Na "śledziku" puściły im hamulce. "Ubrania były porozrzucane"
Choć "śledzik" ma być z pozoru świątecznym spotkaniem dla pracowników, nie zawsze kończy się dobrze dla wszystkich. - Widziałam i słyszałam wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, co się dzieje. To był mój przełożony i dziewczyna z innego działu. Oboje po ślubach i z dziećmi - opowiada Aneta.
Firmowe wigilie, potocznie nazywane "śledzikami", zaczynają się zawsze tak samo. Zaproszenie wysłane mailem, lista obecności "mile widziana", muzyka w tle i zapewnienia, że "alkoholu będzie niewiele". W teorii ma być świątecznie, integracyjne i "bezpiecznie". W praktyce - wystarczy jeden kieliszek za dużo, by zniknęły granice, które przez cały rok są pilnowane przez pracodawcę i pracowników. Do kolejnego "śledzika".
- Najgorsze rzeczy w mojej firmie wydarzyły się właśnie na śledzikach - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Aneta, 34-letnia specjalistka ds. HR w dużej korporacji. - I to nie raz. To jest ten jeden wieczór w roku, kiedy wszyscy udają, że nie są sobą z biura. A potem i tak nimi są. Tylko pijanymi. Nagle szef przestaje być szefem, a koleżanka z open space'u staje się kimś zupełnie innym - dodaje.
"Ksiądz z osiedla" prowadzi klub. "Wszystko było totalnie wbrew logice"
"Widziałam i słyszałam wystarczająco dużo"
Aneta pamięta dokładnie sytuację z zeszłego roku. Była w połowie drugiego drinka, gdy weszła do damskiej toalety w restauracji wynajętej na firmową wigilię.
- Drzwi jednej z kabin były niedomknięte. Widziałam i słyszałam wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, co się dzieje. To był mój przełożony i dziewczyna z innego działu. Oboje po ślubach i z dziećmi - wspomina.
- Nie było w tym też nic romantycznego. - Raczej pośpiech, nerwowy śmiech, sprawdzanie, czy ktoś nie idzie korytarzem i ich nie "przyłapie" - stwierdza.
Z toalety wyszła bez słowa. Przez kolejne miesiące musiała z nimi współpracować i brać udział w spotkaniach, na których udawali, że nigdy nic się nie wydarzyło.
- Najdziwniejsze było to, że wszyscy coś czuli, ale nikt nic nie mówił - przyznaje. - W poniedziałek po śledziku atmosfera była jak po katastrofie. Cisza, spuszczone wzroki, nagle wszyscy grzeczni i ułożeni - opowiada.
Podobne sytuacje zdarzały się jednak częściej. Zdrady, które zaczynały się "od żartu", "od tańca", "od jednego kieliszka". - Śledzik to idealna wymówka. Alkohol, muzyka, poczucie, że firma daje niepisane przyzwolenie. A potem każdy wraca do swojego życia, jakby nic się nie stało - podsumowuje Aneta.
"Urwał jej się film"
Renata ma 41 lat i pracuje w administracji. O swoim śledziku mówi krótko: najgorszy wieczór w życiu zawodowym. - Pamiętam, że zaczęło się niewinnie. Lampka wina, potem druga. Ktoś zamówił wódkę "na rozgrzewkę". Pomyślałam: raz w roku można - opowiada.
Choć ona nie zaliczyła żadnej sytuacji, której mogłaby się późnej wstydzić czy mieć wyrzuty sumienia, jej koleżanka skończyła inaczej. Nie pamiętała, jak wyszła z restauracji. Rano obudziła się natomiast w innym mieszkaniu.
- Urwał jej się film. Obudziła się obok kolegi z pracy. Później mi powiedziała, że ubrania były porozrzucane. Wiedziała, że stało się coś, czego nie chciała. A najgorsze było to poczucie wstydu. I strach, że ktoś jeszcze o tym się dowie - ujawnia Renata.
Koleżanka Renaty przez kilka tygodni bała się przychodzić do pracy. Plotki rozeszły się szybko. - Ktoś widział, że ledwo stała. Ktoś inny, jak wsiadała z nim do taksówki. Śledzik to nie jest przecież prywatna impreza. Tam zawsze są świadkowie - stwierdza.
Z tego względu ona sama uważa, że firmowe wigilie z alkoholem to proszenie się o kłopoty. - Wystarczy jedna osoba, która przesadzi. A potem już nie da się cofnąć czasu - podsumowuje w rozmowie z Wirtualną Polską.
"Śledzik był momentem, w którym wszystko się posypało"
29-letnia Gosia pracowała w agencji reklamowej, gdzie śledziki słynęły z imprezy z rozmachem. - DJ, open bar, brak limitów. Wszyscy wiedzieli, że będzie "grubo" - mówi.
Podczas jednego z takich wieczorów zauważyła, że jej koleżanka z zespołu zniknęła razem z dyrektorem kreatywnym. Nic nadzwyczajnego - do momentu, gdy kilka dni później do biura przyszła jego partnerka.
- Awantura była potworna. Okazało się, że zdrada trwała od miesięcy, ale to właśnie śledzik był momentem, w którym wszystko się posypało - opowiada Gosia.
Firma próbowała zamieść sprawę pod dywan. Bezskutecznie. - Atmosfera zrobiła się wręcz toksyczna. Ludzie dzielili się na strony. Śledzik, który miał integrować, rozbił zespół - dodaje. Kilka miesięcy później zmieniła pracę. Po tym doświadczeniu już nie wierzy w "niewinne firmowe imprezy".
Psycholożka o "śledzikach"
Dlaczego właśnie na firmowych śledzikach tak często dochodzi do zdrad, przekraczania granic i sytuacji, których ludzie później żałują?
- To moment społecznie "zawieszonej normy" - tłumaczy w rozmowie z Wirtualną Polską psycholożka Joanna Nowak. - Przez cały rok w pracy funkcjonujemy w sztywnych rolach: jesteśmy profesjonalni, powściągliwi, kontrolujemy emocje i zachowania. Firmowa wigilia daje iluzję, że na chwilę te zasady przestają obowiązywać - dodaje.
Jak wyjaśnia, ogromną rolę odgrywa alkohol, ale nie jest on jedyną przyczyną. - Alkohol działa jak katalizator, ale nie tworzy zachowań od zera. On raczej obniża hamulce i pozwala wyjść na powierzchnię temu, co już wcześniej było tłumione: frustracjom, napięciu seksualnemu, potrzebie bycia zauważonym czy docenionym - oznajmia.
Istotna jest też dynamika władzy i hierarchii.
- Szef nagle tańczy obok podwładnych, pije te same drinki, żartuje. Granice formalne się rozmywają, ale psychologiczne i zawodowe konsekwencje wciąż istnieją. To bardzo niebezpieczne połączenie - mówi.
"Ludzie myślą: raz w roku mogę"
Zdaniem psycholożki, wiele osób traktuje śledzika jak "wentyl bezpieczeństwa". - Ludzie myślą: raz w roku mogę. Problem w tym, że decyzje podjęte w stanie obniżonej kontroli mają skutki: w relacjach, reputacji zawodowej, poczuciu własnej wartości - dodaje.
Joanna Nowak zwraca też uwagę na mechanizm zbiorowy. - Jeśli widzimy, że inni piją więcej, flirtują, przekraczają granice, norma przesuwa się bardzo szybko. Pojawia się poczucie przyzwolenia: skoro wszyscy, to ja też. A rano zostaje wstyd, lęk i pytanie: co ja właściwie zrobiłem? - zauważa.
W rozmowie z Wirtualną Polską podsumowuje, że śledzik sam w sobie nie jest problemem. - Problemem jest brak granic i złudne poczucie bezkarności. Firmowa impreza nigdy nie przestaje być firmowa - nawet jeśli gra DJ, a kieliszki są pełne.
Aleksandra Lewandowska, dziennikarka Wirtualnej Polski
Zapraszamy na grupę na Facebooku - #Samodbałość. To tu będziemy informować na bieżąco o wywiadach, nowych historiach. Dołączcie do nas i zaproście wszystkie znajome. Czekamy na was!
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl.