Nazywano ją "krwawą prokurator". "Trzeba się uczyć nienawidzić wroga klasowego"
Postać Heleny Wolińskiej-Brus do dziś budzi w Polsce ogromne emocje. Jako "krwawa prokurator" stała się symbolem stalinowskiego aparatu represji. Jej losy splatają się z biografią męża – wybitnego ekonomisty Włodzimierza Brusa. Ich historię opisała Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz w książce "Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia".
Dominika Mika, dziennikarka Wirtualnej Polski: W sieci przy nazwisku Wolińskiej można znaleźć takie epitety jak "potwór w mundurze" czy "krwawa prokurator". Z jakimi określeniami spotykała się pani, szukając informacji o tej postaci?
Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, autorka książki "Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia": Dokładnie z takimi, jak pani przytacza – "bestia", "potwór w mundurze", "krwawa prokurator", "kat AK". A także – już po sukcesie filmu Pawlikowskiego – jeden z bardziej absurdalnych tytułów: "Wolińska dostała Oscara". Mimo że nie żyła już niemal dekadę.
Wiedziałam więc, że wokół tej postaci narosło mnóstwo historii, które niekoniecznie są prawdziwe. Chciałam oddzielić ziarno od plew i zobaczyć, co się właściwie wydarzyło w życiu zarówno Heleny Wolińskiej, jak i Włodzimierza Brusa, na tle historii Polski. Oni byli niemal rówieśnikami nowoczesnego państwa polskiego i przechodzili przez wszystkie jego systemy. Uznałam więc, że to historia ciekawa nie tylko w szczególe, bo dotyczy ludzi o niesamowicie dramatycznych i trudnych życiorysach, ale również interesująca w szerszym kontekście, bo pokazuje, co wydarzyło się w naszym kraju przez to burzliwe stulecie – mniej więcej od 1918 do 2018 roku.
Żydzi ginęli z głodu. On o tym decydował. Po wojnie zmienił tożsamość
Dlaczego bohaterem książki nie stała się więc tylko Wolińska, wokół której – jak pani mówi – narosło wiele mitów, ale zdecydowała się pani oddać w "Stygmacie" tyle samo miejsca jej pierwszemu i jednocześnie trzeciemu mężowi Włodzimierzowi Brusowi?
Ich burzliwa historia miłosna była warta opisania. Sam fakt, że był to jej pierwszy i trzeci mąż, wydawał się intrygujący. Wiedziałam też, że była to długoletnia miłość zaczynająca się jeszcze w latach 30. w międzywojennej Warszawie, której już nie znamy.
Poza tym ich losy symbolizują ważny podział w powojennej partii komunistycznej: między krajowcami – jak Wolińska – a ludźmi, którzy spędzili wojnę w Związku Radzieckim – jak Brus. Ich relacje, rozdzielenie w czasie wojny i przypadek, który zdecydował o ich losach, pozwalały pokazać znacznie więcej niż ich osobistą historię.
Beniamin Zylberberg po wojnie przyjął nazwisko Włodzimierz Brus. Z kolei Helena Wolińska urodziła się jako Fajga Mindla Danielak, później używała spolszczonego imienia Felicja. W czasie wojny i działalności w komunistycznej konspiracji przyjęła nazwisko Helena Wolińska, a w środowisku partyjnym nazywano ją Leną. Nowe imiona odzwierciedlały zmiany w jej charakterze. Jakie wydarzenia najbardziej ją ukształtowały?
Najważniejsze wydarzenia, które na nią wpłynęły, to oczywiście wojna i Zagłada. Wolińska przeżyła dramatyczną ucieczkę przed śmiercią. Po wejściu Niemców do Lwowa w 1941 roku zaczyna się dla niej okres nieustannej ucieczki. Cudem dostała się do Warszawy, wróciła do domu rodziców, znajdującego się już w getcie. Wtedy wstąpiła do PPR. Jak sama tłumaczyła – nie tylko z powodów ideowych, ale przede wszystkim dlatego, że była to jedyna ogólnopolska partia, która wysłała swoich przedstawicieli do getta.
Z pomocą komunistów wydostała się na tak zwaną "aryjską" stronę. Trafiła nawet do wagonu jadącego do Treblinki, z którego wydostała się pod lufami pistoletów. Dopiero w 1943 roku, wraz z wejściem w struktury Gwardii Ludowej i okupacyjnej PPR, pojawiła się pewna stabilizacja. Wyszła z wojny z poczuciem wdzięczności wobec partii – jak mówiła – za "możliwość wyboru rodzaju własnej śmierci".
Jak to się stało, że "dziewczyna z Nowolipek", jak określa ją pani w książce, przeobraziła się w stalinowską prokurator?
To wypadkowa różnych czynników – wewnętrznych i zewnętrznych. Już przed wojną chciała studiować prawo i miała najlepsze oceny z prawa karnego. W latach 30., jako Żydówka, nie miała właściwie szans na karierę w państwowym wymiarze sprawiedliwości, ale mimo to wybrała te studia, choć jej rówieśniczki o podobnym statusie klasowym i pochodzeniowym, wybierały studia pedagogiczne, by potem zatrudnić się w szkole. Widzimy więc, że już jako nastolatka Felicja Danielak była zdeterminowana i nie bała się ryzyka.
W 1944 roku trafia do Lublina, gdzie po odepchnięciu Niemców przez Armię Czerwoną i wojsko ludowe powstaje tak zwane "państwo w próbówce". Wśród ludzi, którzy tworzyli wtedy nową władzę, panowało przekonanie, że trzeba tej "próbówki" bronić za wszelką cenę. Wolińska ukończyła wtedy studia prawnicze. W partii była krótka ławka wykształconych prawników, którym można było zaufać. Była więc idealną kandydatką na takie stanowisko. Niektóre jej koleżanki z Gwardii Ludowej odmawiały udziału w systemie represji, ale dla niej ta ścieżka okazała się naturalna, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Gdy mówimy o konsekwencjach – w książce daje pani do zrozumienia, że Wolińska była sprawczym elementem polityki terroru. Przytacza pani też jej słowa, że "trzeba się uczyć nienawidzić wroga klasowego", jakie powiedziała na jednym ze spotkań. Która z decyzji wydanych przez Wolińską najbardziej panią wstrząsnęła?
Z jednej strony, te słowa nie pozostawiają wątpliwości co do intencji Wolińskiej. Z drugiej, w tym samym wystąpieniu, radzi zebranym w sali prokuratorom, żeby starali się uniezależnić od ministerstwa bezpieczeństwa publicznego – by nie byli narzędziem w rękach śledczych UB. Broni też na przykład prostytutki z Elbląga, którą z absurdalnych powodów oskarżono o szpiegostwo. To pokazuje, jak pełną sprzeczności była postacią.
Jakie jej decyzje najbardziej mnie poruszyły? Jedna dotyczyła młodego małżeństwa z Gdyni. On był synem bardzo biednej chłopki bez ziemi, po wojnie został dyplomowanym marynarzem, co mogło być przykładem wzorowego awansu społecznego. Pech polegał na tym, że ich świadek ślubny był zamieszany w handel dolarami. Im doklejono całkowicie absurdalne zarzuty szpiegostwa. Machina represji ich porwała. On spędził kilka lat w więzieniu, zrujnował sobie zdrowie i nigdy nie wypłynął już w morze.
Druga historia dotyczyła jednej z osadzonych kobiet. Próbowano ją złamać, odbierając jej dzieci. Helena Wolińska dwa razy pisała do domu dziecka, żeby je zabrać spod opieki babci. Na szczęście zignorowano te pisma.
Czy Brus konfrontował się z nią w sprawie jej działalności?
Nie ma na to konkretnych źródeł. Na pewno rozmawiali, ale nie zachowały się listy czy zapisy takich rozmów. Natomiast on ją akceptował. W pierwszym liście od razu zwraca się do niej nowym imieniem – Lena. Istnieje też list, w którym Brus, a właściwie jeszcze Beniamin Zylberberg, opisuje swoją pierwszą wizytę w zrujnowanej Warszawie. Krąży po gruzach i dzielnicy żydowskiej, gdzie, jak pisze, nie ma nawet grobów jego bliskich (wie, że zostali wywiezieni do Treblinki). Jest porażony Zagładą, powszechną śmiercią, którą widzi.
Jednak już w drugim akapicie zwraca się do żony, nie do Felicji, którą znał sprzed wojny, a do Leny – nowej, jeszcze mu nieznanej, której okupacyjną historią jest zafascynowany. Pisze jej, że wyobraża sobie, jak w czasie wojny chodziła warszawskimi ulicami, służąc w Gwardii Ludowej – i to wyobrażenie, jak mówi, "ożywia" mu martwe kikuty budynków. Widzimy więc, jak ważną postacią była dla niego Felicja-Lena, reprezentując jednocześnie ciągłość ze zgładzonym światem, jak i wiarę w "nowy początek" – tak istotny, by zacząć życie od początku po stracie niemal wszystkiego i wszystkich. Ona staje się dla niego kotwicą.
Włodzimierz Brus, mimo że przeżył naprawdę dużo – nie dojadał w Związku Radzieckim, chorował i ciężko pracował – nie doświadczył tak skrajnych przeżyć, jak Wolińska, która przeżyła Zagładę i przez te traumatyczne zdarzenia mocno się zmieniła. To moim zdaniem stało się głównym powodem, dla którego Wolińska zaraz po wojnie nie zeszła się z nim, choć on bardzo chciał. Dzieliła ich przepaść doświadczeń z lat 1941-1944.
Ze sprawą gen. "Nila" nazwisko Wolińskiej jest kojarzone chyba najbardziej. Jaką rolę tak naprawdę odegrała w skazaniu go na śmierć?
Wydała zgodę na tymczasowy areszt Fieldorfa na żądanie MBP i przedłużała go - gdy pracowała w prokuraturze wojskowej. Natomiast po ponad pół roku sprawa została przeniesiona z wymiaru wojskowego do cywilnego, ze zmianą kwalifikacji czynu.
W związku z tym trudno byłoby prawnie wykazać, że Helena Wolińska bezpośrednio przyczyniła się do wyroku śmierci Fieldorfa, właśnie z tego względu, że były to dwa różne wymiary sprawiedliwości. Brytyjczycy m.in. z tych powodów nie udzielili zgody na ekstradycję Heleny Wolińskiej, która w 1972 roku wraz z Brusem wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. Inną sprawą jest oczywiście odpowiedzialność moralna.
Wolińska powinna stanąć przed sądem?
Nie jestem sędzią, ale to pytanie czasami pada. Dlatego odpowiadam, że według mnie i według mojej wiedzy opartej na źródłach, nawet gdyby stanęła przed sądem, to moim zdaniem nie zostałaby skazana, przynajmniej w sprawie "Nila". Jednocześnie muszę podkreślić: jestem historyczką - oceniam to, co się wydarzyło.
Nie boi się pani, że przez część czytelników "Stygmatu" może zostać odebrany jako próba wybielenia tej postaci? Czy usłyszała pani takie głosy?
Wyłącznie od osób, które nie czytały książki. Już dwa tygodnie przed premierą, pojawiła się pierwsza recenzja, w której napisano, że "wybielam stalinizm". Ta aprioryczna, nieoparta na treści książki opinia dobrze oddaje absurd sytuacji. Ktoś, kto sięgnie po "Stygmat", zetknie się z próbą zrozumienia motywów i pokazania ich w szerokim kontekście. Staram się przedstawić wybory i czyny Wolińskiej oraz Brusa na tle historii państwa polskiego. Wszystko, o czym piszę, jest oparte na wieloletniej i szeroko zakrojonej kwerendzie archiwalnej. To po prostu rzetelna praca historyczna.
Dominika Mika, dziennikarka Wirtualnej Polski