Studenci załamują ręce. Mówią, co się dzieje z mieszkaniami
- Na jednym spotkaniu było nas 11 osób zainteresowanych tym samym pokojem. Właściciel powiedział, że odezwie się do wybranej osoby. To trochę jak konkurs, tylko nagrodą nie jest praca czy stypendium, a dach nad głową - mówi Magda. Pokoje dla studentów są coraz droższe, a ofert - coraz mniej.
Sierpień i wrzesień od lat są miesiącami studenckiej gorączki na rynku wynajmu mieszkań i pokoi. To wtedy tysiące młodych ludzi przyjeżdża do miast akademickich, a wraz z tym spotyka się z trudnościami, związanymi z wynajem. Tegoroczna sytuacja wygląda jednak jeszcze gorzej niż w poprzednich latach.
Według danych Otodom dostępność pokojów na wynajem spadła o 12 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem. Coraz rzadziej można znaleźć też coś w granicach 1000 zł miesięcznie - w Warszawie czy na Pomorzu ceny sięgają dziś pomiędzy 1,2 a 2 tys. zł. W tle pojawiają się również zjawiska, takie jak "castingi", w których właściciel wybiera najemcę nie tylko na podstawie zdolności finansowej, a m.in. stylu życia.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
"Halo Polacy". Porównała ceny w Polsce i na rajskiej wyspie. "Wynajmowałam pokój za 200 euro, teraz jest to niemożliwe"
Walka o każdy pokój
Magda Makowska, świeżo upieczona studentka Uniwersytetu Warszawskiego, już od połowy lipca szukała pokoju w stolicy. Jak wyjawia, nie wiedziała, z czym się spotyka.
- Ceny są naprawdę wysokie. Na początku myślałam, że uda mi się zmieścić w tysiącu zł, ale szybko okazało się, że w Warszawie to niemożliwe. Oferty, które widziałam, zaczynały się od 1,3 tys. zł, a za coś w lepszej lokalizacji i standardzie trzeba było dać nawet 2,5 tys. zł - mówi.
- Do tego właściciele robią coś w rodzaju "castingów". Spotykasz się z nimi, rozmawiasz, czasem pytają, czym się zajmujesz, jakie masz nawyki, czy palisz papierosy albo jak często wracasz do domu. Miałam wrażenie, że to ja muszę się przypodobać, żeby w ogóle dostać szansę na wynajem - opowiada Magda.
Studentka dodaje, że rynek jest mocno przesycony chętnymi, a właściciele wykorzystują tę sytuację. - Na jednym spotkaniu było nas 11 osób zainteresowanych tym samym pokojem. Właściciel powiedział, że odezwie się do wybranej osoby. To trochę jak konkurs, tylko nagrodą nie jest praca czy stypendium, a dach nad głową.
Porzucenie marzenia o kawalerce
Nieco inaczej wygląda sytuacja Agaty, studentki psychologii w Poznaniu. Ona marzyła o kawalerce, ale szybko musiała zweryfikować swoje plany.
- Chciałam wreszcie zamieszkać sama, bo po kilku latach mieszkania ze współlokatorami marzyłam już o ciszy i prywatności. Niestety ceny kawalerek okazały się zaporowe. Nawet te najmniejsze zaczynały się od 2,5 tys. zł plus opłaty. To dla mnie po prostu nierealne. Skończyło się na tym, że znów szukam pokoju i płacę 1200 zł plus media, a jeszcze dwa lata temu w tej samej dzielnicy miałam pokój za 900 zł - tłumaczy.
Zauważa też, że w Poznaniu część właścicieli najchętniej wynajmuje całe mieszkania grupom studentów. - Wielu znajomych próbowało wynająć mieszkania razem, w trzy-cztery osoby. Właściciele wolą taką opcję, bo mają mniej formalności i mniej ludzi do osobnego rozliczania. A dla nas to oznacza, że jeśli nie mamy grupy znajomych, zostaje nam polowanie na pojedyncze pokoje. Te znikają błyskawicznie - dodaje studentka.
"Pokoje w granicach 1000 zł praktycznie nie istnieją"
Iza, studentka architektury z Wrocławia, przyznaje, że jej poszukiwania trwały prawie dwa miesiące.
- We Wrocławiu pokoje w granicach 1000 zł praktycznie nie istnieją. To dolna granica, ale zwykle za taki pokój dostajemy naprawdę niski standard albo bardzo małą przestrzeń. Ja ostatecznie znalazłam coś za 1450 zł, co i tak uważam za kompromis, bo chciałam lepszą lokalizację. Nie mogłam sobie pozwolić na kawalerkę, bo to już koszty ponad 2,5 tys. zł miesięcznie. A rodzice nie są w stanie tyle dopłacać, więc musiałam znaleźć współlokatorów - mówi Iza.
Jej zdaniem, duże miasta akademickie są szczególnie trudnym rynkiem. - Właściciele wiedzą, że i tak znajdą chętnych. Niektórzy nawet podnoszą ceny specjalnie we wrześniu, bo wtedy studenci i tak muszą coś wynająć. Czułam się trochę jak w licytacji - kto szybciej zapłaci kaucję i "da więcej", ten wygrywa - zdradza.
Dlaczego sytuacja na rynku wynajmu wygląda tak, a nie inaczej? Oliwia Walentynowicz, prawniczka i ekspertka ds. nieruchomości, zwraca uwagę na kilka ważnych aspektów.
- Ceny wynajmu faktycznie z roku na rok rosną, natomiast nie są to - w mojej opinii duże wzrosty. To kilka proc. w skali roku. Aczkolwiek faktycznie, dla młodych osób, które mają ograniczony bądź ściśle określony budżet może to być odczuwalne - zauważa.
- W zakresie cen trzeba mieć na uwadze dwie kwestie. Po pierwsze, całkowity koszt wynajmu. Na kwotę wynajmu składają się zazwyczaj kwota dla właściciela, czyli tzw. czynsz oraz opłaty eksploatacyjne. Już samo to ma wpływ na coroczny wzrost kosztów wynajmu z uwagi na podwyżki cen mediów, które są niezależne od wynajmujących - tłumaczy Oliwia Walentynowicz.
- Drugą kwestią jest specyfika rynku lokalnego rynku, tj. w większych miejscowościach, dodatkowo akademickich, ceny są zdecydowanie wyższe niż w mniejszych miastach, w których nie ma studentów. Dla przykładu - we Wrocławiu kwota ok. 1000 zł, rozumiana jako pełny koszt wynajmu, stanowi raczej dolną granicę cenową. Często jest to też dość niski standard lub bardzo mała powierzchnia pokoju. Przy chęci wynajęcia jednoosobowego pokoju w lepszej lokalizacji i w przyzwoitym standardzie należy się liczyć z wydatkiem bliższym 1,5 tys. zł wzwyż - oznajmia w rozmowie z Wirtualną Polską.
Mniejsza dostępność pokoi na wynajem
12 proc. - o tyle według danych Otodom mniejsza jest dostępność pokojów na wynajem dla studentów w porównaniu z ubiegłym rokiem. Zdaniem Oliwii Walentynowicz, powodów jest kilka.
- Jednym z nich jest trend wśród właścicieli, którzy zamiast wynajmować mieszkanie na pokoje - a co za tym idzie podpisywać kilka umów, rozliczać rachunki i zajmować się wszelkimi kwestiami z kilkoma osobami na raz - wolą wystawić takie mieszkanie na wynajem jako całość. Wiąże się to z mniejszym zaangażowaniem po ich stronie i nierzadko z mniejszą rotacją po stronie najemców - mówi ekspertka.
- Z drugiej strony, wielu studentów także woli poszukać w pierwszej kolejności mieszkania wraz ze znajomymi, a opcje wynajmu pokoju pozostawiają jako "awaryjną". W przypadku wynajmu można powiedzieć, że "sezon" trwa od lipca do września, co oznacza, że nie wiemy jeszcze dokładnie, jak sytuacja rozwinie się przez wrzesień. Niektórzy właściciele wykorzystują okres wakacyjny na remonty i odświeżenia. Poza tym, mając świadomość, że we wrześniu podaż będzie dużo mniejsza, decydują się właśnie wtedy wejść na rynek ze swoją ofertą z wyższą ceną - stwierdza Walentynowicz.
Jak podsumowuje, główne zainteresowanie wciąż budzą u studentów kawalerki. - W wielu wypadkach może być to związane z chęcią poczucia niezależności. Przy ograniczonym budżecie dla młodych osób to 400 lub 500 zł miesięcznie pomiędzy kawalerką a mieszkaniem dwupokojowym może stanowić zdecydowaną różnicę.
- Kawalerki są chętnie wybierane z uwagi na to, że dają wolność i niezależność. Nie trzeba się przejmować, kto zamieszka w pokoju obok, czy będzie cicho i czysto. Są także najlepszą opcją dla singli. Cena jest zawsze powiązana z popytem. Myślę, że jest to też pewien trend kulturowy i duch naszych czasów, że stajemy się coraz bardziej indywidualni i cenimy sobie prywatność. Stąd właśnie tak wiele osób woli wynająć mniejsze mieszkanie, ale "własne" na swoich zasadach - mówi Walentynowicz.
Aleksandra Lewandowska, dziennikarka Wirtualnej Polski