Polskie "łowczynie szpiegów". Tak w PRL-u łapano zagranicznych agentów
— Wiele zależało od przeciwnika. Zwykli dyplomaci, nawet jeśli prowadzili pewne działania, które wspomagały operacje ich wywiadu, nie byli szczególnie czujni ani wyszkoleni, więc łatwiej było ich obserwować. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w przypadku oficerów CIA. Oni nawet podczas zwykłego spaceru mieli nawyk zapamiętywania wszelkich detali: samochodów, ludzi, charakterystycznych elementów ubioru — mówi Tomasz Awłasewicz, dziennikarz i autor reportażu "Łowczynie szpiegów".
Sara Przepióra, Wirtualna Polska: Czym była "betka"?
Tomasz Awłasewicz, autor reportażu "Łowczynie szpiegów": W taki sposób potocznie nazywano tajny pion "B". Funkcjonariuszki i funkcjonariusze tego biura dyskretnie obserwowali zagranicznych szpiegów.
W jaki sposób rekrutowano do Biura "B"?
Część pracowników przechodziła do pionu "B" z innych służb, na przykład z wojska lub z milicji. Znaczną większość rekrutowano jednak z polecenia. Dla kogoś z zewnątrz może to wyglądać jak nepotyzm, ale prawda jest taka, że rekrutacja na funkcjonariusza służb specjalnych osoby, której członków rodziny bądź znajomych pracownicy struktur już znają i którym ufają, to plus. Chodzi o rękojmie zachowania tajemnicy.
Monety PRL mogą być sporo warte. Poszukiwacz historii zdradził, jak ich szukać
Zdarzało się, że ktoś trafiał tam z ulicy?
Tak, czego przykładem jest jedna z moich rozmówczyń — Agnieszka. Do kard na Rakowieckiej zgłosiła się, ponieważ ktoś jej to zasugerował. Sama nie wiedziała, gdzie dokładnie trafi. Często funkcjonariusze i funkcjonariuszki dopiero w trakcie pracy dowiadywali się, czym będą się zajmować bardziej szczegółowo.
Dlaczego dopiero wtedy?
Miało to sens z punktu widzenia konspiracji: nie trzeba od razu wdrażać nowej osoby we wszystkie meandry pracy, jeśli nie wiadomo było, czy się w niej sprawdzi. Zdarzały się przypadki, kiedy nowi pracownicy, po tym, jak zobaczyli, na czym naprawdę polega praca obserwatora, rezygnowali. Przekazanie im wszystkich tajemnic na "dzień dobry" byłoby wbrew zasadom konspiracji. Na proces wdrożenia wpływały także realia organizacyjne. Czasem nie było możliwości, żeby od razu zająć się nową osobą. Brakowało czasu i ludzi do szkolenia pracowników. Deficyty zastępowano podstawowymi skryptami oraz biuletynami. Najwięcej uczono jednak w praktyce. Pracy w konspiracji trzeba było po prostu doświadczyć.
Śledzenie zagranicznych agentów to wymagające zajęcie biorąc pod uwagę, że obserwuje się z ukrycia ludzi, którzy są przez lata szkoleni do tego, aby umykać kontrwywiadowi. Jakich technik obserwacji używali "łowcy szpiegów"?
Pierwszą i podstawową zasadą obserwacji figuranta jest rotacja. Jeśli funkcjonariuszki lub funkcjonariusze pojawiali się w polu widzenia obserwowanego tylko na chwilę, znacznie trudniej było ich zapamiętać. Nawet jeśli ktoś przez moment wydawał się figurantowi podejrzany, ale zaraz znikał, ten zaczynał się wahać, czy rzeczywiście ktoś go śledzi. Dlatego nad sprawą jednego agenta z obcego kraju pracowało kilkanaście funkcjonariuszy na raz, stale się zmieniając. Podobną zasadę stosowano w przypadku obserwacji z samochodów. Pojazdy nieustannie rotowały. Jeśli wracały do obiegu, to w innych miejscach i momentach trwania obserwacji lub ze zmienionymi tablicami rejestracyjnymi.
Druga zasada to nieschematyczne prowadzenie obserwacji. Wbrew powszechnemu przekonaniu, śledząc kogoś, nie zawsze podąża się za nim bezpośrednio od tyłu. Obserwację można prowadzić z przodu, z boku, z drugiej strony ulicy, a nawet poruszając się naprzeciwko obserwowanego. W tłumie, na ruchliwej ulicy, można kontrolować sytuację z różnych kierunków, nie wzbudzając podejrzeń. Funkcjonariusze krążyli, pojawiali się i znikali w różnych punktach, przekazując sobie informacje przez radio. Trzecim filarem obserwacji była praca zespołowa i płynna komunikacja. Jeśli jeden z funkcjonariuszy był na "ogonie" figuranta, ale w pewnym momencie musiał się wycofać, żeby nie zostać zauważonym, a nie miałby możliwości przekazać informacji dalej, to cała operacja się rozsypywała.
Obserwacje figurantów trwały wiele godzin, dni, tygodni. Jak funkcjonariuszki i funkcjonariusze zwodzili figurantów podczas obserwacji, żeby się nie zdekonspirować?
Wiele zależało od przeciwnika. Zwykli dyplomaci, nawet jeśli prowadzili pewne działania, które wspomagały operacje ich wywiadu, nie byli szczególnie czujni ani wyszkoleni, więc łatwiej było ich obserwować. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w przypadku oficerów CIA. Oni nawet podczas zwykłego spaceru mieli nawyk zapamiętywania wszelkich detali: samochodów, ludzi, charaktery-stycznych elementów ubioru. Wiedzieli na przykład, że najrzadziej zmienianym elementem garderoby są buty, więc zwracali uwagę na ich stan, kolor, elementy wyróżniające.
Czyli polscy funkcjonariusze często zmieniali na służbie ubiór?
Teoretycznie, kierując się wiedzą ze skryptów szkoleniowych, powinni zmieniać wygląd jak najczęściej, najlepiej wiele razy dziennie. W praktyce bywało różnie. Po pierwsze: czasem ciężko było znaleźć tyle dogodnych momentów na przebranie się. Po drugie: wydział nie miał pieniędzy na to, aby każdemu funkcjonariuszowi zapewnić ogromną liczbę strojów. Kończyło się więc na tym, że używano tych samych strojów przez wiele lat, tym niemniej było ich wystarczająco dużo, by zmylić figuranta.
Pracowano z tym, co było dostępne i przede wszystkim pracowano z finezją, bazując na głębokim doświadczeniu — a to dawało bardzo dobre efekty. Na pewno rzadko stosowano wspominane w skryptach szkoleniowych sztuczne brody czy wąsy. Noszenie ich było zbyt ryzykowne. Zamiast odwracać uwagę, przykuwały ją, ponieważ wyglądały nienaturalnie. Zmieniano więc przede wszystkim nakrycia głowy, kurtki i płaszcze. W przypadku kobiet wachlarz możliwości rozszerzał się o zmianę fryzury, makijażu, dodanie do stylizacji chusty czy torebki. Zwłaszcza podczas obserwacji w tłumie to wystarczało.
Funkcjonariusze pionu "B" śledzili szpiegów nie tylko na ulicach, ale także z poziomu tzw. pe-zetów, czyli tajnych punktów obserwacyjnych. "Łowczynie szpiegów" zdradziły ci, jak wspominają tę pracę?
Większość z nich wspomina ją jako bardziej monotonną. Bywały jednak osoby, które zmęczone bieganiem za figurantami po krętych miejskich uliczkach, wolały spokojniejszą formę obserwacji. Poza tym nie w każdym "pezecie" było nudno. W punkcie przy amerykańskiej ambasadzie cały czas coś się działo. Ludzie wchodzili i wychodzili. Mówimy tu o paruset osobach dziennie, zarówno Polakach, jak i pracownikach ambasady. Obserwujący musieli spisać, jak każdy odwiedzający wyglądał, wchodząc do budynku, oraz wychwycić moment wyjścia. Zwłaszcza że ambasadę odwiedzali oferenci — Polacy oferujący swoje usługi wywiadowcze dla obcych krajów. W samej wizycie w ambasadzie nie było niczego podejrzanego. Wtedy załatwiało się tam różne sprawy, choćby wizowe, ale też brało się udział w wydarzeniach kulturalnych czy korzystało z tamtejszej czytelni. Taki oferent mógł więc pod przykrywką codziennych czynności wejść do środka i spróbować nawiązać kontakt z przedstawicielem CIA.
W którym momencie wizyta stawała się podejrzana?
Podejrzenie na odwiedzającego padało na przykład wtedy, gdy nie wychodził z ambasady w jej godzinach otwarcia, lub, co gorsza, zostawał tam na całą noc. Wtedy polski kontrwywiad miał niemal całkowitą pewność, że taka osoba weszła do budynku w podejrzanym celu.
Jak reagował wtedy kontrwywiad?
Funkcjonariusze musieli przede wszystkim zidentyfikować, kim był ten człowiek – albo przez agenturę wewnątrz placówki, albo podążając za podejrzanym po jego wyjściu z budynku. Zadanie utrudniali pracownicy ambasady, którzy naturalnie nie chcieli, by świeżo upieczony szpieg wpadł w ręce kontrwywiadu. Dlatego zdarzało się, że przed wypuszczeniem oferenta z ambasady, zmieniali dla niepoznaki jego ubranie. Sprawy nie ułatwiał fakt, że do budynku można się było dostać przez kilka wejść. Każde z nich obserwował inny funkcjonariusz, więc ponownie, komunikacja między "pezetami" była kluczowa.
Twoje rozmówczynie wspominają, że obserwując trasę agentów obcych wywiadów, analizowały każdy ruch, nawet ten z pozoru nieistotny. Jedna z łowczyń szpiegów, Ania, mówi, że "nie można było niczego przegapić, nawet jeśli facet przykleił gumę do żucia pod ławką".
Wywiady stosują różne metody przekazywania informacji pomiędzy agentem a oficerem prowadzącym. Bardzo kreatywne mieli choćby szpiedzy amerykańscy i zachodnioniemieccy. Wykorzystywali m.in. elementy infrastruktury, zakopane pod ziemią słoiki, a nawet groby Zostawiali na swoich trasach przedmioty łudząco podobne do niewinnego kamienia lub gałęzi, ukrywając w środku ważne informacje. Wykorzystywano do tego także skrzynki pocztowe, wrzucając do nich listy z ukrytą treścią, które potem listonosz dostarczał agentowi, nie mając pojęcia, co trzyma w dłoni. Jeśli figurant w martwym polu, czyli miejscu, w którym nie było go widać przez chwilę, minął skrzynkę, mógł wykorzystać ją, aby wrzucić do środka przesyłkę. Lokalizując taką skrzynkę pocztową, polski kontrwywiad złapał co najmniej jednego agenta CIA — polskiego dyplomatę Stanisława Dembowskiego.
Jak do tego doszło?
Pewien Amerykanin obserwowany przez Biuro "B" wysiadł z samochodu żony w nocy, w okolicach ulicy Belwederskiej w Warszawie. Przeszedł się po okolicy, a potem wrócił do pojazdu. Wszystkie skrzynki pocztowe w tym rejonie zostały zabezpieczone i okazało się, że jeden z listów został zaadresowany właśnie do Dembowskiego i zawierał ukrytą treść.
Praca w kontrwywiadzie wymagała od funkcjonariuszek pełnej konspiracji, dochowania tajemnicy zawodowej, ale też pracy w nieregularnych godzinach, nierzadko wykraczających poza standardowe rozumienie pracy na etacie. Jak to wpływało na ich relacje prywatne?
Pracownicy "betki" byli zachęcani do zachowania ostrożności w kontaktach z ludźmi spoza służby. Nie mogli opowiadać o pracy, a była ona bardzo absorbująca. To, czy partner bądź partnerka akceptował taki stan rzeczy, zależało od ich charakteru i cierpliwości. Weźmy na tapet najbardziej ekstremalny przykład: funkcjonariuszka bądź funkcjonariusz mają drugą połówkę, która nie do końca rozumie specyfikę ich pracy.
Dodatkowo taka osoba sama ma wymagającą pracę, przez co nie jest w stanie szybko reagować na zmieniający się grafik drugiej połówki pracującej w służbach specjalnych. Funkcjonariusz raz pracuje w standardowych godzinach, a innym razem znika na dobę niemalże bez znaku życia. Wszystkie wspólne obowiązki partnerzy i partnerki musieli wówczas wykonać samodzielnie, mając jednocześnie własne obowiązki zawodowe. Związek człowieka pracującego w służbach specjalnych z osobą nie rozumiejącą, na czym polegają działania kontrwywiadu, bywał trudny.
Związek z innym funkcjonariuszem miał większe szanse na przetrwanie?
Nie jest to regułą, ale z pewnością wiele to mogło ułatwić. Jedna z łowczyń szpiegów, Agnieszka, przyszła na jedno z naszych spotkań z mężem — Tadeuszem. Poznali się latach 80. w Biurze "B", razem są do dziś. Wierzę, że ich miłość przetrwałaby, nawet gdyby jedno z nich nie pracowało w służbach, ale fakt, iż oboje rozumieli tę pracę, z pewnością był plusem. Agnieszka była najdłużej urzędującym naczelnikiem wydziału, bardzo wiele osiągnęła, mimo nierównego traktowania kobiet w służbach specjalnych.
Rozmawiała Sara Przepióra, dziennikarka Wirtualnej Polski