Jest "panią od Tindera". "76 proc. moich obserwatorów to mężczyźni"
– Zaskoczyło mnie, ilu dorosłych, inteligentnych ludzi jest kompletnie zagubionych w relacjach – mówi Barbara Strójwąs, psycholożka miłości, twórczyni marki Trudna Sztuka, która od lat tłumaczy, dlaczego czekamy na wiadomość, której ktoś nie zamierza nam wysłać, czym są "związki funkcjonalne" i dlaczego oczekiwania mężczyzn niewiele różnią się od oczekiwań kobiet.
Ewa Podsiadły-Natorska, Wirtualna Polska: Pamięta pani moment, w którym pierwszy raz pomyślała: "To, co robię, ma sens"?
Barbara Strójwąs: Tak. Uruchomiłam wtedy konsultacje on-line. Dotarło do mnie, że ludzie naprawdę potrzebują wsparcia w randkowaniu i budowaniu związków. Byłam zdumiona, jak szybko to, co robię, zaczęło zyskiwać popularność – wcześniej wydawało mi się, że temat relacji i randek był poruszany już na setki sposobów. A jednak psychologia akademicka o tych ludzkich dylematach – dlaczego ktoś zniknął, dlaczego nie dzwoni, dlaczego nagle zachowuje się inaczej – mówi rzadko. Do dziś mnie to dziwi, skoro miłość to jeden z najważniejszych elementów naszego życia. Ludzie nie potrzebują akademickich wykładów o relacjach.
A czego?
Potrzebują przykładów z życia i przystępnego przedstawiania psychologii. Szukają odpowiedzi tu i teraz, kiedy akurat coś przeżywają, są w emocjach, czują się odrzuceni albo zagubieni. To często bardzo kompetentni, dorośli ludzie, którzy potrzebują wsparcia bądź otuchy, szczególnie gdy zakochają się platonicznie lub na kimś zawiodą. Kiedy zaczęłam prowadzić sesje Q&A na Instagramie czy webinary, zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam: mówienie w przejrzysty, przyjazny sposób jest dla ludzi ratunkiem. Stanowi rodzaj przewodnika po świecie, w którym obecnie mają przesyt wiedzy oraz bodźców, a przy tym zero języka do mówienia o tym, co czują, i brak wiedzy o mechanizmach.
Kto powinien zapłacić na randce? Psycholożka stawia sprawę jasno
Był rok 2017, kiedy została pani określona pobłażliwie jako "Pani od Tindera".
W Polsce byłam jedną z pierwszych osób, które zaczęły publicznie mówić o randkowaniu w sposób otwarty, empatyczny i bez oceniania. To nie spotkało się z przychylną reakcją kolegów i koleżanek po fachu. Mówiłam wprost, bo tym, co bolało mnie najbardziej, były próby tłumaczenia kogoś na siłę. To nie jest popularne wśród psychologów, ale czasem trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Widziałam to bez przerwy, zwłaszcza wśród kobiet: "Może on nie odpisuje, bo ma problemy rodzinne? Może ma kłopoty? Może zgubił telefon? Może…". A ja mówiłam: "Przestań szukać odpowiedzi tam, gdzie ich nie ma. Zobacz, ile kosztuje cię czekanie". Dziś sporą grupę moich nowych obserwatorów stanowią mężczyźni; 76 proc. moich obserwatorów na YouTubie to właśnie oni.
Ludzie byli gotowi na szczerość?
Nie do końca; był to moment, kiedy zaczęłam stykać się z pierwszą falą krytyki. Pojawiły się komentarze w stylu: "Jakim prawem psycholog mówi coś takiego?". Tylko że ja nigdy nie powiem: "Jesteś głupia, bo czekasz na wiadomość, a on ma cię w nosie". Mówię: "To zachowanie jest poniżej standardu, którego warto oczekiwać od dorosłego człowieka".
Pamiętam rzecz, którą przeczytałam w jednym z wywiadów ze śp. prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem: dobry psycholog nigdy nie powie swojemu pacjentowi, co ten ma zrobić, np. odejdź od niego.
Tak, ja też tego nie robię. Z jednym wyjątkiem. Jeśli widzę jawną przemoc, to moim obowiązkiem jest powiedzieć: "Z tego związku trzeba wyjść". Jednak 95 proc. relacji, o których słucham, nie mieści się w kategoriach przemocy. Mnóstwo jest natomiast relacji "na pół gwizdka", niesymetrycznych, pełnych chaosu komunikacyjnego, powtarzalnych schematów albo zwykłego niedopasowania. Wtedy moją rolą nie jest powiedzieć: "Zostaw go", tylko: "Zobacz, co tu naprawdę nie działa. Sprawdź, która część tej relacji należy do ciebie". Można to robić naokoło, a można wprost. Wybieram to drugie.
Co najczęściej niszczy współczesne związki?
Wygórowane oczekiwania i przekonanie, że relacja "zrobi się sama". Każdy związek wymaga pielęgnowania. Przyjaźń również, mimo że ze sobą nie sypiamy, nie dzielimy rachunków, zwykle nie widujemy się codziennie. W związku do tej listy dochodzi jeszcze rutyna, która daje poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie rodzi pytanie: "A może gdzie indziej byłoby ciekawiej?". Kiedy mówię ludziom, że każda relacja potrzebuje czegoś świeżego, natychmiast pojawiają się skrajności: "To co, mam rozebrać się o zachodzie słońca?". Nie! Świeżość to zmiana restauracji, trasy spaceru, sposobu spędzania sobotniego wieczoru, czyli mikrorzeczy, które dają poczucie nowości.
Może za mało ze sobą rozmawiamy.
O tak, zdecydowanie. Widziałam pary z 10-, 20-, 40-letnim stażem – jak moi rodzice – które nigdy nie zadały sobie podstawowych pytań: "Jak mogę ci pomóc, jak cię wspierać, czego brakowało ci w domu rodzinnym, jaką najmilszą rzecz ktoś dla ciebie zrobił?". Dlatego dla par jako pierwsza w Polsce w 2021 roku stworzyłam np. specjalne karty, które zachęcają do rozmowy w przyjemnych warunkach, bo w formie gry. Kiedy ludzie zaczynają z nich korzystać, okazuje się, że o pewnych rzeczach opowiadają pierwszy raz w życiu! To też element nowości w związku.
Pani rodzice są razem od prawie 40 lat. W obliczu coraz częściej rozpadających się związków to imponujący wynik. Co zadziałało w ich przypadku?
Przyjaźń, która była i pozostaje podstawą ich relacji. Mogą się kłócić i spierać – mój tata "z automatu" często ma odmienne zdanie niż mama – jednak ostatecznie dochodzą do podobnych wniosków, choć lubią dyskutować. Przyjaźń to moim zdaniem jeden z najważniejszych składników długiego, udanego związku. Niestety, wiele relacji to "związki funkcjonalne".
Co to znaczy?
Nazywam tak relacje, które istnieją, bo spełniają jakieś funkcje – ktoś z kimś mieszka, bo tak jest łatwiej, bo mają dzieci, kredyt… Po prostu razem egzystują i jest im lżej. Takie związki często trzymają się do momentu, aż dzieci wyjdą z domu, kiedy to pojawia się "syndrom opuszczonego gniazda" i nierzadko… rozwód. Bo przez lata relacja była zbiorem ról, a nie głęboką więzią.
A co z presją wieku? Wciąż istnieje? Gdy jako nastolatka jeździłam na działkę do małej miejscowości, była tam pewna dziewczyna – miała dwadzieścia kilka i nie była mężatką. W tej miejscowości przyklejono jej łatkę starej panny. Wszyscy właściwie spisali ją na straty…
Wiem, brzmi absurdalnie, niestety presja wieku wciąż jest żywa; poza dużymi miastami nadal istnieje przekonanie, że kobieta "w pewnym wieku" powinna mieć męża i dzieci. Z podobnym problemem spotykają się mężczyźni bez dzieci i żony. W małych miejscowościach to nadal porządek świata. Kobiety w wieku 30+ słyszą, że powinny się śpieszyć, bo "zegar tyka", podczas gdy realia są dziś takie, że mało kto w wieku 20+ lat jest w stanie utrzymać siebie, a co dopiero rodzinę. Nie mamy na niego wpływu, bo czas płynie.
Jako kobiety musimy być tylko świadome tego, że czas na posiadanie dzieci jest dyktowany biologią. W kontekście samych związków wiek nie ma znaczenia, ale służy jako narzędzie zawstydzania. Dlatego zawsze podkreślam: wiek jest tak samo neutralny jak wzrost czy kolor oczu. Nie dawaj się zawstydzać czymś, na co nie masz wpływu.
Czego szukają mężczyźni, którzy się do pani zgłaszają?
Zrozumienia. Odpowiedzi na te same pytania: "Dlaczego ona się wycofała, czego mi brakuje, co kobiety uważają za atrakcyjne?". Nie uczę ich, jak być "męskim mężczyzną" – w nieskomplikowany sposób pokazuję, jak rozumieć dynamikę relacji, wskazuję, które zachowania kobiet świadczą o tym, że do siebie nie pasują, a nie, że to oni "są beznadziejni" albo wszystkie kobiety są zakłamane. Nic mnie tak nie wkurza, jak wieczne nastawianie jednej płci przeciwko drugiej.
Od czasu, gdy pani zaczynała, minęło osiem lat. Czego nauczyła się pani o związkach?
Że w miłości wszyscy bywamy głupi. Bez wyjątku. I nie jest to powód do wstydu. Natomiast w momentach rozterek czy rozczarowań kluczowa rzecz to nie zagłębiać się w treściach, które nas radykalizują, wbijają w poczucie winy czy utwierdzają w przekonaniu, że "kobiety są takie, a mężczyźni tacy". Niczemu to nie służy, a tylko prowadzi do poczucia osamotnienia i jeszcze większego rozczarowania. Ludzie wcale nie chcą wojny – chcą się dogadać, tylko nikt ich nie nauczył, jak to zrobić. Dlatego ja to robię.
Dla Wirtualnej Polski rozmawiała Ewa Podsiadły-Natorska