Używają seksu jako waluty. Konsekwencje są opłakane
– Wiele kobiet – i całkiem sporo mężczyzn – zgadza się na seks mimo braku ochoty, bo boi się zdrady albo tego, że ukochana osoba odejdzie – mówi psycholożka Violetta Miętka, twórczyni projektu Orelacjach.pl. Problem w tym, że gdy seks jest walutą, przestaje służyć parze, a staje się sygnałem poważnego kryzysu.
Ewa Podsiadły-Natorska, Wirtualna Polska: Jakie słowa słyszy pani w swoim gabinecie, które wskazują na to, że seks stał się formą zapłaty, nagrody albo kary?
Violetta Miętka, psycholożka: Rzadko bywa tak, że ktoś przychodzi do mnie i mówi: "Używam seksu jako narzędzia manipulacji". Zwykle ludzie nie robią tego z chłodnej kalkulacji – choć tak się zdarza – lecz dlatego, że nie potrafią inaczej wpłynąć na swojego partnera. Sięgają wtedy po to, co wydaje im się skuteczne. Prawdą jest natomiast to, że ludzie stosują różne narzędzia, aby uzyskać coś w relacji – seks może być jednym z nich. W zdrowych związkach seks służy budowaniu bliskości, poznawaniu partnera, tworzeniu intymności, gdy jednak zaczyna być wykorzystywany do nacisku, kontroli czy zdobycia przewagi, przestaje tę funkcję pełnić.
Była dziewczyna Epsteina przesłuchana. Apeluje do Trumpa o łaskę
Często spotyka się pani z sytuacją, w której ktoś uprawia seks z obowiązku, żeby uniknąć konfliktu albo utrzymać związek?
Niestety tak. I mam poczucie, że częściej dotyczy to kobiet. Jest to zjawisko bardzo dla nich szkodliwe.
Dlaczego?
Po pierwsze, wiele kobiet wciąż nosi w sobie przekonanie, że seks jest bardziej potrzebny mężczyznom. Wchodzą w zbliżenie nie po to, aby zaspokoić własne potrzeby, lecz dlatego, że myślą: "On tego potrzebuje. Jeśli tego nie dostanie – może zacznie szukać gdzie indziej". To bardzo krzywdzący schemat, wywodzący się z patriarchalnego sposobu myślenia, w którym kobieta jest tą, która "daje seks".
Po drugie, wiele kobiet zgadza się na seks mimo braku ochoty, bo nie potrafi wyznaczyć granic ani powiedzieć wprost o swoich potrzebach. Boją się zdrady, odrzucenia, rozstania. W krótkiej perspektywie zgoda na seks może wydawać się sposobem na święty spokój albo nawet utrzymanie związku, jednak w dłuższej powoduje poważne konsekwencje. Seks zaczyna być nieprzyjemny, pojawia się wycofanie i niechęć, a partner coraz częściej bywa postrzegany jak ktoś, kto przymusza – nawet jeśli obiektywnie nie używa przemocy. Gdy robimy coś wbrew sobie, nasze ciało i psychika zapisują to jako doświadczenie naruszenia granic. Wielu mężczyzn nie ma wręcz świadomości, że rani swoje partnerki, bo one nie mówią wprost, czego chcą i potrzebują.
A co, jeśli mężczyzna naciska? Mówi, że seks jest dla niego ważny i rozważa odejście, gdy go nie dostaje.
Takie sytuacje się zdarzają. Wtedy zgoda na seks nie wynika z chęci, tylko z poczucia zagrożenia i z lęku. Poświęcenie staje się próbą uratowania relacji, ale na dłuższą metę to nie działa. U kobiet pojawiają się potem różne objawy psychosomatyczne oraz problemy ginekologiczne, ponieważ w pewnym momencie ciało zaczyna stawiać granicę tam, gdzie nie została ona wypowiedziana słowami.
Seks jako waluta częściej pojawia się w związkach z długim stażem czy może ujawnić się już na etapie randkowania?
Moim zdaniem częściej dzieje się to w związkach długoterminowych. Na początku relacji jesteśmy od siebie mniej zależni i mniej do siebie przywiązani, więc trudniej w ten sposób na nas wpłynąć. Z czasem jednak pojawia się wspólne życie, emocjonalna i organizacyjna zależność. Jeśli w którymś momencie przestajemy czuć się wysłuchani, zaczynamy sięgać po różne narzędzia nacisku – także po sferę seksualną. To oczywiście nie są dobre sposoby na uzyskanie czegokolwiek. Wręcz mogą być krzywdzące. Dlatego warto zobaczyć w nich nie tylko karę, ale też rozpaczliwą próbę zwrócenia uwagi na problem w relacji. Jeśli związek nie jest przemocowy, taki mechanizm jest sygnałem alarmowym: coś między nami przestało działać.
Powiedziała pani wcześniej, że częściej zbliżeń odmawiają kobiety. Czy to zaczyna się zmieniać?
To stereotyp. Jeśli kobieta odmawia zbliżeń, to często nie dlatego, że nie lubi seksu, ale dlatego, że seks, który oferuje jej mężczyzna, nie jest dla niej przyjemny i często jest zorganizowany bardziej "pod niego" niż "pod nią". Seks potrzebuje urozmaicenia, gry wstępnej, różnego rodzaju stymulacji i dotyku, a pary często nie chcą lub nie potrafią włożyć w to odpowiedniego wysiłku. Z mojego doświadczenia wynika natomiast, że dziś coraz częściej to kobiety sygnalizują, iż ich partnerzy nie chcą uprawiać seksu. Przyczyn jest wiele. Mężczyźni są przeciążeni, zestresowani, czasem nie czują się pewnie w relacji, a to wpływa na ich seksualność.
Jeśli seks staje się formą zapłaty albo narzędziem służącym do osiągania korzyści, to automatycznie znaczy, że jest nieudany? Można mieć satysfakcjonujący seks pomimo takiej dynamiki?
To zależy od pary. Jeśli ktoś się nie angażuje w to doświadczenie, trudno mówić o satysfakcji. Ale bywają sytuacje bardziej złożone. Niektóre kobiety przyznają: "Na początku nie mam ochoty, ale potem się rozkręcam i jest mi dobrze". Nie można więc powiedzieć, że takie doświadczenie zawsze jest całkowicie pozbawione przyjemności. Problem w tym, że wiele osób wciąż słabo rozumie własną seksualność. Pożądanie kobiet nie zawsze pojawia się spontanicznie, czasem budzi się dopiero w trakcie zbliżenia, co bywa mylące – i dla kobiety, i dla jej partnera. Jest też druga strona. Niektóre osoby godzą się na seks i przez cały czas czekają tylko na to, aby… się skończył. Kiedy zapytałam kobiety na Instagramie, dlaczego symulują orgazm, wiele odpowiedziało: "Bo chcę mieć to już za sobą".
Gdy para widzi, że coś jest nie tak i seks stał się narzędziem wpływu, czy taką relację da się uratować?
Chciałabym móc powiedzieć, że tak, jednak bardzo dużo zależy od tego, co wydarzyło się wcześniej; im więcej przykrych doświadczeń, niewypowiedzianych żalów, urazów i nagromadzonej złości w relacji, tym trudniej wrócić do bliskości. Często myślę o sferze seksualnej jak o miejscu szczególnie wrażliwym, gdzie jesteśmy nadzy dosłownie i emocjonalnie. Żeby móc do tej sfery wejść w bezpieczny sposób, musimy mieć zbudowane poczucie bezpieczeństwa. Pewnie, można godzić się na seks dla świętego spokoju. Można uprawiać go, żeby wywrzeć wpływ. Ale to nie będzie seks relacyjny, tylko funkcjonalny.
Co to znaczy?
To znaczy, że może zaspokajać jakieś potrzeby fizjologiczne, może rozładowywać napięcie, może nawet chwilowo regulować emocje, ale nie będzie budował bliskości ani intymności. Nie będzie również budował relacji. Będzie po prostu aktem, który "coś załatwia". Ażeby móc uratować związek, muszą tego chcieć obie strony. I to jest pierwsze pytanie, które zadaję w terapii par: "Czy decyzja, żeby pracować nad związkiem, jest wasza? Czy macie wspólny cel?". Czasem ktoś przychodzi na terapię z oczekiwaniem, że specjalista "naprawi" jego partnera, tyle że terapia par nie polega na zmianie jednej osoby. Chodzi o przyjrzenie się temu, co dzieje się między dwiema osobami, które tworzą związek.
Nie chciałabym też, żebyśmy oddzielali seks od relacji. Jeśli ktoś wykorzystuje seks jako narzędzie, to znaczy, że nauczył się w ten sposób rozwiązywać problemy. Pytanie brzmi: dlaczego? I jeszcze coś: potrzeby seksualne są szczególne, bo w relacji monogamicznej możemy je zaspokajać właściwie tylko w tym jednym miejscu. Np. jeśli brakuje mi bliskości emocjonalnej, mogę spotkać się z przyjaciółką, pojechać do rodziny, ale jeśli jestem w związku, to w nim moje potrzeby seksualne powinny zostać zauważone i zaspokojone. A jeśli nie mogę ich zaspokoić w relacji i partner nie chce nad tym pracować, to trafiam w pułapkę.
Ignorowanie potrzeb seksualnych partnera może być formą przemocy?
Jak najbardziej. Lekceważenie seksualnych potrzeb partnera, mówienie: "Ja tyle seksu nie potrzebuję, więc ty też nie powinieneś/powinnaś" jest przemocowe. Osoba, która tak mówi, tylko pozornie tworzy relację, bo tak naprawdę jest skupiona wyłącznie na sobie. Bardzo trudno wtedy zbudować prawdziwy związek.
Dla Wirtualnej Polski rozmawiała Ewa Podsiadły-Natorska