"Jak w klatce". Mieszkania niczym z "Kingsajzu" zalewają rynek
Mieszkania jak z "Kingsajzu" stają się nową "normalnością". - Nie było gdzie schować rzeczy. Walizki stały pod łóżkami, kurtki wisiały na drzwiach, a zimowe buty w łazience. Czułam się jak w Tetrisie, tylko że elementami byli ludzie - opowiada Maja, która razem z trzema osobami żyła na kilku metrach.
W "Kingsajzie" wszystko było proste: krasnoludki marzyły o większym świecie, bo w tym małym brakowało im miejsca do życia. Dziś nie trzeba oglądać filmu Juliusza Machulskiego, by poczuć się jak bohater tej opowieści. Wystarczy wynająć mieszkanie w dużym polskim mieście albo spróbować kupić pierwsze "M". Metraż? Często bliżej mikroskali niż standardów znanych jeszcze sprzed dekady.
- Mieszkaniami, które na rynku rozchodzą się najszybciej, są małymi metrażami w dobrych lokalizacjach. Jest to powiązane m.in. z kwestiami ekonomicznymi, takimi jak rosnące koszty życia. Wielu ludzi po prostu nie stać na większe lokum - zarówno w zakresie jego zakupu czy wynajmu, jak i późniejszego ponoszenia kosztów eksploatacyjnych - ocenia w rozmowie z Wirtualną Polską Oliwia Walentynowicz, prawniczka i ekspertka ds. nieruchomości.
Mieszkają w domu opieki. Podzielili się życiowymi radami
Czytaj też: Przyszła obejrzeć pokój. Trafiła na "casting"
"Czułam się jak w Tetrisie"
Maja Moszczyńska, była studentka, a dziś już absolwentka socjologii, wprowadziła się do mieszkania na warszawskiej Woli w 2019 roku. Była wówczas studentką drugiego roku, dorabiała w kawiarni, budżet miała napięty do granic możliwości. - To było mieszkanie, które w ogłoszeniu wyglądało zupełnie normalnie. Dopiero na miejscu okazało się, że normalne jest tylko na zdjęciach - mówi Maja.
- Mieszkałyśmy tam w cztery osoby. Cztery łóżka, jeden stół, jedna lodówka i ciągłe negocjacje, kto i kiedy może wejść do kuchni - dodaje w rozmowie z Wirtualną Polską.
- Każda z nas płaciła ok. 800 zł plus rachunki. Wtedy wydawało się, że to i tak okazja - opowiada. Pokój był "przechodni", ale w praktyce oznaczało to, że czyjeś łóżko zawsze stało komuś na drodze - wspomina.
Największym problemem nie był jednak brak prywatności, ale permanentne poczucie ciasnoty. - Nie było gdzie schować rzeczy. Walizki stały pod łóżkami, kurtki wisiały na drzwiach, a zimowe buty w łazience. Czułam się jak w Tetrisie, tylko że elementami byli ludzie - ujawnia.
Przyznaje, że z czasem zaczęła traktować mieszkanie wyłącznie jako noclegownię. - Wracałam tylko spać. Uczyłam się na uczelni albo w bibliotece, jadłam na mieście. Dom przestał być domem - podsumowuje.
"Jak w klatce"
Jeszcze mniejszą przestrzeń miała Zuzanna, 24-letnia studentka filologii. - Mój pokój miał dokładnie 5 mkw. Zmierzyłam - śmieje się. Łóżko, biurko i wąska szafa. Jak otwierałam drzwi, musiałam cofnąć się o krok, żeby się zmieścić - wspomina.
Pokój znajdował się w trzypokojowym mieszkaniu w kamienicy. Właścicielka wynajmowała każdy metr.
- Najbardziej absurdalne było jednak to, że mówiła o tym pokoju jako o "klimatycznym". I fakt - wysoka kamienica, stare okno, cegła pod tynkiem. Tylko że klimat kończył się tam, gdzie zaczynał się brak miejsca. Kiedy siadałam na łóżku, kolana dotykały biurka. To nie było mieszkanie, to był kompromis z rzeczywistością - zaznacza Zuzanna.
Najtrudniejsze były dla niej codzienne drobiazgi. - Nie mogłam rozłożyć maty do ćwiczeń. Nie mogłam zaprosić nikogo do siebie. Jak chciałam się przebrać, zamykałam drzwi i modliłam się, żeby nikt nie zapukał - wyjawia.
Dopiero po wyprowadzce zrozumiała, jak bardzo taka przestrzeń wpływała na jej samopoczucie. - Byłam ciągle zmęczona, rozdrażniona. Czułam się jak w klatce.
"Lokale po 12-18 mkw"
Agnieszka, 38-letnia specjalistka ds. HR, szukając mieszkania do kupna, zetknęła się z mikrometrażami z zupełnie innej strony. - Oglądałam lokale po 12, 14, 18 mkw. I to nie były wyjątki. Pośrednicy mówili: "idealne pod inwestycję", "świetne na start", "kompaktowe" - zauważa w rozmowie z Wirtualną Polską.
Jedno z mieszkań szczególnie zapadło jej w pamięć. - Antresola, na którą wchodziło się po drabinie. Na dole aneks kuchenny i łazienka, u góry materac - opisuje. - Cena? - Ponad 400 tys. zł - dodaje.
Nie ukrywa, że była zaskoczona nie tylko cenami, ale i narracją wokół takich lokali. - Nikt nie mówił wprost, że to za małe do normalnego życia. Raczej, że "trzeba się przyzwyczaić" - wyjawia.
- Jeden sprzedający przekonywał mnie, że mały metraż to wolność, bo mniej się sprząta i mniej kosztuje życie. Tylko nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na normalne funkcjonowanie - stwierdza Agnieszka.
Nowa "normalność"
Eksperci mówią o rosnącej popularności mikromieszkań, zwłaszcza w dużych miastach. Dla jednych to szansa na własny kąt, dla innych - symbol kryzysu dostępności mieszkań.
- Problem w tym, że zaczynamy normalizować warunki, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za tymczasowe albo skrajne. Małe staje się normą, a duże luksusem. Zastanawiam się, co w takim razie będą sprzedawać za kilka lat - zauważa Agnieszka.
Oliwia Walentynowicz tłumaczy w rozmowie z Wirtualną Polską, że trend związany z mieszkaniami jak z "Kingsajzu" przyszedł do nas z krajów zachodnich oraz Azji, gdzie cieszą się one dużą popularnością.
- W takich krajach, w związku z dużym zaludnieniem miast, ale też współczesnym stylem życia, kompaktowe mieszkania o niedużym metrażu cieszą się dużym wzięciem. W zakresie sprzedaży i wynajmu również jest to wyraźnie widoczne. Mieszkania o małym metrażu w dobrych lokalizacjach rozchodzą się najszybciej. Przy wyborze tego typu mieszkań pod uwagę często jest brany stosunek ceny do funkcjonalności - mówi.
Mimo że od 2018 roku minimalna powierzchnia, jaką według polskiego prawa musi mieć lokal mieszkalny, to 25 mkw., Oliwia Walentynowicz zaznacza, że istnieją pewne wyjątki.
- Prawo nie działa wstecz. Jeśli lokal powstał przed 2018 roku i jeszcze przed wejściem w życie wspomnianych przepisów liczył mniej niż 25 mkw. - pozostaje lokalem mieszkalnym, mimo że nie spełnia tego kryterium - tłumaczy.
Wiele osób obchodzi też prawo, nie przeprowadzając podziału od strony prawnej. - W księdze wieczystej dany lokal widnieje np. jako jedno mieszkanie o pow. 100 mkw., natomiast jest wynajmowany jako trzy osobne lokale po 30 kilka mkw. każdy, np. ze wspólnym korytarzem - zauważa prawniczka i ekspertka ds. nieruchomości.
Aleksandra Lewandowska, dziennikarka Wirtualnej Polski
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl.