"Maks w szkole".
Nasze hity
Kiedyś sprawy wyglądały inaczej. Sklepy świeciły pustkami, więc każdy prezent, nie tylko gwiazdkowy, który nie pochodził z pobliskiego kiosku Ruchu, stanowił cud, dziw nad dziwy i szybko zamieniał się w lokalną atrakcję. Moja śpiewająca po hiszpańsku lalka odbyła 30 lat temu tournée po całym osiedlu i odniosła tak duży sukces, że do dziś żałuję iż bliski kontakt III stopnia koleżanek z zabawką nie był biletowany. Zostałabym krezusem jeszcze w podstawówce.
Wyprawy do Baltony lub Peweksu były świętem, mały człowiek stał przy ladzie i po prostu gapił się i ślinił: Barbie, Matchbox, Lego, Duplo, Milka - zawrót głowy! I jeszcze te walkmany, zegarki elektroniczne z melodyjkami, magnetowidy, które całą rodzinę ustawiały na szczycie hierarchii osiedlowej...
Samo patrzenie było atrakcją i wyliczanie w myślach, cóż to ja bym sobie kupiła! O zakupach mowy nie było, rodzice stali w kolejce po szynkę „Krakus” i kawę i na takie wyliczanki czasu nie mieli. Ale za to kiedy pod choinką znalazło się takiego żelaźniaka albo jakąś zagraniczną lalę, to człowiek skakał ze szczęścia!


















