Małgorzata Potocka usłyszała diagnozę raka. "Oczywiście był ogromny szok"
– Zawsze pierwsza myśl dotyczy dzieci. Zastanawiałam się, co z moimi córkami. Jak one to przyjmą. Najpierw czekałam na wszystkie wyniki – mówi Małgorzata Potocka, która o diagnozie nowotworu piersi dowiedziała się w walentynki. – Największym zwycięstwem było to, że nauczyłam się wybierać. Ludzi, sprawy, miejsca. Zrozumiałam, że nie muszę być wszędzie – dodaje.
Agnieszka Woźniak, dziennikarka Wirtualnej Polski: Pani przygoda z "Tańcem z gwiazdami" zakończyła się szybciej, niż wielu widzów się spodziewało. W internecie pojawiło się sporo głosów rozczarowania. Ludzie piszą, że była pani prawdziwym wulkanem energii i nie powinna odpaść tak wcześnie. Co pani czuje, kiedy to czyta?
Małgorzata Potocka, aktorka, reżyserka, producentka filmowa, w latach 2019-2025 dyrektorka Teatru Powszechnego w Radomiu: Też mam takie poczucie, że odpadłam trochę za wcześnie. Myślałam, że dotrwam przynajmniej do czwartego czy piątego odcinka. Bardzo chciałam pokazać ludziom w moim wieku, że nie są na marginesie, że nikt ich nie odsuwa na bok. Ale to jest program, w którym obowiązują określone zasady.
Mam wrażenie, że dziś ogromną rolę odgrywają media społecznościowe i liczba obserwujących. Ja nigdy nie budowałam wokół siebie takiej społeczności, więc wydaje mi się, że miałam po prostu najniższe notowania w tej kategorii. A ktoś z programu musiał odpaść. Wszyscy jednak zgadzamy się na reguły tej gry, więc nie ma sensu narzekać. Poza tym to fantastyczne uczucie zobaczyć, ile osób mi kibicowało. Dostawałam mnóstwo wiadomości, smsów, telefonów. To naprawdę daje energię.
Tygodnie morderczych treningów, stres na żywo, ogromna dyscyplina. Co pani dał ten program – poza samą przygodą z tańcem?
Bardzo dużo, i to na wielu poziomach. Przez lata, jako dyrektorka teatru w Radomiu, byłam pochłonięta problemami innych – ich konfliktami, frustracjami, pensjami. A jak łatwo się domyślić, do dyrektorów zawsze są pretensje, ktoś czegoś oczekuje, chce, żeby było więcej, lepiej, szybciej. Do tego dochodziła jeszcze praca w telewizji, gdzie też pojawiali się politycy, naciski, różne napięcia. I nagle zdałam sobie sprawę, że przez lata rozwiązywałam sprawy innych ludzi. A dla mnie samej właściwie nie było miejsca. Wtedy pojawił się "Taniec z gwiazdami", tuż po rozstaniu z teatrem. To było jak znak. Taniec i muzyka zadziałały na mnie jak sanatorium dla psychiki. Nagle wszystkie negatywne emocje, żale, trudne wspomnienia zaczęły blaknąć. Pomyślałam sobie, że teraz jest czas dla mnie. Dla moich bliskich. Dla relacji, które są naprawdę ważne.
Ten czas dla siebie wydaje się wyjątkowo ważny, zwłaszcza że za panią ciężki czas również prywatnie. Usłyszała pani diagnozę - rak lewej piersi. Pamięta pani ten dzień?
Pamiętam wszystko bardzo dokładnie. Nawet drobiazgi. Na początku okłamywałam rodzinę. Powiedziałam, że w mojej przychodni zepsuł się mammograf i że muszę jechać gdzieś indziej na badanie. Bliscy dzwonili i pytali, dlaczego tak długo mnie nie ma. A ja tłumaczyłam, że lekarz jest na operacji, że jest ogromna kolejka, że siedzę i czekam. Tymczasem przez cały dzień robiono mi kolejne badania, żeby wszystko dokładnie zdiagnozować.
Oczywiście był ogromny szok. Ale jednocześnie była to dobra wiadomość, bo dziś rak nie jest już wyrokiem. Jeżeli wykryje się go odpowiednio wcześnie i człowiek zacznie się leczyć, naprawdę można z tego wyjść. Dlatego właśnie zaczęłam o tym mówić publicznie. Bo kobiety wciąż się nie badają.
Małgorzata Potocka: "Nowy Jork to moje drugie miasto"
Myśli pani, że to wciąż temat tabu?
Myślę, że bardziej chodzi o lekceważenie. Mężczyźni w ogóle się nie badają, to jest plaga. Ale kobiety też często odkładają badania na później. A prawda jest taka, że raka się nie czuje. On nie boli. Jest zupełnie bezobjawowy na początku. Dopiero kiedy choroba jest bardzo zaawansowana, zaczynają się poważne problemy. Ja straciłam wielu przyjaciół właśnie dlatego, że było za późno - Duśkę Trafankowską, Czesława Niemena, Gabrysię Kownacką, Korę czy moją siostrę cioteczną Alinkę, z którą wychowałyśmy się i byłyśmy blisko do końca...
Jakie myśli pojawiły się w Pani głowie zaraz po usłyszeniu diagnozy?
Zawsze pierwsza myśl dotyczy dzieci. Zastanawiałam się, co z moimi córkami. Jak one to przyjmą. Najpierw czekałam na wszystkie wyniki. Dopiero kiedy wszystko było jasne, pojechałam do starszej córki Matyldy. Zadzwoniłyśmy razem do mieszkającej w USA Weroniki i opowiedziałam im, co się dzieje. Matylda od razu powiedziała: "Mamo, szybko się tego pozbędziesz. Medycyna jest dziś na takim poziomie, że naprawdę nie ma się czego bać".
I miała rację.
Na szczęście tak. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nie było czasu na długie rozważania czy dramatyczne scenariusze. Leczenie trwało ekspresowo. Diagnozę usłyszałam w walentynki, a 1 kwietnia (symbolicznie w Prima Aprilis!) miałam operację. Matylda chodziła ze mną do lekarza. Weronika dzwoniła cały czas i kontrolowała, czy wyszłam z domu, czy wróciłam, czy się nie spóźniłam. To było bardzo wzruszające. I chyba wszystkim nam przypomniało, że życie ma swój koniec, więc trzeba dobrze wykorzystać czas, który mamy razem.
Ani na chwilę nie zrezygnowała pani z pracy.
To trzymało mnie przy życiu. W tym czasie reżyserowałam spektakl i grałam w sztuce Wojtka Malajkata. Przez pięć tygodni jeździłam do teatru i przechodziłam radioterapię. Ułożyłam to tak, żeby wszystko pogodzić. Próby zaczynały się wcześniej i kończyły o dziewiątej wieczorem. O 21.20 miałam pociąg do Warszawy. O siódmej rano byłam już na Ursynowie na radioterapii. A potem wracałam do Radomia na próby. Nikt w pracy się nawet nie domyślał. Gdybym wzięła urlop i zamknęła się w domu, to byłoby dla mnie najgorsze rozwiązanie.
A jak reagowali inni pacjenci – rozpoznawali panią?
Tak, zdarzało się. Podchodzili i pytali: "Pani też tutaj?". A ja odpowiadałam: "Tak, jestem tutaj jak wszyscy". Bo nam się zawsze wydaje, że choroby przytrafiają się innym. Sąsiadom, znajomym. A nie nam. Podczas leczenia naprawdę dużo rozmawiałam z innymi. Poznałam kobietę, w której rodzinie wszyscy po kolei chorowali na raka. Powiedziała mi: "Całe życie czekałam na tę chorobę. Wiedziałam, że prędzej czy później przyjdzie po mnie". To jest coś niewyobrażalnego – żyć z takim przekonaniem przez całe życie.
Pani była chyba zaprzeczeniem choroby? Zdrowa, aktywna, wiecznie uśmiechnięta...
Tak było. Całe życie ćwiczę jogę, dużo się ruszam, chodzę codziennie po dziesięć kilometrów, jem zdrowo. A mimo to zachorowałam. Lekarz powiedział mi wprost: to jest stres. Prawda jest taka, że przez lata żyłam w ogromnym napięciu. Jako dyrektorka teatru byłam odpowiedzialna za ogromną liczbę ludzi. Za ich pensje, role, konflikty, związki zawodowe, kłótnie. Do tego kontrole urzędów, napięcia z władzami miasta, różne teatralne konflikty. Wydawało mi się, że jestem odporna. Ale najwyraźniej te wszystkie rzeczy gdzieś we mnie zostawały. Lekarz powiedział też coś jeszcze – że ogromną rolę odgrywa środowisko. Zanieczyszczone powietrze, tempo życia. To są choroby cywilizacyjne.
Choroba przewartościowała pani życie?
Tak, ale nie w taki dramatyczny sposób, jak się czasem opowiada. Raczej uporządkowała pewne rzeczy. Największym zwycięstwem było to, że nauczyłam się wybierać. Ludzi, sprawy, miejsca. Zrozumiałam, że nie muszę być wszędzie. Nie muszę chodzić na każdą kolację, każdy wernisaż, każdy pokaz mody, każdy festiwal. Teraz pojawiam się tylko tam, gdzie naprawdę chcę być. Chcę stawiać przede wszystkim na siebie.
To chyba wbrew pozorom niełatwe zadanie. Wiele kobiet przyznaje dziś wprost, że przez lata stawiały innych na pierwszym miejscu.
Właśnie tak było także u mnie. Zawsze zajmowałam się karierą swoich partnerów, wspierałam ich, pomagałam im w różnych momentach życia. I to jest piękne, naprawdę. Tylko że gdzieś po drodze odsunęłam siebie na bok. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że gdybym przez te lata konsekwentnie zajmowała się sztuką, to jako artystka wizualna byłabym dziś pewnie w zupełnie innym miejscu. Gdybym skupiła się wyłącznie na aktorstwie, moje życie zawodowe też mogłoby wyglądać inaczej. A ja byłam ciągle w coś uwikłana. W czyjeś sprawy, czyjeś kariery, czyjeś życie.
Wydaje mi się jednak, że jako kobiety już zaczęłyśmy odrabiać lekcję – dziś coraz głośniej mówi się o tym, by nie znikać w cieniu partnera.
Dziś czasy są już inne. Kobieta i mężczyzna powinni iść przez życie razem, ale nie kosztem jednej strony. Kobieta, która rezygnuje ze wszystkiego dla innych, często nawet nie zdaje sobie sprawy, że ani partner, ani dzieci, ani świat tego nie docenią. Zostaje z poczuciem frustracji, że musiała z czegoś zrezygnować. Oczywiście są kobiety, które marzą o tym, żeby być matkami i prowadzić dom. I to jest wspaniałe, jeśli to jest ich wybór. Ale są też takie, które chcą pracować zawodowo. I one powinny to robić, bo praca chroni przed pustką i rozczarowaniem, kiedy dzieci dorastają i zaczynają żyć własnym życiem.
Mam wrażenie, że mężczyźni nie mają takich dylematów.
Bo mężczyźni rzadko rezygnują z siebie. To jest zasadnicza różnica. Oni idą swoją drogą. Kobiety bardzo często podążają za partnerem. I to oczywiście może być piękne, jeśli obie strony wkładają w relację tyle samo. Ale bywa też tak, że ta równowaga się gubi. Mnie się przez lata wydawało, że jeszcze zdążę, że jeszcze przyjdzie czas na mnie. A potem nagle człowiek się budzi i ma 50 lat.
Dziś spełnia się pani również jako babcia. To wdzięczna rola?
Jestem babcią trochę "wizytową". Matylda mieszka na Żoliborzu, ale moja młodsza córka Weronika jest w Nowym Jorku. Dlatego regularnie latam do Stanów i wtedy spędzam czas z wnukami. Ja się w ogóle nie wtrącam. To jest ich życie i ich dzieci. Kiedy się spotykamy, chodzimy razem do kina, na koncerty, do restauracji. Staram się nie dawać rad, bo córka mnie o nie nie prosi. Oczywiście mam swoje przemyślenia. Czasem wydaje mi się, że dzieci powinny mieć więcej dyscypliny, ale to są tylko moje obserwacje. Najważniejsze jest to, że młodzi sami biorą odpowiedzialność za swoje decyzje. Moja córka dużo czyta o nowoczesnym wychowaniu, słucha podcastów na każdy możliwy temat. Czasem okazuje się, że ja o niczym nie miałam pojęcia! <śmiech>.
Pani wychowywała córki bazując na własnej intuicji?
Zdecydowanie. Ale warto pamiętać, że nie ma "idealnych matek". Każdy popełnia błędy. Ja też popełniłam ich bardzo wiele. Moja córka Matylda ma do mnie żal o różne rzeczy z przeszłości. Część sytuacji pamięta bardzo dobrze, szczególnie z okresu, kiedy rozstawałam się z jej ojcem Józefem Robakowskim. Dla niej to były trudne momenty i ja to rozumiem. Ale zawsze starałam się zrobić wszystko najlepiej, jak potrafiłam. Najważniejsze jest to, żeby dzieci nie były samotne. Miały wokół siebie ludzi, opiekę, czułość i poczucie, że są kochane.
Jakie ma Pani teraz plany na najbliższy czas?
Przygotowuję dużą wystawę w "Elektrowni" w Radomiu. To duże przedsięwzięcie, wymagające sporo pracy i wsparcia finansowego. Poza tym chciałabym wrócić do grania w filmach i serialach, dlatego jestem też w trakcie szukania agenta, który pomógłby mi w kolejnych projektach. Przez udział w "Tańcu z gwiazdami" wiele rzeczy było zawieszonych do końca maja, więc teraz mam moment, żeby wszystko spokojnie poukładać i wziąć głęboki oddech.
Rozmawiała Agnieszka Woźniak, dziennikarka Wirtualnej Polski
Zapraszamy na grupę FB - #Wszechmocne. To tu będziemy informować na bieżąco o terminach webinarów, wywiadach, nowych historiach.