Ewelina pracuje w biurze, gdzie utarł się zwyczaj, że koleżanki raz w tygodniu wspólnie chodzą na fitness. Namówiły ją, aby do nich dołączyła. - Do tej pory wolałam rower i wyjazdy w góry, ale pomyślałam, że czemu nie? Słyszałam, że dziewczyny nieźle się bawią, jest fajnie i inspirująco. Dałam się zaciągnąć na zumbę – mówi Ewelina.
Okazało się, że sam taniec przypadł jej do gustu, gorzej z oprawą. Dziewczyna jest przyzwyczajona do wspinaczki w towarzystwie starych wyjadaczy, gdzie wymienia się tylko niezbędne informacje, skupiając na technice wspinania i pięknie gór. Tutaj otoczka okazała się trudnym orzechem do zgryzienia. - Instruktorka najwyraźniej ma „misję”. Żąda od nowo przyjętych numeru telefonu, żeby wysyłać codziennie rano motywujące esemesy z serduszkami i wykrzyknikami. W czasie ćwiczeń cały czas skakała nade mną, wołając: Jesteś z nami! Dasz sobie radę! Jesteśmy z tobą! Jesteś wspaniała! - Ewelina śmieje się z tego doświadczenia, bo nie sądziła, że chęć zażycia ruchu z biurowymi koleżankami musi oznaczać wstąpienie do sportowej sekty. Nie do końca orientowała się, jak to wygląda, choć wiedziała, że koleżanki solidnie przygotowują się do maratonów zumby i podczas rozmów w pracy często wspominały o swojej instruktorce, Annie. - Wyszło na to, że ona jest jakimś poganiaczem robotów, krzyczącym człowiekowi nad uchem. Zupełnie
wymiękłam, ale z ciekawości postanowiłam sprawdzić, jak to jest z drugim klubem fitness, bo w naszym mieście są tylko dwa profesjonalne, jeśli nie liczyć osiedlowej partyzantki – siłowni w piwnicach – mówi Ewelina. Zagaiła na ten temat w biurze i natychmiast tego pożałowała. Została oświecona, że tamten klub to siedlisko zła, instruktorka jest uzurpatorką, która na pewno nabyła licencję „po znajomości”, nie jeździ na szkolenia, tak jak „nasza cudowna Aneczka”, oraz co i rusz doprowadza klientki do kontuzji.