Wbrew tytułowi wcale nie jest pewne, o czyje wyznania tutaj chodzi. Mineko Iwasaki, autentycznej gejszy z Gion? Pisarza Arthura Goldena, który jej wspomnienia spisywał? A może reżysera Roba Marshalla, który zmienił życiorys w efektowne wizualnie widowisko?
Być może Iwasako histerycznie zaprzecza takiej wersji swojej biografii, bo przestraszyła się, że wyjawiła autorowi książki za dużo. Ale że Golden i adaptujący powieść Marshall zmyślali i stosowali biograficzno-kulturowe zabiegi upiększające – to pewne.
W historii ubogiej japońskiej dziewczyny, która wychowuje się w obcym domu u boku perfidnej, przyszywanej siostry, by przeistoczyć się po latach z brzydkiego kaczątka w gejszę łabędzia, piękno niemal bije po oczach. Piękne są aktorki (Ziyi Zhang i gwiazda Gong Li), kostiumy, scenograficzne detale, zdjęcia i oczywiście dźwięki Johna Williamsa, który wpisał się w reżyserskie założenie: trochę kultury orientalnej, nieco mitu, odrobina bajki, jeszcze więcej hollywoodzkiej gładkości.
Obraz Marshalla próbuje wmówić etnograficzny autentyzm i kobiecą perspektywę, a jednak mam wrażenie, że wyrasta z męskich stereotypów i zachodnich wyobrażeń o gejszy (kobiecie?) doskonałej. Przed wojną nie tak się przecież gejsze malowały i tańczyły (Ziyi Zhang rzuca się w blasku kiczowatych świateł niczym Britney Spears!). Tyle że białe jak ściana, „kukiełkowate” Japonki znane z filmów Kurosawy nie są w europejskim rozumieniu seksowne, uwodzicielskie, nawet kobiece. A o kobiecości przecież jest to film, o „artystkach chwili”, które banalne zajęcia potrafią zmienić w sztukę. I w tym się akurat z twórcami zgadzam, chociaż wybrańcy losu nie muszą tej kobiecości doskonałej szukać w micie. Wystarczy, że spojrzą na swoje żony.
Paweł T. Felis
„Wyznania gejszy”, reż. Rob Marshall, USA 2005, Forum Film, premiera 10 marca