Nawet 20 SMS-ów dziennie. Wychowawcy załamują ręce
Wychowawcy, którzy opiekują się dziećmi na zimowiskach, "białych szkołach" czy obozach narciarskich, zauważają, że są one coraz mniej zaradne. Jedną z przyczyn są nadopiekuńczy rodzice. - Dzwonią albo zasypują mnie SMS-ami: "Dziś zimno, proszę się upewnić, że Marysia czy Jaś nie zmarzną, żeby wysuszyli ubrania" - mówi wychowawczyni kolonijna Monika Kowalska.
Nastolatki na feriach: nieposłuszne i krnąbrne?
Z czym mierzą się wychowawcy młodzieży na zimowiskach czy "białych szkołach"? Jak zaznacza nasza pierwsza rozmówczyni - najgorsza jest krnąbrność. I dzieci, i rodziców.
- Nastolatkowie potrafią być dziś butni. Arogancja nie bierze się znikąd: czują, że są poza domem, więc próbują przesuwać granice - mówi Anna, nauczycielka i wychowawczyni w liceum ogólnokształcącym. - Każdy wyjazd to stres dla nauczyciela: czy dzieciakom nic się nie stanie, czy nie zdarzy się wypadek. Kiedy w grę wchodzą sporty, to ryzyko rośnie, dlatego do znudzenia przestrzegamy. Potrafię zareagować nerwowo, gdy widzę, że ktoś lekceważy nasze zakazy. Robimy to wszystko dla bezpieczeństwa, a nie po to, żeby psuć zabawę.
Top 5 miejsc na narty w Polsce. Gdzie najlepiej pojechać na ferie?
Jak podkreśla nauczycielka, równie problematyczni bywają rodzice, którzy, nawet poinformowani o niefrasobliwości swojego dziecka, lekceważą problem i nie dostrzegają zagrożenia.
- Bywało, że informowałam, że uczestnik nie stosuje się do regulaminu, stwarza zagrożenie na stoku, bo korzysta z telefonu podczas jazdy, nagrywa, rozmawia... Rodzice potrafili odpowiadać, że "to jego telefon i może korzystać, gdzie chce". Albo argumentowali, że tak świetnie jeździ, że nic nie ma prawa się stać. No i jak tu dalej dyskutować? - pyta.
Lekceważące podejście do bezpieczeństwa czy ignorowanie zasad to jednak tylko część problemu zimowisk czy wyjazdów narciarskich. Drugi, niezmiennie, stanowi alkohol – ale, jak podkreślają wychowawcy, tutaj profil nastolatka pijącego się zmienił.
Alkohol coraz rzadziej, ale czasem "do odcięcia"
O to, czy to alkohol stanowi duży problem wśród młodzieży na zimowiskach, "białych szkołach" i obozach narciarskich, pytam wychowawczynię kolonijną, Monikę Kowalską.
- Incydenty alkoholowe nie zdarzają się często, ale kiedy już się zdarzają, to jest to picie ekstremalne - aż do wymiotów, a nawet nieprzytomności - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską. - Młodzież potrafi się doskonale kryć z małymi ilościami alkoholu. Kilka razy zdarzyło mi się wyłapać sygnały, że piją, ale to były symboliczne ilości. Inaczej wyciąga się konsekwencje z takiej sytuacji, a inaczej z takiej, gdzie 16-latek doprowadza się do stanu, w którym martwię się o jego zdrowie i życie. Widzę jednak, że młodzież zaczyna odchodzić od picia i potwierdzają to też inni wychowawcy, z którymi rozmawiam.
Według badań Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, alkohol wciąż jest najpowszechniejszą używką wśród nastolatków, ale wskaźniki picia spadają. W polskim opracowaniu ESPAD 2024 odsetek uczniów 15-16 lat, którzy pili alkohol w ostatnich 30 dniach, wynosi 39 proc., a w starszej grupie 17-18 lat - 73 proc. Jednocześnie upicie się "na tyle, żeby zataczać się lub bełkotać" w ostatnich 30 dniach deklarowało 13 proc. młodszych i 24 proc. starszych uczniów. Autorzy raportu wskazują też na kontynuację trendu spadkowego picia alkoholu, rozpoczętego po 2007 r.
Jeśli młodzież sięga po substancje nielegalne, najczęściej są to przetwory konopi - raport ESPAD podkreśla ich najwyżej ocenianą dostępność wśród narkotyków. W 2024 r. używanie marihuany lub haszyszu w ostatnich 30 dniach dotyczyło - w ujęciu ogólnym - ok. 8 proc. uczniów klas pierwszych liceum i 10,7 proc. uczniów klas trzecich liceum (autorzy traktują to jako przybliżenie używania co najmniej raz w miesiącu).
- Nigdy nie przyłapałam uczestnika na narkotykach. Vape’y, elektroniczne papierosy czy podgrzewacze tytoniu to powszechność, młodzież pali tego dużo. Konfiskuje się to i oddaje rodzicom, ale ci zwykle nie są nawet zdziwieni - podkreśla wychowawczyni.
Inny problem? Rodzice
Dziś Monika Kowalska opiekuje się uczniami z klas młodszych i to na ich temat ma najwięcej obserwacji.
- Dzieci potrafią być zupełnie niezaradne, ale jestem przygotowana na to, że siedmio- czy dziesięciolatek jeszcze nie ogarnie dookoła siebie wszystkiego. Gorsze bywają telefony od rodziców, którym wydaje się, że mam pod opieką tylko ich dziecko. Dzwonią albo zasypują mnie SMS-ami: "Dziś zimno, proszę się upewnić, że Marysia czy Jaś nie zmarzną; że wysuszyli ubrania". Ekstremalne przypadki nie zdarzają się często, ale do dziś pamiętam mamę, która potrafiła wysyłać mi od 10 do 20 wiadomości dziennie - opowiada.
Czy to oznacza, że dzieci są dziś mniej zaradne niż kiedyś? - Trochę tak, bo mamy znacznie więcej rodziców nadopiekuńczych. Kiedyś nie dało się dziecku podpiąć lokalizatora i namierzać jego każdego kroku, nie dało się ciągle do niego pisać czy wszystko w porządku. To uzależnia, sprawia, że dziecko zaczyna czuć potrzebę, żeby wszystko konsultować z rodzicem, boi się podejmowania samodzielnych decyzji – ocenia Kowalska.