"Na wojnie bardziej niebezpieczne jest bycie kobietą niż żołnierzem". Dziennikarka wymienia powody
- W mojej pracy, szczególnie kiedy relacjonowałam wojnę w Bośni, zobaczyłam, że przemoc seksualna była zjawiskiem systemowym. Schematy, które przebijały z opowieści wielu kobiet, były niemal identyczne. Gwałt był stosowany, by je terroryzować - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Jennifer Nadel, brytyjska dziennikarka i aktywistka.
Wojna nie kończy się na linii frontu - dla wielu kobiet dopiero tam się zaczyna: w ruinach systemu ochrony zdrowia, w przymusowej ucieczce, w głodzie, w przemocy seksualnej. Dziennikarka i aktywistka Jennifer Nadel opowiada w rozmowie z Wirtualną Polską o tym, dlaczego gwałt bywa narzędziem wojennym, czemu emocjonalna praca kobiet w czasie konfliktów jest wciąż niedostrzegana, ale też - dlaczego uprzywilejowane kobiety w krajach wysokorozwiniętych nadal nie doświadczają pełnej równości.
Aleksandra Zaborowska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Powiedziałaś kiedyś, że w strefie wojny bycie kobietą bywa nawet bardziej niebezpieczne niż bycie uzbrojonym żołnierzem. Brzmi to kontrowersyjnie, ale wiem, że masz solidne powody, by tak twierdzić. Możesz to wyjaśnić?
Jennifer Nadel: To zdanie pochodzi od organizacji, którą razem z Gillian Anderson wspieramy – Women for Women International. I jasne: nie chodzi o to, że w bezpośredniej walce ginie więcej kobiet niż mężczyzn, bo statystycznie w starciach zbrojnych częściej umierają mężczyźni. Natomiast jest coś, co nazywam "ukrytym kosztem" konfliktów. To straty wynikające z braku opieki medycznej, z handlu ludźmi, z gwałtów, z rosnącej śmiertelności matek, z głodu, chorób, wysiedleń, rozpadu wspólnot i braku ochrony. Te konsekwencje są słabiej raportowane i rzadziej zauważane, a jednak zbierają ogromne żniwo.
Zwykle myślimy o wojnie z perspektywy frontu i zapominamy o ciężarze długofalowych skutków - a te ponoszą przede wszystkim kobiety i dzieci. I to jest dziś wyjątkowo aktualne, bo liczba kobiet żyjących w przestrzeni aktywnych konfliktów jest najwyższa od czasów zimnej wojny.
Cel wojny w Ukrainie? "Putin chciał osłabić Europę i NATO"
Przed naszymi oczami rozgrywa się dramat w Strefie Gazy, ale jednocześnie trwa wojna w Ukrainie. Kiedy myślimy o wojnie, myślimy o śmierci, głodzie, łamaniu praw człowieka, ale rzadziej o przemocy seksualnej. Wiem, że bardzo mocno zgłębiłaś ten temat w reportażach, dlatego zapytam: dlaczego gwałt można określić jako broń wojenną?
Bo podczas konfliktu zbrojnego gwałt nie jest tylko "ubocznym skutkiem chaosu". To nie są pojedyncze przypadki. W mojej pracy - szczególnie kiedy relacjonowałam wojnę w Bośni - zobaczyłam, że przemoc seksualna była zjawiskiem systemowym. Schematy, które przebijały z opowieści wielu kobiet, były niemal identyczne. Gwałt był stosowany, by je terroryzować. Jest to narzędzie stosowane regularnie i na masową skalę. I dlatego można to już nazwać zbrodnią wojenną, a nie pobocznym incydentem.
Czyli chodzi o zastraszenie kobiet?
O zastraszenie i dominację. W wielu konfliktach przemoc seksualna ma też wymiar "zawłaszczenia" społeczności. Bywa powiązana z przymusową ciążą: kobiety zostają zmuszone do urodzenia dzieci sprawców. Wtedy to już nie tylko przemoc wobec jednostki, ale komunikat: "możemy zrobić z wami wszystko". To wynosi okrucieństwo na kolejny poziom.
Podczas konfliktów zbrojnych kobiety wykonują ogromną emocjonalną pracę obejmującą m.in. podtrzymywanie nadziei, opiekę nad dziećmi, rodziną, wspólnotą. Myślisz, że ten wysiłek jest doceniany?
To bardzo ważna uwaga - i nie, myślę, że absolutnie nie jest. Ogrom pracy kobiet, szczególnie tej emocjonalnej i opiekuńczej, jest niedowartościowany, niedokumentowany i niedostrzegany. A to właśnie ten wysiłek pozwala społeczeństwom przetrwać w czasie konfliktu i odbudowywać się po nim. Podczas gdy mężczyźni walczą na froncie, społeczeństwo często utrzymują w ruchu kobiety. Tyle że przez lata wojna była opowiadana głównie z męskiej perspektywy - także w mediach. Kiedy relacjonowałam konflikt w byłej Jugosławii, wielu reporterów koncentrowało się na liczbie rakiet, typach samolotów, uzbrojeniu. A ja pytałam: jak tym ludziom się tu żyje? Co oni czują? Jak ten konflikt wpływa na ich codzienność?
Wspomniałaś też, że jeśli chcemy zapobiegać wojnom, powinniśmy inwestować w kobiety - w liderki i kobiece sieci społeczne. Dlaczego to miałoby działać?
Nie chcę generalizować, bo oczywiście obie płcie mogą mieć podobne cechy, ale w patriarchalnych społeczeństwach kobiety częściej "trenuje się" w umiejętnościach takich jak współpraca, deeskalacja, budowanie relacji. Kobiety częściej widzą, że konflikt rzadko bywa wart swoich kosztów.
A jak mówić o kobietach w strefach wojny, nie sprowadzając ich wyłącznie do roli ofiar? Jakie historie kobiecej sprawczości szczególnie utkwiły ci w pamięci?
Sprawczość kobiet widać choćby w tym, jak działają lokalne liderki: organizują dystrybucję żywności, tworzą sieci wsparcia, dbają o najsłabszych, utrzymują podstawowe funkcjonowanie wspólnot. Kiedy mężczyźni są na froncie, kobiety często przejmują role, które wcześniej należały do mężczyzn - i robią to, by społeczeństwo nie rozpadło się całkowicie.
Usłyszałam kiedyś zdanie, że kobiety chcą być postrzegane jako silne, ale jednocześnie same siebie wciąż przedstawiają jako ofiary. To mnie wtedy mocno poruszyło. Jakbyś na to odpowiedziała?
Żyjemy w społeczeństwie, które w wielu aspektach jest wobec kobiet przemocowe. Nadal otaczają nas patriarchat i szowinizm, jesteśmy seksualizowane, uprzedmiotawiane i wciąż nie mamy równego dostępu do władzy. To wszystko się internalizuje i zaczynamy same wierzyć w narrację, która toczy się wokół nas. Dlatego widzimy wysoki poziom samokrytycyzmu i autoagresji u kobiet: częściowo wynika to z kultury, częściowo z prób poradzenia sobie we wrogim środowisku.
W książce, którą napisałaś wraz z Gillian Anderson ("My. Przewodnik dla kobiet pragnących zmiany", wyd. PWN – przyp. red.) opisujesz proste zasady szczęśliwego i pełnego życia. Czy są one uniwersalne? Czy może z nich skorzystać zarówno kobieta uprzywilejowana, bezpieczna i zamożna, jak i ta w kryzysie, zmagająca się z wojną?
Te zasady dotyczą tego, jak podtrzymać w sobie odporność psychiczną i duchową w każdych warunkach. A im nam trudniej, tym bardziej potrzebujemy narzędzi, aby w sobie tę odporność rozwinąć. Nie chciałyśmy wymyślać z Gillian żadnych kosmicznych, odklejonych od rzeczywistości nowinek wyłącznie dla uprzywilejowanych kobiet. Tak naprawdę opisujemy praktyki znane od tysięcy lat. Chodzi o zauważanie dobra, o skupienie się na tym, za co można być wdzięcznym nawet w kryzysie, o szukanie więzi i miłości nawet w trudnym krajobrazie. Warto dodać, że wiele kobiet prowadzi bardzo trudne życie nawet bez tej "zewnętrznej wojny". Część jest uwięziona w przemocowych relacjach, część nie może rozwinąć swojego potencjału. Więc nawet jeśli nie żyjemy w strefie konfliktu, nadal żyjemy w środowisku, które jest dla kobiet nieprzyjazne.
W książce piszecie też o siostrzeństwie "ponad podziałami". To brzmi pięknie, ale czy realnie?
Musimy cały czas pamiętać, że znacznie więcej nas łączy niż dzieli. Kobiety są nadal zbyt często nastawiane przeciwko sobie przez społeczeństwo. Rywalizują, porównują się, a nawet "podkopują". Tak, robią to sobie same, bo wierzą, że muszą, żeby przetrwać. Tylko że to nieprawda, to jest mit, z którym należy zerwać. Będziemy znacznie silniejsze, jeśli zaczniemy działać razem. I myślę, że w końcu będzie to rozumieć coraz więcej z nas.
Mam poczucie, że z jednej strony rośnie świadomość siostrzeństwa, ale jednocześnie media społecznościowe to sabotują: premiują wygląd, płytkie treści, które napędzają kompleksy i porównywanie się.
Media społecznościowe są projektowane pod zysk. A zysk generują kliknięcia. A kliknięcia generują "idealne" wzorce urody i seksualność. Jesteśmy bombardowane obrazami perfekcyjnych kobiet, a co gorsza, często to nawet nie są prawdziwe zdjęcia, tylko filtry, AI i retusz. Z drugiej strony social media dają też coś cennego: możliwość docierania do innych, wspierania się, budowania społeczności i i więzi – czasem łatwiej online niż twarzą w twarz. To jest więc narzędzie "mieszane". Moim zdaniem państwa powinny je regulować, żeby ograniczać szkody i wzmacniać to, co dobre.
Od lat intensywnie działasz na rzecz spraw kobiet, ale czy nawet ty miewasz momenty zwątpienia? Takie, w których myślisz: "to wszystko nie ma sensu, nic się nie zmieni"?
Jasne, każdy tak ma, ale wiem jedno: dopóki działam, jest we mnie nadzieja. Łatwo się załamać, kiedy tylko siedzi się z boku i biernie obserwuje to, jak wygląda dziś świat. Zmiana rzadko dzieje się w takim tempie, jakiego byśmy oczekiwali. Zniesienie niewolnictwa w USA trwało bardzo długo. Walka o prawa wyborcze kobiet też trwała dekady. Naszym zadaniem jest zrobić tyle, ile możemy w swoim pokoleniu, i przesunąć sprawy choć o krok. Następne pokolenia odziedziczą tę pracę i pójdą dalej.
To wyścig zbiorowy, czasem międzypokoleniowy. Jeśli nie działamy, ryzykujemy apatię - a wtedy rzeczywiście nic się nie zmienia. Jeśli zmiana ma przyjść, to przyniosą ją kobiety. Bo umiemy budować relacje, tworzyć mosty, troszczyć się i pielęgnować. To te umiejętności powinny kształtować sposób, w jaki funkcjonują rządy i jak żyjemy – a nie odgórne, przemocowe, patriarchalne metody, które doprowadziły świat na skraj kolejnej wielkiej wojny. Dość.
Rozmawiała Aleksandra Zaborowska, dziennikarka Wirtualnej Polski
Zapraszamy na grupę FB - #Wszechmocne. To tu będziemy informować na bieżąco o terminach webinarów, wywiadach, nowych historiach.