Boże Narodzenie na emigracji. Nową erę świąt otworzyła z pudełkiem pizzy na wynos
Kasia w swoje pierwsze święta w Manchesterze jadła na kolację pizzę na wynos. Julia po przeprowadzce przepłakała cały pierwszy dzień świąt, żałując, że wróciła do rodziny. Malika poszła na pasterkę, żeby zobaczyć, co skłania Polaków, do wyjścia o północy z domu. Płakała tak samo jak stęskniona Julia.
Jest 24 grudnia 2014 roku. Kasia kładzie na stole pudełko z pizzą na wynos. Sił na zastanawianie się jest niewiele, bo dopiero skończyła pracę. Mimo to przeraża ją wizja, że tak mają wyglądać jej pierwsze święta poza domem.
- Niby myśląc "wigilia w rodzinnym domu" mam przed oczami niespecjalnie ciepły obrazek. Pamiętam, że o niczym nie można było porozmawiać, bo to się jakiś wujek obrażał, to wybuchała awantura... Przy stole dużo rozmawiało się o polityce - dodaje.
- To trudne wspomnienia, a mimo to jakoś mi było dziwnie – ocenia dziś 35-latka, która od dekady mieszka w Manchesterze. Już przed pierwszą wigilią "tam" (dziś powiedziałaby już, że "tu") zrozumiała, że będzie inaczej. I poczuła lęk.
Polski ksiądz o świętach w Ukrainie: została garstka parafian
- Wizja tego, że wyzbywam się tradycji i całego tego patetyzmu, była - mimo wszystko - dość przerażająca. Ale co było robić. Byłam za granicą sama z moim ówczesnym chłopakiem, oboje pracowaliśmy, więc zamiast wieczerzy z karpiem, kutią i pierogami, zjedliśmy tę pizzę na wynos - wspomina i dodaje:
- Najzabawniejsze było to, że chyba od tej pory nie miałam lepszych świąt. Wraz z otwarciem tego pudełka z pizzą, otworzyłam nowy, świąteczny rozdział w moim życiu Pierwszy raz poczułam totalny luz, który został ze mną już na kolejne lata - kwituje Kasia.
Każde kolejne święta były już znacznie prostsze.
Nowy dom w nowym kraju
Kasia nie jest odosobniona w swoich doświadczeniach. Julia, która do Polski z Ukrainy przeprowadziła się z mężem i synem, na pierwsze święta po przyjeździe zdecydowała się wrócić do ojczyzny.
- Już po pierwszym dniu nie mogłam przestać płakać. Zrozumiałam, że wróciłam do rodziny, ale nie do domu. Mój dom został za zachodnią granicą - tłumaczy i dodaje, że dzięki świętom w Polsce odkryła w sobie na nowo małą dziewczynkę:
- Choinkę w moim rodzinnym domu ubierało się dopiero w dniu wigilii. Realnie nie było kompletnie czasu na to, żeby się tymi świętami nacieszyć. Prawdziwe święta poczułam dopiero tutaj, już jako dorosła osoba.
Święta ukraińskie, czyli sowieci zrobili swoje
Choć ojciec Julii nadal obchodzi wigilię 6 stycznia, jak cała Ukraina do 2023 roku, dziś data formalna w kraju to 24 grudnia. Tak jak w Polsce i na całym Zachodzie.
- Boże Narodzenie osadzone w kalendarzu już po nowym roku, było - skutecznie zresztą zrealizowanym - pomysłem sowietów na to, co zrobić, żeby ludziom na tym święcie w ogóle nie zależało - wyjaśnia Julia.
I faktycznie, najważniejszym świętem w Ukrainie, ale też innych krajach bloku wschodniego, przez całe lata był Nowy Rok. Poprzedzony był zabawą sylwestrową, podczas której dzieci dostawały prezenty. To tego dnia wszyscy spotykali się, by wspólnie świętować.
- To siłą rzeczy sprawiało, że Boże Narodzenie stało się po prostu mniej wyczekiwanym świętem. Spotykaliśmy się w rodzinnym gronie i w zasadzie tyle. W roboczą z zasady wigilię jedliśmy wieczorem trochę bardziej uroczystą kolację, a czasem nawet i tego nie było. Nikt nie traktował tego jak Polacy Bożego Narodzenia - mówi Julia.
Połączeni wspólnym oczekiwaniem
Dla Maliki - Kazaszki od kilku lat mieszkającej w Polsce - Boże Narodzenie także zaczęło istnieć dopiero kiedy przeprowadziła się do Polski. Ponieważ nie pochodziła z religijnej rodziny, a w Kazachstanie tylko w takich domach obchodzi się Boże Narodzenie, święta w Polsce były dla niej swego rodzaju egzotyką. Tym bardziej że Malika obchodzi je wraz z mężem, który jest Czechem. I robią to całkiem po polsku.
- Pierwsze Boże Narodzenie pamiętam doskonale. To był 2019 rok. Święta urządziła mi wówczas moja współlokatorka - Polka. Był barszczyk, pierogi, zaprosiliśmy jeszcze jednego przyjaciela i świętowaliśmy w trójkę - wspomina.
Od tej pory polskie święta w czesko-kazachstańskiej rodzinie mieszkającej we Wrocławiu, odbywają się co roku. Oprócz 12 dań jest też obowiązkowe wyjście na pasterkę:
- Nie jestem religijna w żadnym wyznaniu, ale jakoś tak sobie wymyśliliśmy, że sprawdzimy, po co Polacy to robią. Intrygowało mnie, co skłania ludzi, żeby o północy iść do kościoła. I już rozumiem. To było niezwykle poruszające przeżycie.
- Pamiętam, że popłakałam się bynajmniej nie dlatego, że to było przejmujące doświadczenie religijne, ale dlatego, że aura tego miejsca była niezwykła. Kiedy słuchałam niezwykle przejmujących i bardzo uniwersalnych słów duchownego, kiedy widziałam te wszystkie osoby, które pod kurtkami i płaszczami są tak pięknie ubrane, jak wszyscy śpiewają... Od tej pory to nasza tradycja - mówi Malika.
Dla Julii z kolei najważniejsze i najbardziej poruszające jest dzielenie się opłatkiem.
- To jest piękna tradycja, którą poznałam dopiero w Polsce i którą od razu przyjęliśmy do siebie. Dziś nie wyobrażam sobie już świąt bez opłatka. Ani poza Polską - mówi Julia:
- Mam poczucie - i to jest w Polsce wyjątkowe - że na Boże Narodzenie czekają wszyscy: wierzący i niewierzący, dorośli, dzieci... po prostu te święta łączą ludzi. To jest dla mnie niesamowite, bo dopiero w Polsce mogłam to wreszcie poczuć.
Coś więcej niż tylko kolacja
Tegoroczne święta w Polsce spędzą nie tylko Malika i Julia, ale też Kasia. Dla niej będzie to pierwszy raz od dekady. Jak mówi, choć "wraca do kraju", wie, że to będą zupełnie inne święta, niż te, które pamięta z dzieciństwa.
- Anglicy podchodzą do świąt na luzie. Dla nich liczy się miłe i rodzinne spędzanie czasu, wszyscy zakładają kolorowe swetry, szykują indyka na obiad... Nie ma tej powagi, która tak bardzo obecna jest w Polsce. Dzięki przeprowadzce na Wyspy Brytyjskie nauczyłam się wreszcie w święta odpoczywać i to zostanie już ze mną na zawsze - mówi Kasia. Na dowód tego zdradza swoje plany:
- Spędzę w tym roku Boże Narodzenie w górach, z przyjaciółkami-rozwódkami i ich dziećmi. Emigracja nauczyła mnie tego, że mogę do świąt podchodzić w końcu na luzie. Zakładam, że będzie świetnie. I raczej nikt o politykę nie będzie się kłócił.
Dla Maliki polskie Boże Narodzenie, wraz z polskimi potrawami i zwyczajami, stało się już tradycją, która weszła do ich niepolskiego domu. Żeby tej stało się zadość, także w tym roku planują pasterkę. - Może w innym kościele, bo rok temu trafiliśmy na zbyt polityczne kazanie. Ale dajemy sobie kolejną szansę - śmieje się Kazaszka.
W przypadku Julii o polityce – nieco innej, ale wciąż - trudno zapomnieć nawet podczas świąt. W tym roku, zresztą i tak jak i w poprzednich latach, do ostatniej chwili nie będzie wiadomo, czy nie zapełni się wolne miejsce przy wigilijnym stole.
- Mamy z tyłu głowy, że nasi bliscy są w Ukrainie, na terenach, w pobliżu których toczą się potężne walki. Może się okazać, że "zbłąkany wędrowiec" dołączy w tym roku i do nas. Jesteśmy na to gotowi.
Dorota Kuźnik, dziennikarka Wirtualnej Polski
Zapraszamy na grupę na Facebooku - #Wszechmocne. To tu będziemy informować na bieżąco o terminach webinarów, wywiadach, nowych historiach.