"Seksualne podziemie". Ekspert: zupełnie inna rzeczywistość
- W Polsce obserwujemy wyraźny rozdźwięk między tym, co mówimy, a tym, co robimy. O seksualności mówi się albo żartobliwie, albo wulgarnie, a najczęściej wcale. Chcemy być postrzegani jako bardzo porządni, poukładani, niemal aseksualni. Tymczasem istnieje coś, co można nazwać seksualnym podziemiem Polaków - mówi dr n. med. Dariusz Pysz-Waberski.
Agnieszka Woźniak, dziennikarka Wirtualnej Polski: Gdyby miał pan opisać jednym hasłem 2025 rok w kontekście życia erotycznego Polaków – co by to było? Jakie tematy najczęściej wracały w gabinecie? Czy coś pana zaskoczyło?
Dr n. med. Dariusz Pysz-Waberski, seksuolog i seksuolog sądowy, Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach: Nie chcę, żeby to zabrzmiało rozczarowująco, ale nie zmieniło się bardzo dużo. A to wynika z czegoś bardzo podstawowego – z braku otwartości na doświadczenie. To jest jedna z kluczowych cech osobowości, a my jako społeczeństwo nadal mamy ją słabo rozwiniętą. Mimo że żyjemy w XXI wieku, wciąż jesteśmy silnie uwikłani w wpływy religijne, kulturowe i historyczne. Seksualność nadal bywa postrzegana jako coś frywolnego, niestosownego, a nawet świadczącego źle o człowieku. Funkcjonujemy w takim trójkącie: historia i polityka, religia oraz brak rzetelnej wiedzy. A wszystko to dodatkowo przykryte wstydem.
"Chłopu trzeba dać"? To usłyszała od kobiet
Czyli oficjalnie jesteśmy zachowawczy, a nieoficjalnie?
W Polsce obserwujemy wyraźny rozdźwięk między tym, co mówimy, a tym, co robimy. O seksualności mówi się albo żartobliwie, albo wulgarnie, a najczęściej wcale. Chcemy być postrzegani jako bardzo porządni, poukładani, niemal aseksualni. Tymczasem istnieje coś, co można nazwać seksualnym podziemiem Polaków: salony masażu erotycznego, sauny, domki w górach, kluby ze striptizem. Tam dzieje się zupełnie inna rzeczywistość niż ta deklarowana.
Z jednej strony wstyd i chęć bycia niefrywolnym, z drugiej – zachowania, które temu całkowicie przeczą. To klasyczny dualizm i zniekształcenia poznawcze, których często nawet nie zauważamy. Gdybyśmy potrafili podejść do seksu z podobną swobodą jak do jedzenia – a przecież oba są popędami – bylibyśmy zdrowsi psychicznie i seksualnie. Seksualność mogłaby naprawdę rozkwitać, zamiast być wiecznie przycinana.
Mimo wszystko coś się jednak zmienia. Badania pokazują, że Polacy coraz częściej eksperymentują, na przykład regularnie praktykują seks oralny, zmieniają pozycje.
Niestety, znów muszę zacząć od minusów. Z jednej strony widzimy coraz więcej dysfunkcji seksualnych i coraz częściej dotyczą one mężczyzn. Kiedyś panowało przekonanie, że mężczyzna zawsze chce seksu i jest zawsze gotowy. Dziś coraz częściej młodzi i w średnim wieku mężczyźni zgłaszają hipolibidemię, czyli oziębłość seksualną, zaburzenia erekcji czy problemy z wytryskiem. U kobiet obniżone libido było i nadal jest częstym problemem.
Z drugiej strony, faktycznie, ludzie bardzo powoli zaczynają się otwierać. To raczkowanie w seksie: próbowanie innych pozycji, innych form stymulacji. Nie ma tu żadnego rewolucyjnego przełomu - to wciąż są podstawowe pozycje seksualne i raczej utarte schematy - ale te drobne kroki są ważne. Coraz więcej osób odkrywa, że seks może wyglądać inaczej i że różne formy dają różne doznania.
A co z bardziej tabuizowanymi preferencjami? Filmy, popkultura miały odczarować temat BDSM czy fantazji o dominacji. Udało się?
Częściowo, ale bardzo powierzchownie. Terminy takie jak masochizm czy sadyzm wciąż kojarzą się ludziom skrajnie: z przemocą, upokorzeniem, czymś potwornym. Nie rozumiemy, że w seksualności te elementy mogą mieć bardzo łagodne, bezpieczne formy. Boimy się już samych słów, a jeśli boimy się słów, to nie wprowadzamy praktyk. Wiedza jest fragmentaryczna, często oparta na popkulturze czy podcastach o różnej jakości.
Z drugiej strony – tych źródeł jest dziś znacznie więcej niż kiedyś. Przez lata była właściwie jedna książka – "Sztuka kochania" Michaliny Wisłockiej. Teraz temat seksualności jest obecny wszędzie. Seks, podobnie jak jedzenie, wymaga zmienności. Nie da się codziennie jeść tego samego i nie da się zawsze uprawiać seksu w identyczny sposób.
Wraz z nadejściem nowego roku wiele osób chce zatroszczyć się o swoją strefę seksualną. Czy seksualne postanowienia noworoczne to dobry pomysł?
Z założenia tak. Najczęściej te postanowienia dotyczą jakości relacji z partnerem, poprawy komunikacji, większej bliskości. Problem polega na tym, że od słów do czynów jest bardzo daleka droga. Mam wrażenie, że jako Polacy jesteśmy mistrzami deklaracji. Świetnie opisujemy rzeczywistość taką, jaka jest albo jaką chcielibyśmy, żeby była, ale rzadko mówimy o tym, jak konkretnie chcemy coś zmienić i kiedy. Łatwiej jest ponarzekać niż podjąć wysiłek, który być może nie przyniesie spektakularnych efektów.
A spektakularne efekty to dla nas jedyna akceptowalna wersja?
Bardzo często tak. Oczekujemy sukcesu na 100 proc. Jeśli coś miałoby zadziałać na 70, 50 czy 80 proc., to nie budzi naszego entuzjazmu. Brzmi to pesymistycznie, ale bez planu na konkretne działania i realne zmiany nic się nie wydarzy. Podczas świąt chętnie życzymy sobie zdrowia, by chwilę później miesiącami odkładać wizytę u urologa – z powodu wstydu, lęku albo zwykłego braku decyzji. Z problemami seksuologicznymi jest dokładnie tak samo. Liczymy, że same się rozwiążą.
Co tracimy, unikając rozmów o seksie i relacji?
Zaczyna się niewinnie: nuda, rutyna w sypialni. Potem pojawiają się zdrady, niekoniecznie fizyczne. Pisanie z kimś, fantazjowanie, komentowanie zdjęć, korzystanie z płatnych usług. Na końcu mamy ogólne niezadowolenie z relacji. I wtedy zaczyna się to, co żartobliwie nazywam syndromem "zupa była za słona". Pojawia się gderliwość, marudzenie, wypominanie dawnych historii sprzed 10 czy 15 lat, z dokładną datą i godziną. Emocje, których nie potrafimy nazwać wprost, sublimują się w złośliwość, w pretensje o teściową, o drobiazgi dnia codziennego. Trudniej powiedzieć "nie odczuwam satysfakcji z naszej intymności, popracujmy nad tym", łatwiej wysłać zaszyfrowany komunikat.
Gdy boli ząb, idziemy do dentysty. Gdy nie ma satysfakcji w seksie – rzadko do seksuologa. Dlaczego warto potraktować tę sferę poważnie?
Dobra i satysfakcjonująca aktywność seksualna reguluje gospodarkę hormonalną. Obniża poziom kortyzolu i adrenaliny, wpływa na prolaktynę, która hamuje różne funkcje organizmu. Wzrasta za to poziom oksytocyny, endorfin i dopaminy. Endorfiny działają jak naturalne środki przeciwbólowe, ale nie tylko na ból fizyczny. Dają też ulgę psychiczną, poczucie przyjemności i odprężenia. Dopamina sprawia, że chcemy te dobre doświadczenia powtarzać. A oksytocyna to hormon więzi. Kiedyś kojarzony wyłącznie z relacją matka-dziecko, dziś wiemy, że wydziela się w każdej bliskiej relacji. I co ważne: oksytocyna nie jest dana raz na całe życie. Działa jak paliwo w samochodzie – trzeba ją regularnie uzupełniać. Jednym ze sposobów jest dobra aktywność seksualna. Gdy seks jest satysfakcjonujący, poprawia się nastrój, obniża napięcie emocjonalne, rośnie poczucie atrakcyjności i jakości relacji. Czujemy, że jesteśmy bardziej zgrani.
Czasem noworoczne postanowienia dotyczą też ograniczenia pornografii, zmiany schematów, większej selektywności w doborze partnerów. Czy Nowy Rok faktycznie może być momentem przełomu?
Nowy Rok bywa symbolem zmiany i jeśli komuś pomaga w podjęciu decyzji, to czemu nie. Zmiana zachowań seksualnych jest trudna, szczególnie gdy mówimy o utrwalonych wzorcach pobudzenia. Bywa tak, że coś nas pobudza i daje przyjemność, ale po wszystkim pojawiają się wyrzuty sumienia i poczucie, że to nam szkodzi – psychicznie czy relacyjnie. Mogą to być fetysze, nadmierne korzystanie z materiałów erotycznych, mnogość kontaktów. Jeżeli chodzi o ograniczenie ryzykownych zachowań, chorób przenoszonych drogą płciową, unikanie praktyk, które nie dają długotrwałej satysfakcji – każdy moment jest dobry.
Na koniec – czego życzyłby pan Polakom na nadchodzący rok? Jaka jest utopijna wizja seksuologa?
Życzyłbym nam wszystkim, żebyśmy więcej doświadczali, a mniej oceniali. Innych, ale też siebie. Jeśli coś nas dziwi, spróbujmy to opisać, a nie od razu potępiać. Życzyłbym też większej ostrożności w wyborze specjalistów i odwagi w sięganiu po pomoc. Jeśli pojawia się dysfunkcja seksualna, warto zgłosić się z nią szybko, bez wstydu. Tak jak dentysta leczy zęby, a kardiolog serce, tak seksuolog zajmuje się psychiką i seksualnością. I bardzo bym chciał, żeby seksuolog był pierwszym specjalistą, do którego się idzie z problemami seksualnymi, a nie ostatnim. Szczególnie dotyczy to mężczyzn. Im szybciej, tym więcej można naprawdę naprawić.
Rozmawiała Agnieszka Woźniak, dziennikarka Wirtualnej Polski