Dzieciństwo bez beztroski. Tak wyglądała codzienność najmłodszych na dawnej wsi

Praca od najmłodszych lat, surowa dyscyplina, kary cielesne, a jednocześnie silne więzi rodzinne i wspólnotowe. Dzieciństwo na polskiej wsi sprzed zaledwie 100 lat miało niewiele wspólnego z tym, jak rozumiemy je dziś. Genealożka Aneta Godynia, autorka książki "Wiejskie dzieci", udowadnia, że dawna polska wieś nie była ani idyllą, ani wyłącznie miejscem krzywdy.

Dzieci na polskiej wsi w 1937 r.Dzieci na polskiej wsi w 1937 r.
Źródło zdjęć: © NAC

Ewa Podsiadły-Natorska, Wirtualna Polska: O jakiej epoce pisze pani w "Wiejskich dzieciach"?

Aneta Godynia: Skupiam się na przełomie XIX i XX wieku oraz na okresie przed II wojną światową.

Nie jest to zatem jakaś zamierzchła przeszłość.

Absolutnie. Mówimy o czasach sprzed 100, maksymalnie 150 lat. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że nie istniało wówczas pojęcie dzieciństwa w takim znaczeniu, jakie znamy obecnie. Nie było też etapu "nastolatka". Dziecko nie było postrzegane jako ktoś, kogo trzeba chronić albo komu należy stworzyć warunki do rozwoju i edukacji. To było raczej bardzo szybkie wejście w dorosłość - oczywiście nie w naszym współczesnym rozumieniu, ale w realiach tamtego świata.

Toksyczny przekaz z dzieciństwa. Rujnuje pewność siebie

Właśnie. Pisze pani: "Praca dzieci w gospodarstwie była istotnym elementem funkcjonowania rodziny, a zakres ich obowiązków poszerzał się z wiekiem". Na jedno dziecko przypadały średnio 2 godziny prac dziennie. Jak wyglądał dzień przeciętnego dziecka na wsi?

Dzieci stanowiły część gospodarstwa, które funkcjonowało niczym przedsiębiorstwo -musiało być samowystarczalne i działać sprawnie. W tym gospodarstwie każdy z domowników miał swoje obowiązki, również najmłodsi. To, jak wyglądał dzień przeciętnego dziecka, zależało od rodziny - jej zamożności oraz regionu, w którym żyła. Wieś nigdy nie była jednorodna i w swojej książce często to powtarzam.

Ale jeśli mówimy o "uśrednionych" wiejskich gospodarstwach, to dzieci zaczynały pomagać bardzo wcześnie, właściwie wtedy, gdy tylko były w stanie coś zrobić. Najmłodsi obierali ziemniaki, nosili chrust, pilnowali drobnego inwentarza - kur, gęsi. Siedmio-, ośmio-, dziewięciolatki wypasały krowy. Starsze dzieci, ok. 12-13. roku życia, kończyły rolę pastuszków i zaczynały pomagać przy cięższych pracach gospodarskich.

A co z nauką?

W II Rzeczypospolitej istniał obowiązek szkolny, ale jego realizacja była bardzo różna. W archiwach zachowało się mnóstwo próśb rodziców o zwolnienie dzieci z obowiązku szkolnego albo o anulowanie kar finansowych za nieposyłanie ich do szkoły. Tłumaczyli w nich, dlaczego dzieci są im potrzebne w gospodarstwie, jakie mają warunki życia, z czego muszą się utrzymać. Jako genealog spędzam dużo czasu w archiwach i dla mnie są to bezcenne źródła.

Dziewczynki też pracowały w polu czy raczej w domu?

Gospodarstwo przełomu XIX i XX wieku było wyraźnie podzielone na "kobiece" i "męskie". Kobiety wraz z córkami zajmowały się domem, pożywieniem, odzieżą, małymi dziećmi, natomiast mężczyźni z synami pracowali w polu, lesie, na budowie, przy koniach. Ale w okresie najważniejszych prac - sianokosów, żniw i wykopków - pracowali solidarnie wszyscy razem. Poza tym te role rzadko się przenikały. Zresztą trudno, żeby było inaczej, skoro dziewczynki dorastały przy matkach, ucząc się pracy przez obserwację. W naturalny sposób wchodziły więc w role, które odtwarzały potem w dorosłym życiu.

Był w ogóle czas na zabawę?

Ależ tak, dziecko zawsze znajdzie czas na zabawę. Choć obowiązków było dużo, we wspomnieniach chłopskich często pojawiają się obrazy gier i zabaw. Dzieci robiły lalki z tego, co miały pod ręką, tworzyły zabawki z roślin, grzechotki, pacynki. Jesienią chodziły z dyniami, do których wkładały świeczki - coś, co dziś kojarzymy z popkulturą istniało od dawna. Zachowało się też mnóstwo wierszyków i przyśpiewek z tamtych czasów, które przetrwały do dziś. Poza tym dla ówczesnych dzieci wiele czynności było jednocześnie pracą i zabawą.

Aneta Godynia
Aneta Godynia © Archiwum prywatne

Obok tego wszystkiego była też jednak surowa dyscyplina.

Kary były wtedy powszechnie akceptowane i, co ważne, prawnie dopuszczalne. Ojciec miał prawo karać dzieci, natomiast sądy uznawały, że na wsi panują takie warunki, że "pewna forma przemocy" jest dozwolona.

Za co karano dzieci?

Właściwie za wszystko: za to, że krowa weszła w szkodę i zniszczyła zboże sąsiada, za niewykonanie poleceń, za brak czujności na pastwisku, ale też - paradoksalnie - za zachowania, które dziś uznalibyśmy za naturalną dziecięcą potrzebę ruchu i zabawy, jak np. zabawa na śniegu. Trzeba jednak pamiętać, że mówimy o czasach bez szczelnej odzieży czy dostępu do lekarza, przemoc nie wynikała więc wyłącznie z surowego charakteru rodziców, ale bardzo często z lęku o życie dziecka. Rodzice bali się, że dziecko się przeziębi i zachoruje, a choroba w warunkach wiejskich mogła bardzo szybko zakończyć się śmiercią.

Mówimy oczywiście o karach cielesnych.

Tak, poza tym jaką inną karę można było dać wtedy dziecku? Warto jednak mocno podkreślić, że choć kary cielesne były społecznie akceptowane i prawnie dopuszczalne, nie oznaczało to przyzwolenia na przemoc bez granic. Również w ówczesnych społecznościach wiejskich istniało poczucie, że "nie można przesadzić". Maltretowanie, okrucieństwo czy systematyczne znęcanie się nad dziećmi nie były postrzegane jako coś normalnego ani właściwego. W archiwach pojawiają się opisy sytuacji, w których sąsiedzi reagowali, a skrajne przypadki przemocy były potępiane przez lokalną społeczność.

Osoby wspominające swoje dzieciństwo po latach podkreślają, że owszem, bywały bite, ale wiedziały, gdzie przebiega granica, po przekroczeniu której zachowanie dorosłych przestawało być usprawiedliwiane. Te sytuacje należały jednak do ekstremów, a nie do codzienności większości rodzin.

W książce prowadzi nas pani przez ówczesne dzieciństwo m.in. oczami Helenki i Władka. Która z historii najbardziej zafascynowała panią jako badaczkę?

Było ich wiele, ale jednym z wątków, który szczególnie zapadł mi w pamięć, jest historia miłości Władka. W źródłach takie relacje pojawiają się niezwykle rzadko, zwłaszcza wśród mężczyzn. Władek otwarcie opisuje swoje zakochanie. Wyraźnie widać, że nie jest to przelotna fascynacja, tylko poważne myślenie o związku i założeniu rodziny - w czasach, kiedy powszechnie sądzono, że "małżeństwo nie jest związkiem serca, lecz kontraktem obustronnym". Gdy się zakochuje, ma ok. 20 lat, chociaż nie jest jeszcze pełnoletni - w II RP osiągano ją po przekroczeniu 21. roku życia. Ten opis pokazuje, że to byli ludzie z krwi i kości, kochali, ulegali namiętnościom.

Pewnie trudno będzie ogólnie odpowiedzieć na to pytanie, ale czy tamte dzieci miały szczęśliwe dzieciństwo?

Kiedy sięgniemy do pamiętników, widać coś zaskakującego: wiele osób wspomina swoje dzieciństwo na wsi jako dobre. Nie idealne, nie beztroskie, ale "swoje" i zrozumiałe w realiach, w których się dorastało. Zdarzały się oczywiście sytuacje skrajne - przemoc, głód, patologie – ale nie dominują one we wspomnieniach. Pojawiają się za to obrazy wspólnych wieczorów, opowiadanych bajek, bliskości. Ten sam ojciec, który potrafił surowo skarcić dziecko, bywał też opisywany jako ktoś ciepły, opowiadający historie i dbający o rodzinę. Dlatego powiedziałabym, że dla wielu z tych dzieci było to dzieciństwo trudne, ale niekoniecznie nieszczęśliwe.

I z pewnością więzi międzyludzkie były wtedy bardzo silne…

Tak, szczególnie że od zgodnej współpracy zależało przetrwanie. Wielopokoleniowe i wielodzietne rodziny mieszkały razem, często w jednej izbie. Wiedzę przekazywano z pokolenia na pokolenie - i była to wiedza nie z książek, tylko z obserwacji oraz doświadczenia. Samotny człowiek na wsi praktycznie nie miał szans na przeżycie. Więzi międzyludzkie zaczęły rozluźniać się dopiero po I wojnie światowej wraz z migracjami i emigracją zarobkową. Wcześniej wspólne życie toczyło się wokół pracy i gospodarstwa.

Oraz kościoła?

Rok liturgiczny w dużej mierze regulował rytm życia na wsi - wiara i religia miały realny wpływ na codzienność, porządkując czas, obowiązki i sposób myślenia o świecie. W źródłach wyraźnie widać, że oficjalna religijność kościelna bardzo często splatała się z wierzeniami, które dziś nazwalibyśmy zabobonnymi, tworząc spójny - choć z naszej perspektywy zaskakujący - system wierzeń oraz praktyk.

Okładka książki "Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli ma
Okładka książki "Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali" © Materiały prasowe

Dla Wirtualnej Polski rozmawiała Ewa Podsiadły-Natorska

Wybrane dla Ciebie
"Pobiłem rekord". Aktor pokazał, ile zarobił na systemie kaucyjnym
"Pobiłem rekord". Aktor pokazał, ile zarobił na systemie kaucyjnym
Błąd przy pieczeniu sernika. Będzie niski i popękany
Błąd przy pieczeniu sernika. Będzie niski i popękany
Kogo przyłapią, ten zapłaci 500 zł kary. Uważaj ze śmieciami
Kogo przyłapią, ten zapłaci 500 zł kary. Uważaj ze śmieciami
W domu trwało przyjęcie. Odszedł od niej w dniu jej imienin
W domu trwało przyjęcie. Odszedł od niej w dniu jej imienin
Rezygnowała ze skórzanej kurtki. Jej wybór to prawdziwy przebój na wiosnę
Rezygnowała ze skórzanej kurtki. Jej wybór to prawdziwy przebój na wiosnę
Nowe ustalenia ws. rancza Epsteina. Chodzi o pochowane cudzoziemki
Nowe ustalenia ws. rancza Epsteina. Chodzi o pochowane cudzoziemki
Gdzie wyrzucić skorupki jajek? Nagminny błąd
Gdzie wyrzucić skorupki jajek? Nagminny błąd
Ostrzeżenie dla kupujących. "Może to zostać uznane za kradzież"
Ostrzeżenie dla kupujących. "Może to zostać uznane za kradzież"
Dodaj do wody i namocz. Kiełbasa będzie delikatna jak nigdy wcześniej
Dodaj do wody i namocz. Kiełbasa będzie delikatna jak nigdy wcześniej
Lepiej z niej zrezygnuj. Ta kawa szkodzi bardziej niż myślisz
Lepiej z niej zrezygnuj. Ta kawa szkodzi bardziej niż myślisz
Po tych słowach możesz przerwać spowiedź. "Masz prawo odejść"
Po tych słowach możesz przerwać spowiedź. "Masz prawo odejść"
Zrobiła największe wrażenie. Wybrała taką mini
Zrobiła największe wrażenie. Wybrała taką mini
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀