Wróciła z Anglii na polską wieś. Po 20 latach przeżyła szok
– Czuję się, jakbym znowu miała 19 lat i musiała się ze wszystkiego tłumaczyć – mówi Martyna, która po prawie dwóch dekadach spędzonych za granicą zamieszkała pod Sanokiem. Jest jedną z Polek, które teoretycznie wracają "do siebie", lecz czują się tu obco.
Po raz pierwszy o powrocie do Polski Iwona pomyślała w pandemii. – Zamknięcie, samotność i brak rodziny dały mi w kość. Zatęskniłam. Wydawało mi się, że w Polsce wszystko będzie łatwiejsze, ale po powrocie zrozumiałam, że tęskniłam za Polską sprzed 20 lat, a nie za tą, którą zastałam – opowiada.
Do Timperley pod Manchesterem wyjechała po maturze ze swoim ówczesnym chłopakiem. W Anglii się zaręczyli, planowali ślub. Zamiast wesela było jednak rozstanie. – On wrócił do Polski, ja zostałam – wspomina Iwona. Na obczyźnie miała jeszcze dwa związki, oba nie przetrwały. – Nigdy nie zakładałam, że będę w Anglii mieszkać dożywotnio, ale kiedy przyszła pandemia, mocno poczułam, że już mi wystarczy.
"Halo Polacy". Polka o życiu na emigracji. "Mieliśmy sporo trudności"
Odwrócony szok kulturowy
Iwona jedno wiedziała na pewno: chce wrócić w rodzinne strony. Umówiła się z szefem, że będzie pracować zdalnie, a w Manchesterze pojawiać się w razie potrzeby – nie robił problemów. W rodzinnym domu pod Przysuchą do dyspozycji miała poddasze. Poza tym rodzice Iwony zestarzeli się, chciała mieć ich blisko siebie. Do Polski wracała na raty, bo przez 20 lat życia za granicą zgromadziła tam mnóstwo rzeczy.
– Bałam się, ale byłam zadowolona, że wracam – mówi Iwona. Polska rzeczywistość wprawiła ją jednak niemalże w osłupienie. – Wiedziałam, że będzie inaczej, ale wszystko mnie zaskoczyło. W "głupim" sklepie czuję się zagubiona, bo nie znam wielu marek ani nowych aplikacji. Brat mi dogryza, że odbiła mi "sodówka", bo mówię trochę po polsku, a trochę po angielsku. Próbuję się odnaleźć, dostosować. Na razie idzie tak sobie.
Dla Marzeny Stelmach-Tondos, psychoterapeutki, psycholożki i seksuolożki dzieci, młodzieży oraz osób dorosłych z Poradni PsychoMedic.pl, to zupełnie zrozumiałe. – Powrót bywa większym wstrząsem tożsamościowym niż sama emigracja. Na emigracji kobieta ma jasny komunikat: "Jestem obca, mam prawo się uczyć, mylić, szukać swojego miejsca". Tymczasem po powrocie słyszy: "Przecież to twój kraj, tu wszystko znasz, nie przesadzaj". A psychicznie czuje coś innego: "Nie pasuję już w pełni ani tam, ani tu", "Mam dwa światy w głowie, a nigdzie nie jestem w 100 proc. u siebie". To klasyczny reverse culture shock – szok odwrotnej akulturacji. Do tego dochodzi żałoba po życiu, które zostawiła za granicą: znajomi, przyzwyczajenia, status zawodowy, czasem poczucie sprawczości i samodzielności.
Ciekawe wnioski płyną z badania "Should I stay or should I go now? Exploring Polish women’s returns home" dr Evy A. Dudy-Mikulin. Badaczka przeprowadziła wywiady z 32 Polkami w Wielkiej Brytanii. Okazuje się, że wiele z nich po powrocie doświadcza "podwójnej marginalizacji": na Wyspach nie czują się już w pełni u siebie, jednak w Polsce też nie wchodzą gładko w swoją dawną rolę. Powrót "do domu" staje się więc kolejną migracją.
Na wsi nic się nie ukryje
Martyna 18 lat spędziła na północy Anglii, wychowała tam dwójkę dzieci, kupiła dom. Po rozstaniu z partnerem wróciła do Polski, bo – jak mówi – "chciała zacząć od zera u siebie". – Na początku myślałam, że wieś mnie uleczy. Zieleń, las, spokój. Nawet do Anglii dotarło hasło "rzuć wszystko i jedź w Bieszczady". No to tak zrobiłam. Szybko jednak poczułam, że z anonimowości wpadłam w świat, w którym wszyscy wszystko widzą i wiedzą. Kto przyjechał, a kto wyjechał, o której godzinie wyszłam z domu, na którą moje dzieci mają do szkoły, czy chodzę do kościoła (nie chodzę) itd. W Anglii nie było czegoś takiego.
Takim Polkom jest podwójnie trudno, bo jak podkreśla Marzena Stelmach-Tondos, przeprowadzka z brytyjskiego miasta (lub nawet przedmieść) do małej polskiej miejscowości oznacza powrót do kraju i jednoczesne wejście w lokalny, często bardzo tradycyjny mikrokosmos.
– W Anglii sąsiedzi mówią sobie "hello", ale zasadniczo każdy zajmuje się swoim życiem, podczas gdy na wsi jest duża gęstość kontroli społecznej – "kto był u kogo, o której, jak była ubrana, gdzie pracuje, z kim się spotyka". Kobieta, która nauczyła się cenić prywatność, nagle czuje się obserwowana i oceniana – potwierdza psycholożka.
Doświadczeń związanych z powrotem jest zresztą znacznie więcej. Marzena Stelmach-Tondos zauważa, że kobiecie towarzyszy wówczas kilka doświadczeń naraz:
- Ona się zmieniła, a otoczenie pamięta jej "dawną wersję". Polska się zmieniła, ale od kobiety oczekuje się automatycznej adaptacji – "przecież jesteś stąd". W rodzinie wciąż funkcjonuje jako osoba "z przeszłości", nie ta obecna, podczas gdy ona funkcjonuje już według nowych zasad. Różnią się języki codzienności – metafory, memy, polityka, styl humoru. To wszystko może prowadzić do frustracji, poczucia utraty autonomii, osamotnienia, czasem do myśli o ponownej emigracji – zauważa ekspertka.
Co z tymi pieniędzmi?
Jest jeszcze jeden trudny obszar związany z powrotem: finanse. W Anglii Iwona i Martyna miały stabilne zarobki, żyły na dobrym poziomie. – Ceny w Polsce mnie zszokowały – nie ukrywa Martyna. – Na Wyspach pracowałam jako opiekunka w domu spokojnej starości. Zarabiałam dobrze, miałam poczucie bezpieczeństwa. Tu nagle zaczęłam bać się o wszystko: rachunki, dom, przyszłość – mówi. – Mam oszczędności, szukam pracy. I już się martwię, co będzie, jak jej nie znajdę.
Iwona robi w Polsce to samo, co za granicą – ma tego samego pracodawcę – jednak też narzeka na ceny. – Gdy wyjeżdżałam, chleb kosztował ok. 2 zł. Teraz 6-8 zł. Dla mnie to konkretny szok.
Perspektywa ekonomiczna według psycholożki z Poradni PsychoMedic.pl jest jednym z najbardziej niedocenianych aspektów powrotu do ojczyzny. – Coś, co w Wielkiej Brytanii było normą – wakacje, usługi, hobby – w Polsce może stać się luksusem. A to generuje wstyd i poczucie "utraconej klasy społecznej" – tłumaczy ekspertka.
I dodaje: – Ceny, priorytety, systemy płatności, zabezpieczenia socjalne – wszystko jest inne. Mówiąc wprost: kobieta musi nauczyć się nowej ekonomii codzienności. Te zmiany wpływają na psychikę bardziej, niż te kobiety zwykle deklarują. Bo to nie jest tylko kwestia pieniędzy, ale również poczucia kontroli, niezależności, bezpieczeństwa, wiary w siebie.
Z ekonomiczno-psychologicznej perspektywy kobieta po powrocie zderza się z poczuciem regresu – "pracuję równie ciężko, a stać mnie na mniej". – Działa tu porażająco silne zjawisko utraty; bardziej boli to, co tracimy (status, możliwości), niż cieszy to, co mamy – zauważa Marzena Stelmach-Tondos.
Pomimo trudności obie kobiety nie żałują jednak powrotu. – Uczę się Polski tak, jak kiedyś uczyłam się Anglii – mówi Iwona.
– Powrotu nie żałuję, może tylko żałuję miejscowości, w której zamieszkałam. Mogłam wrócić do Warszawy, gdzie mam rodziców i siostrę – wyznaje Martyna. – Tym, co mi tu najbardziej przeszkadza, jest ciągły temat wojny. Sąsiadki robią weki, wszyscy twierdzą, że są spakowani "na wszelki wypadek". To mi się najbardziej nie podoba. A poza tym może być. Jednak tęskniłam za Polską.
Ewa Podsiadły-Natorska dla Wirtualnej Polski