Blisko ludziPolka straciła wzrok, ale została żeglarką. „Na morzu nie pamiętam, że nie widzę”

Polka straciła wzrok, ale została żeglarką. „Na morzu nie pamiętam, że nie widzę”

Polka straciła wzrok, ale została żeglarką. „Na morzu nie pamiętam, że nie widzę”
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne
Katarzyna Gruszczyńska

03.02.2017 09:58, aktual.: 03.02.2017 10:40

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Sylwia Skuza straciła wzrok po przeszczepie szpiku kostnego w 2000 roku. Od kilku lat walczy o odszkodowanie – 500 tys. zł, które sąd jej przyznał, ale szpital odwołał się od tej decyzji. Na razie otrzymuje tylko rentę w wysokości 800 zł miesięcznie. Jej pasją stały się rejsy – najpierw po Zatoce Gdańskiej, a teraz nawet po Morzu Śródziemnym. W morze zabiera inne osoby niepełnosprawne – niewidome, po amputacjach kończyn i na wózkach inwalidzkich. Nam opowiada o bólu, który rozsadza czaszkę, o sądowej batalii i o tym, co dało jej żeglowanie.

Zespół mielodysplastyczny szpiku – taką diagnozę Sylwia Skuza z Gdańska usłyszała w 2000 roku. Przeszła transplantację szpiku kostnego od dawcy rodzinnego, potem koszmarnie ciężkie i długie leczenie. Wyzdrowiała, ale straciła wzrok. - Z całkowitego widzenia przeszłam do całkowitego niewidzenia. Psychika człowieka wtedy wysiada – opowiada w rozmowie z WP.PL.

Skutkiem ubocznym operacji był tzw. przeszczep przeciw gospodarzowi (GVHD - niepożądana reakcja fizjologiczna zachodząca w organizmie biorcy przeszczepu pod wpływem wprowadzonych obcych antygenowo limfocytów – przyp. red.).

Szczep dawcy uaktywnił się w jej organizmie, wyniszczając komórki nowotworowe, ale równocześnie atakował narządy i skórę – wszystkie miejsca, w których znajduje się kolagen. W przypadku Sylwii Skuzy zaatakował oczy.
- Doświadczałam takiego bólu, że miałam wrażenie, że rozsadzi mi czaszkę, nie pomagała już nawet morfina. Pamiętam jak raz, podczas wizyty kontrolnej, siedziałam na schodach i dotykałam głową ściany, która była lodowata. To przynosiło minimalne ukojenie – tłumaczy 45-latka.

- W moim przypadku dopuszczono się błędu zaniedbania i zaniechania, zredukowano i odstawiono specjalne leki i negatywny proces się nasilił – wyjaśnia Sylwia Skuza.
W 2005 roku pozwała gdańską Akademię Medyczną o odszkodowanie w wysokości 500 tys. zł i rentę – 800 złotych miesięcznie. – Przez sześć i pół roku sąd szukał polskich biegłych. Gdy znalazłam swoją biegłą z Londynu, okazało się, że jej opinia była miażdżąca dla lekarzy. Sąd zasądził, że powinnam otrzymać 100 procent odszkodowania, ale szpital odwołał się od wyroku – tłumaczy Sylwia Skuza.

Sprawa zwolniła, sąd ponownie szuka biegłych, pojawiły się problemy z dostarczaniem sądowej korespondencji. Sylwia Skuza ma szanse na odzyskanie wzroku, ale nie w Polsce. Teraz skoncentrowała się tylko na procesie. Złożyła też skargę do Ministerstwa Sprawiedliwości, które objęło szczególny nadzór nad tą sprawą. Na razie kobieta nie organizuje żadnego rejsu w ramach swojej Pomorskiej Fundacji Sportu i Turystyki Osób Niepełnosprawnych „Keja”, mimo że to daje jej największą wolność. Jak zaczęła się jej przygoda z żeglarstwem?

- W 2008 roku natrafiłam w internecie na artykuł o rejsach osób niewidomych w ramach akcji „Zobaczyć Morze”. Włączyłam się w dyskusję, podpisując komentarze jako „Niewidoma kobieta”. Szybko dostałam wiadomość od żeglarza, który zaproponował mi rejs. Oczywiście, że się bałam, nigdy wcześniej nie żeglowałam, a jako osoba widząca bałam się wody. Odkąd straciłam wzrok, w moje codzienne życie wkradła się ogromna nuda, więc spróbowałam, nie miałam nic do stracenia. Okazało się, że moje nudne życie zmieniło się w ciekawe życie – opowiada w rozmowie z WP.PL.

- Na morzu nie pamiętam, że nie widzę, że jak każdy, mam masę problemów, że znowu coś nie wyszło. Na morzu czuję się wolna, swobodna, pełnosprawna. Pływam z tymi, których lubię i wciąż zachęcam wszystkich innych, bez względu na rodzaj niepełnosprawności czy jej brak, do wejścia na pokład, do przełamania strachu i obaw, do otwarcia się na świat i na przygodę – przekonuje.

Obraz
© Archiwum prywatne

Złapała bakcyla, a potem w jedną noc zdecydowała, że założy fundację i będzie organizowała takie rejsy dla niepełnosprawnych osób. Z krótkich zatokowych wypraw zaczęła poszerzać kręgi – eksploruje już m.in. Morze Śródziemne.
Nie ogranicza się do osób niewidomych. – Żeglowałam już z osobami po amputacjach kończyn dolnych, górnych, w rejsie ze Słowenii do Włoch wzięła udział osoba na wózku inwalidzkim – opowiada.

- Jestem niewidoma i jestem szczęśliwa. Wiem, że dla wielu wydaje się to niemożliwe. A jednak. Choroba przyniosła mi odkrycie, że ból, cierpienie, niepełnosprawność oraz związane z tym ograniczenia nie zabierają mi prawa do szczęścia. Przeciwnie, dały mi możliwość innego spojrzenia na rzeczywistość – przyznaje Sylwia Skuza. - Nie udaję, że ich nie ma – są, ale ja jestem taka sama, wciąż energiczna, uśmiechnięta, dowcipna. Pracuję jak dawniej, więcej spraw załatwiam przy pomocy telefonu czy internetu, ale nie zwolniłam i nie powiedziałam sobie "dość" – dodaje.

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (85)
Zobacz także