Pierwszego chłopaka miałam dopiero na studiach. Zanim poszliśmy do łóżka, sporo czytałam, na temat tego, co lubią mężczyźni, jak sprawić im przyjemność. Każde wyjście na randkę poprzedzała długa lista rytuałów – depilacja, peeling, balsam, seksowna bielizna, makijaż, układanie włosów. W łóżku postanowiłam być perfekcyjną kochanką. Wzdychałam głośno, bo tak robiły gorące laski. Przećwiczyłam przed lustrem seksowne pozy i kiedy kochaliśmy się od tyłu, zawsze dodatkowo się wyginałam, kiedy staliśmy, zmysłowo zawijałam nogę wokół jego ud. Chociaż było mi niewygodnie. Mimo, że na pozór byłam idealną kochanką, tak naprawdę nie miałam jakiejś dużej ochoty na seks. Bardziej, niż na swojej przyjemności koncentrowałam się na byciu seksowną. Byłam zadowolona, kiedy mój chłopak szalał z rozkoszy i przez tydzień wspominał mój boski języczek. Tak naprawdę zależało mi na adoracji z jego strony, uwielbieniu – to mi sprawiało psychiczną satysfakcję z seksu. Często myślałam o tym, jak wyglądam. Często też udawałam orgazmy, bo
nie chciałam, żeby on pomyślał, że jestem jak kłoda. Kiedy odkryłam na komputerze mojego chłopaka, że przeglądał zdjęcia nagich kobiet w sieci, robiłam sceny zazdrości. Nie mogłam w sobie przetrawić tego, że niby jest zakochany, a potrzebuje oglądać nago inne dziewczyny. Zamartwiałam się, że mu się znudziłam. Przeczytałam kilkadziesiąt męskich forów, zanim dotarło do mnie, że to normalne, że nie oznacza nic niepokojącego i że nawet jeśli mój chłopak ma na ścianie w garażu plakat Pameli Anderson, to nie oznacza, że chciałby, żebym była do niej podobna.