Ich kolejne próby odzyskania mercedesa, które zawsze "nieomal" się udają, to ważny element "Francuskiego numeru" i, co ważne - element udany. To już dwanaście lat mija od "Pulp Fiction", filmu w którym Quentin Tarantino udowodnił, że trudno o coś zabawniejszego od dwóch gangsterów niezobowiązująco rozmawiających sobie na zupełnie neutralne tematy. No i od tych dwunastu lat kolejne dziesiątki scenarzystów usiłują powtórzyć ten zabieg, pisząc kolejne setki nieudanych stron niezobowiązujących pogwarek gangsterskich. Bo właśnie w tej dobrze wykreowanej "niezobowiązywalności" tkwi problem. To, co z lekkością przychodzi mistrzowi Tarantino, zwykle ani na moment nie udaje się osiągnąć innym dialogistom. Żenujące przykłady z naszego podwórka to chociażby wspomniany już "Czas surferów" czy niezapomniany pod tym względem "To ja, złodziej" Jacka Bromskiego. Opowiadam to wszystko wyłącznie po to, by stwierdzić, że tym razem się chyba udało. Duża zasługa w tym samych aktorów - Stuhra i Więckiewicza, spora również
scenarzystów, którzy na tyle niestandardowo zróżnicowali te postacie, że ich wspólne przygody i rozmowy ogląda się bez klasycznego w takim wypadku znużenia i wrażenia déjá vu.