : Teraz masz szansę jako jedyna Polka wziąć udział w wyprawie na Antarktydę. Na czym polega ten projekt?

Tak! Wyjazd na biegun był zawsze moim największym marzeniem. Jednak zawsze wydawało się nieosiągalne. Kosztuje bardzo dużo. Nie szukają tam wolontariuszy do nauki angielskiego albo czegokolwiek innego. Widać pingwiny radzą sobie bez tego języka. Znalazłam w internecie konkurs, w którym główną nagrodą jest 30-dniowy rejs na biegun południowy z lotem helikopterem nad morzem Rossa. Nagroda warta jest 25 tysięcy dolarów. To są pieniądze nieosiągalne dla mnie. A tutaj pojawiła się szansa, że można taki rejs wygrać. W konkursie bierze udział ponad 700 osób z całego świata. Obecnie jestem na miejscu 5. Jestem jedyną Polką z realną szansą na wygranie. Do finału przechodzą osoby z pierwszej trójki. Mi jeszcze trochę głosów brakuje. Głosować można do końca lutego, więc w tej chwili każdy głos się liczy. Jeśli ktoś jeszcze nie głosował to klikajcie .

WP: : Myślisz, że kiedyś rzucisz podróżowanie i zaczniesz pracować w zwykłej korporacji?

Żartuję sobie, że jeśli wygram ten rejs, to już nie muszę podróżować, mogę iść do pracy do korpo. Kiedyś pewnie kupię ten stół i osiądę na chwilę, ale jeszcze nie teraz. Jak na razie przygotowuje się do wyjazdu do Tajlandii, bo do samolotu wsiadam za tydzień.

Rozmawiała: Magdalena Drozdek

Polub WP Kobieta
Trwa ładowanie
.
.
.
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Podziel się na Facebooku