Jeden objaw zmienił życie całej rodziny. "Rokowania są niepewne"
Pierwszy objaw był niewielki. Można było go przeoczyć. A pierwsza wizyta w szpitalu utwierdziła rodziców w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje. Jednak kolejna noc zmieniła ich życie na zawsze. A przede wszystkim życie małego Oliwiera.
Skawina pod Krakowem. Zakończenie oktawy Bożego Ciała. Paulina, Mateusz z dziećmi Mają i Oliwierem wracają z kościoła. Półtorarocznego chłopca roznosi energia. Zresztą jak zawsze – trudno mu wysiedzieć tę niecałą godzinę w jednym miejscu.
Wieczorem kolacja, przygotowania do zakończenia roku szkolnego. Rodzina kładzie się spać wcześnie, dzieci muszą wstać z samego rana. Ostatni raz przed przerwą wakacyjną.
W nocy Oliwier dwukrotnie wymiotuje. Pewnie grypa żołądkowa. Ostatnio krąży jakiś wirus. Rano wstaje bez objawów, ma apetyt, zjada całe śniadanie. Biegnie do pokoju obudzić siostrę. Siada koło niej na łóżku. Chce zbliżyć twarz do jej twarzy, ale nie trafia w poduszkę. Uderza głową o obręcz łóżka zabezpieczoną ochraniaczem. Siostra się budzi. Śmiech. Paulina przychodzi, żeby sprawdzić, co się stało. Delikatnie strofuje Oliwiera i wraca przygotowywać ubranie dla Mai.
Jest prezeską dużej firmy. Mówi, jak kobiety reagują na własny sukces
Nie mija minuta, a z pokoju dochodzi kolejny głuchy dźwięk. Oliwier znowu nie trafia głową w poduszkę. Tym razem zaczyna głośno płakać. Przybiega Paulina. Bierze go na ręce, przytula. Powtarza, że przecież miał uważać. Syn po chwili płaczu zasypia. To pierwszy bardzo niepokojący sygnał. Niezwykle żywiołowy syn nigdy nie zasypiał bez dużego zmęczenia.
Dezorientacja, przychodzi mąż. Paulina patrzy na niego szukając odpowiedzi. Po chwili Oliwier się budzi i natychmiast wymiotuje. Mama próbuje postawić go na nogach, ale ten nie może ustać nawet chwili. Jest wyraźnie osłabiony.
Rodzice dzwonią po karetkę. Półtoraroczniak trafia na dwunastogodzinną obserwację do szpitala.
- Lekarz powiedział, że zrobią rezonans i inne badania, jeśli jeszcze raz zwymiotuje. Syn w tym czasie cały czas spał, co było do niego zupełnie niepodobne – opowiada Paulina Śliwa, mama Oliwiera. – Obudził się około godziny 15. Zjadł parę kęsów obiadu. Po tym ulało mu się, ale tego nie kwalifikuje się jako wymioty, więc wieczorem wypisano nas ze szpitala. Niestety, kiedy dojechaliśmy do domu, syn znowu zwymiotował. Mateusz dzwonił do szpitalnego oddziału ratunkowego, jednak lekarz uznał, że nie jest to bardzo niepokojące i zalecił stosowanie się do wypisu ze szpitala: "pierwszą noc po urazie proszę wybudzić dziecko w pełnym śnie".
Potem jednak poczuł się nieco lepiej. Po godzinie 21 zjadł kolację, wyraźnie się ożywił. Zaczął skakać, biegać. Poszedł spać późno, bo około godziny 22, ale rodzice machnęli na to ręką zadowoleni, że wszystko wróciło do normy. W sobotę ma prawo się wyspać, więc najwyżej wstanie późno.
- Z Oliwierem w jednym łóżku zasnęliśmy jak zabici po ciężkim dniu. O godzinie 23 przyszła do nas córka, aby położyć się razem z nami. Zdążyłam powiedzieć, żeby uważała na Oliwiera, który spał między mną a mężem. Wtedy rozległ się potworny płacz. Oliwiera musiało coś bardzo boleć. Nigdy nie słyszałam czegoś podobnego. Krzyk nie ustawał. W pewnym momencie syn się naprężył, odrzucił głowę do tyłu i nagle zapadła cisza - relacjonują rodzice.
Natychmiast zadzwonili po karetkę. Ratownik, który zobaczył Oliwiera, niosąc go do ambulansu, polecił kierowcy pędzić do szpitala tak szybko, jak to tylko możliwe.
- Wiedziałam, że jest bardzo źle – opowiada mama. – Tym razem w szpitalu przywitał nas cały sztab ludzi. Oliwiera zaintubowano i przewieziono na tomografię. Nas w tym czasie od niego odizolowano. Po badaniu wyszedł do nas lekarz i stwierdził, że syn ma krwiaka podtwardówkowego i muszą pilnie operować wykonując zabieg kraniotomii odbarczającej. Operacja miała trwać półtorej godziny. Trwała ponad trzy.
Paulina kontynuuje: - Po kilku nieprzyjemnych scenach, kiedy próbowano ustalić, czy czasem nie znęcamy się nad dzieckiem, usłyszeliśmy, że przyjechaliśmy dosłownie w ostatnich minutach. Najbliższe trzy doby miały zdecydować o przyszłości Oliwiera. Jednak już w drugiej dobie zdecydowano się go wybudzić. Jego stan w czwartej dobie się pogorszył - kolejne badanie wykazało… rozległy udar. W jego konsekwencji syn ma uszkodzony mózg, szczególnie jego prawą półkulę. W międzyczasie wykryto też sepsę. Jak nam przekazano, syn miał mieć całkowity paraliż lewostronny. Kiedy jednak wieczorem go głaskałam i delikatnie gilgotałam po prawej stopie, zauważałam reakcję. Skończyło się na niedowładzie.
Jak tłumaczy Paula, u syna wykryto też ospowe zapalenie mózgu. I to tę chorobę lekarze ostatecznie mieli uznać za przyczynę wszystkich problemów.
Jest nadzieja
Dziś Oliwier próbuje mówić. Denerwuje się, kiedy czynności, jakie dotychczas nie sprawiały mu problemu, wymagają znacznie większego skupienia i siły.
- Do tej pory nie mógł chodzić, ale dziś już robi kilka kroków. Co prawda musimy go przy tym podtrzymywać, lecz progres jest widoczny – przyznaje Mateusz Śliwa.
Rokowania są niepewne. Nie wiadomo, na ile poprawi się stan Oliwiera, ale rodzicom dużą nadzieję dały słowa uznanego neurochirurga z Katowic. Mózg dziecka w wieku dwóch lat jest niezwykle neuroplastyczny. Istnieje więc szansa, że lewa półkula przejmie część obowiązków prawej i w ten sposób zmniejszy się niepełnosprawność Oliwiera. Potrzeba jednaki kosztownej intensywnej rehabilitacji i terapii zajęciowych. Sto procent sprawności nie wróci, ale na osiemdziesiąt jest spora szansa.
Obecnie Oliwier próbuje chodzić, nie jest w stanie poruszać lewą ręką. Stara się uśmiechać, choć nie jest łatwo przez porażenie nerwu twarzowego.
Paulina: - Po dwunastej dobie w szpitalu sugerowano nam, że możemy powoli żegnać się z synem. Pojechaliśmy całą rodziną na Jasną Górę w Częstochowie. Klęknęłam i powiedziałam: "Oddaję go tobie, matko". Pomyślałam, że jeśli nie będzie mógł się normalnie rozwijać, bawić, cieszyć życiem, i tak jak zaznaczali lekarze - jego niepełnosprawność będzie bardzo znaczna - to lepiej, żeby wzięła go do siebie. Jego życie nie powinno być dla niego drogą przez mękę. Kilka dni później, w niedzielę, pojechaliśmy do szpitala.
Pochyliłam się nad synkiem i powiedziałam mu: "Oliwierku, oddałam cię Matce Bożej, idź do nieba jeżeli tutaj będzie ci ciężko". Padał deszcz. Ale kiedy powiedziałam te słowa, nagle, dosłownie na trzydzieści sekund, wyszło słońce i oświetliło nas silnymi promieniami światła. Po chwili zniknęło za chmurami. Wiem, jak to brzmi, ale po tej scenie poczuliśmy się z mężem silniejsi. Pomyśleliśmy, że teraz już będzie tylko lepiej. Kolejnego dnia syn zaczął samodzielnie oddychać, odłączono go od respiratora. Jego stan bardzo wolno, ale systematycznie zaczynał się poprawiać.
Zbiórka dla Oliwiera
45 minut rehabilitacji kosztuje rodziców Oliwiera 300 zł. NFZ zwraca tylko część kosztów i to wyłącznie na początku leczenia. Poza tym dwukrotna rehabilitacja tygodniowo to za mało, aby robić wyraźne postępy. Oliwier musi ćwiczyć częściej. Z tego powodu rodzice założyli zbiórkę na portalu siepomaga.pl.
W opisie można przeczytać: "Pomóżcie mojemu synkowi odzyskać dzieciństwo. Wierzymy, że razem możemy dać mu przyszłość. Każda złotówka, każde udostępnienie tej zbiórki to ogromna nadzieja. Z całego serca dziękujemy każdemu, kto nas wesprze. Mamy przed sobą trudną walkę o życie i zdrowie Oliwierka!".