Trwa ładowanie...
d3d70uj
Ludzie

Człowiek jest sumą tego, co przeżył. Billie Holiday

- Nigdy nie miałam czasu, by bawić się lalkami jak inne dzieci. Zaczęłam pracować, kiedy miałam raptem 6 lat – wspominała po latach. Gdy się urodziła, jej matka była jeszcze nastolatką. Razem dorastały, razem przeżywały koszmary. Billie Holiday miała uratować muzyka...
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Człowiek jest sumą tego, co przeżył. Billie Holiday
(Agencja Forum/Eastnews)
d3d70uj

- Nigdy nie miałam czasu, by bawić się lalkami jak inne dzieci. Zaczęłam pracować, kiedy miałam raptem 6 lat – wspominała po latach. Gdy się urodziła, jej matka była jeszcze nastolatką. Razem dorastały, razem przeżywały koszmary. Billie Holiday miała uratować muzyka...

Był kwiecień 1915 roku. Urodziła się jako Eleanora Fagan w Filadelfii. Dziś z tym nazwiskiem nikt nie skojarzyłby słynnej Billie Holiday, mistrzyni jazzu, nostalgicznej gwiazdy. Matka Billie, Sadie, miała zaledwie 19 lat, gdy urodziła córeczkę. Niewiele starszego od siebie ojca dziewczynki poznała w jednym z klubów jazzowych. Wybrankiem był znany muzyk, Clarence Holiday. Przyszła wokalistka nie miała kontaktu z ojcem, ale i tak później zdecydowała się robić karierę pod jego nazwiskiem.

Miała wyjątkowo trudne dzieciństwo. Matka próbowała zarobić kilka dolarów, pracując na kolei. Małą zostawiała pod opiekę sąsiadom. Kobieta próbowała ułożyć swoje życie, ale wszystkie próby kończyły się zazwyczaj klęską. Tak było choćby z jej małżeństwem z Philipem Gough. Związek przetrwał dwa lata, a rozczarowana Sadie zaczęła jeszcze więcej pracować. O córce zapomniała. Billie, która wychowywała się u obcych, całe dzieciństwo sprawiała problemy. Miała 9 lat, kiedy pierwszy raz stanęła przed sądem rodzinnym. Za opuszczanie zajęć w szkole trafiła do katolickiej szkoły dla czarnoskórych kobiet. Dziewięć miesięcy później wyszła na prośbę Sadie.

d3d70uj

Do poprawczaka wracała jeszcze dwukrotnie. Ostatnim razem trafiła tam nie jako niesforna nastolatka, której nie w głowie było chodzenie do szkoły, a jako ofiara gwałtu. W grudniu 1926 roku napadł na nią sąsiad, Wilbur Rich. Mężczyzna trafił do więzienia, a nastolatka miała, według sądu, dojść do siebie w katolickiej szkole, która była przecież dla niej prawdziwym utrapieniem. Kiedy ją opuściła, miała 12 lat. Była dzieckiem, a przeszła już tak wiele. A to nie koniec jej koszmarów.

„Puste kieszenie to nie sukces”

Razem z matką wyjechała do Nowego Jorku, swoje miejsce znalazły w Harlemie. To był okres odrodzenia ery jazzu. Billie doskonale odnalazła się w tym świecie. Kochała muzykę, zawsze szukała miejsca, w którym mogłaby jej posłuchać. Harlem wydawał się więc idealny. Dziewczyna odkryła, że może zarabiać śpiewaniem w miejscach, gdzie nielegalnie sprzedawano alkohol. Chodziła od stołu do stołu zbierając napiwki.

Jej biografię porównuje się do tej, którą zrobiła Edith Piaf. Urodziły się w tym samym roku, obie też wywodziły się ze slumsów, a zaczynały muzykowanie w domach publicznych. Małą Piaf opiekowała się babka, właścicielka jednego z takich przybytków. Dziewczynka była maskotką tamtejszych prostytutek. A Billie? W klubach zarabiała kilka dolarów za wieczór, dorabiała na boku jako prostytutka, choć nie miała jeszcze 14 lat.

d3d70uj

Z gramofonów puszczano wtedy utwory Armstronga, jej idola. Naśladowała jego głos ku uciesze klientów. W maju 1929 roku do domu, w którym pracowała razem z matką, przyjechała policja. Panie Holiday trafiły za kraty. Kilka miesięcy później wypuszczono najpierw matkę, potem córkę. Trzeba było wreszcie coś zmienić w życiu.

Billie szybko stała się gwiazdą w Harlemie. Bywalcy klubów uwielbiali jej swingujący głos, temperament i niezwykłe poczucie rytmu. Podobno na koncertach doprowadzała ludzi do łez. Była rozpoznawalna, miała szansę wybić się z biedoty, w jakiej żyła. Największą przeszkodą, którą sama sobie postawiła, były jednak używki. Nie potrafiła zerwać ze złym trybem życia, który narzuciła sobie jeszcze jako dziecko. Odnosiła sukcesy i brała coraz mocniejsze narkotyki.

Jako pierwszy muzycznie zaopiekował się nią producent John Hammond. Miała 18 lat, kiedy pierwszy raz nagrał ją w studiu.

(fot. Agencja Forum)

„Krew jest na liściach i krew na korzeniach”

d3d70uj

Niedługo później miała już w kieszeni swój pierwszy kontrakt. Nigdy nie nauczyła się czytać nut, nie wiedziała, co oznaczają te wszystkie specjalistyczne terminy. Była samoukiem, który po prostu czuł muzykę.

- Jej geniusz był czymś naturalnym. Nie wdaje mi się, że wybrała śpiewanie dlatego, że myślała o sobie jako dobrej wokalistce. Zaczęła, bo nie miała pojęcia, co w życiu robić – mówi wokalistka Annie Ross w materiale „Lady Day – historia Billie Holiday”.

W 1936 roku nagrała pamiętne „Summertime”, niedługo później współpracowała z Artiem Shawem, ale nie trwało to zbyt długo. Mogła mieć głos i charyzmę, ale była czarnoskóra, a przedwojenną Ameryką rządziła przecież segregacja rasowa. – Nie mogłam wejść do baru ani restauracji jak inni członkowie zespołu. Kluby i hotele opuszczałam tylnymi drzwiami – wspomina po latach.

W tym czasie nagrała też „Strange Fruit”, utwór-legendę opowiadający o wiszących na drzewach ofiarach społecznego linczu. „Drzewa na południu wydają dziwne owoce. Krew jest na liściach i krew na korzeniach. Czarne ciała kołyszą się w południowym wietrze. Dziwny owoc wisi na drzewie topoli” – śpiewała. Sam tekst napisał żydowski poeta Abla Meerepol. Inspiracją było zdjęcie Lawrence’a Beitlera, które przedstawiało powieszonego Thomasa Shippa i Abrama Smitha. Holiday nadała temu obrazowi niezwykły wymiar. Kilka lat temu utwór został okrzyknięty „pieśnią wieku”, a jak przyznał jeden z muzyków – „Strange Fruit” był pierwszym znaczącym protestem w słowie i muzyce, pierwszym nieuciszonym krzykiem przeciwko rasizmowi.

d3d70uj

W latach 40. Billie zdobyła popularność, o jakiej nigdy nie marzyła. Razem ze sławą przyszły pieniądze. Uwielbiała je wydawać. Rozdawała wszystko, co miała przyjaciołom i matce. Później okazało się, że gdy nie miała nic, nie został jej nikt, kto mógłby jej pomóc. Mimo wszystko i tak najwięcej pieniędzy pochłaniały narkotyki. Billie nie mogła rozstać się z heroiną. W 1947 roku po raz pierwszy aresztowano ją za posiadanie narkotyków. Była u szczytu popularności, więc sprawa nie mogła nie trafić do mediów. Słynny proces „Stany Zjednoczone przeciwko Billie Holiday” toczył się w towarzystwie tłumów dziennikarzy. Wykończona nałogiem wokalistka słaniała się na nogach, nie miała prawnika i jedyne, co mogła zrobić, to przyznać się do winy i błagać, by szybko przewieziono ją do szpitala. W więzieniu spędziła kilka miesięcy.

Dwa lata później sytuacja się powtórzyła. Tym razem jednak sąd nie był tak przychylny i odebrał jej dokument, który upoważniał Holiday do występów w klubach. To było jak degradacja.

„Być może życie marzeniami jest błędem”

Jej biografia pełna jest takich wzlotów i upadków. Jak pisano, życie niszczyły jej narkotyki, ale też mężczyźni. Wykorzystywali ją, bili i okradali z pieniędzy. Do dziś krążą plotki, jak gangsterzy wielokrotnie uderzali ją w twarz i kopali, gdy tylko się przewróciła. Jedna z biografek Holiday pisała nawet, że śpiewaczka uwielbiała takich mężczyzn. Szalała za niebezpiecznymi, pasożytniczymi degeneratami, którzy nakłaniali ją do brania heroiny.

d3d70uj

Po tym, jak straciła licencję, nie mogła śpiewać w miejscach, w których sprzedawano alkohol. W latach 50. przestano wydawać jej płyty. W 1958 roku należne jej tantiemy wynosiły zaledwie 11 dolarów. Burzliwe życie uczuciowe i używki wyniszczały ją z dnia na dzień. Na swoich ostatnich koncertach była zaledwie cieniem dawnej siebie. Holiday przegrywała walkę z życiem.

Także w 1958 roku trafiła do szpitala z powodu dolegliwości serca i marskości wątroby. Przestała nawet na jakiś czas pić, ale ostatecznie nałóg był silniejszy. Traciła ostatnie pieniądze i ducha walki. Kiedy znajomy zobaczył ją i to jak potwornie schudła, zmusił, by rozpoczęła leczenie w Metropolitan Hospital w Nowym Jorku. Gdy tak leżała niemal pozbawiona życia na szpitalnym łóżku, policjanci po raz kolejny postanowili ją zakuć w kajdanki i aresztować za posiadanie narkotyków. W jej pokoju znaleziono bowiem kilka paczek marihuany. Skończyło się na całodobowej straży.

Legenda nowojorskiego Harlemu, najważniejszy głos czarnoskórych Amerykanów, poruszająca serca wokalistka zmarła 17 lipca 1959 roku. Zostawiła po sobie 70 centów schowane w kieszeni, raptem kilkaset dolarów na koncie i niesamowity dorobek muzyczny. Gdy odchodziła z tego świata, nie zdawała sobie sprawy, jak wielu ludzi ją kochało.

- Jej śmierć, tak jak i życie, była nieuporządkowana i wzbudzająca litość. Była kobietą o uderzającej urodzie, ale pod koniec życia zdegradowana do małej, groteskowej karykatury samej siebie. Robactwo wszelkich ekscesów - narkotyki były tylko jednym z nich - przeżarło jej ciało. Istnieje możliwość, że jedną z ostatnich myśli tej cynicznej, sentymentalnej, bluźnierczej, szczodrej i wielce utalentowanej 44-letniej kobiety było przekonanie, że następnego ranka stanie przed sądem. Może nie tak prędko, ale pewnie tak by w końcu było. W tym wypadku ona sama postanowiła uchylić się od wszelkiej odpowiedzialności przed jakąkolwiek jurysdykcją na tym świecie - pisał Gilbert Millstein w „The New York Times”.

md/ WP Kobieta

d3d70uj

Podziel się opinią

Share
d3d70uj
d3d70uj