Szokujący proceder w Gruzji. "Matkom mówiono, że dziecko zmarło"
- Matkom biologicznym mówiono, że dzieci zmarły. Rodzicom adopcyjnym też często sprzedawano kłamstwo - wielu z nich myślało, że płaci za przyspieszenie formalności, a nie za skradzione dziecko. No i finalnie same dzieci, którym skradziono tożsamość - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Jowita Baraniecka, reżyserka dokumentu "Skradzione dzieci".
Przez kilka dekad w gruzińskich szpitalach położniczych matkom wmawiano, że ich dzieci zmarły po porodzie - a potem wręczano im zamknięte trumny, których nie wolno było otwierać. Po latach odkryto, że noworodki sprzedawano, a dokumenty - fałszowano albo niszczono. O dramacie rodzin, o ścianie milczenia instytucji i o tym, co może zmienić film dokumentalny "Skradzione dzieci", opowiadają dziennikarka Tamuna Museridze – która nagłośniła sprawę – oraz reżyserka Jowita Baraniecka.
Aleksandra Zaborowska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Tamuno, kiedy po raz pierwszy poczułaś, że w historii twojej rodziny coś się nie zgadza?
Tamuna Museridze: To było w 2016 roku, gdy zmarła moja mama. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że zostałam adoptowana. Najbardziej uderzyła mnie reakcja rodziny i znajomych moich rodziców – stali się wobec mnie wrodzy, zachowywali się bardzo dziwnie. To właśnie to popchnęło mnie do szukania odpowiedzi. Potem znalazłam dokumenty, w których nie zgadzała się moja data urodzenia i zaczęłam drążyć.
A potem przyszła pandemia. Ludzie siedzieli w domach, a ja założyłam w mediach społecznościowych grupę dla poszukujących swoich biologicznych rodzin, do której zaczęli dołączać kolejni. Coraz więcej osób opisywało swoje historie – na początku anonimowo, bo w Gruzji adopcja cały czas jest tematem tabu. Zauważyłam jednak skalę: okazało się, że adoptowanych dzieci, a dziś dorosłych, jest bardzo dużo. Wielu z nich dowiadywało się o tym właśnie po śmierci rodziców, byli skołowani co do swojego pochodzenia i tożsamości. Tyle że wtedy jeszcze nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, że część z nich mogła zostać… po prostu skradziona.
Toksyczny przekaz z dzieciństwa. Rujnuje pewność siebie
Kiedy dotarło do ciebie, że może chodzić o zjawisko masowe, wręcz systemowe - co było najtrudniejsze: zdobywanie dowodów, rozmowy z ofiarami, a może zderzenie z instytucjami?
T.M: Najtrudniejsze było zdobywanie dowodów. Matkom mówiono, że ich dzieci zmarły i zostały pochowane "gdzieś przy szpitalach", na cmentarzach, w konkretnych miejscach. Zaczęliśmy jeździć do szpitali położniczych, szukać tych cmentarzy, sprawdzać dokumenty. Najczęściej słyszały, że dokumentacja zaginęła, spłonęła albo jeszcze inne wymówki. Potem jeździliśmy po cmentarzach, gdzie okazywało się, że nigdy nie było żadnego wydzielonego miejsca dla noworodków. Te kobiety ponownie przeżywały wtedy dramat.
Jak to wyglądało w praktyce? Matkom wydawano puste trumny?
T.M: Nie zawsze, ale bywało, że tak. Część matek, które nie wierzyły lekarzom albo żądały wydania ciała, dostawało polecenie, żeby przynieść trumnę do szpitala. Personel obiecywał, że "wszystko załatwi" – zamykano trumnę, a matkom mówiono, że nie wolno jej otwierać, bo ciało jest w bardzo złym stanie. Straszono je: "jeśli na to spojrzysz, będziesz widziała ten obraz do końca życia w snach".
Dziś już wiesz, że niektóre rodziny zdecydowały się po latach otworzyć trumny... Co tam znaleźli?
T.M: Przeważnie były one puste, ale znam też historię bliźniąt, w której rodzice, poproszeni o coś do złożenia ciał, przynieśli duży kufer. Następnie rodzina zakopała go w swoim ogrodzie. Dwa lata temu siostry tych bliźniąt otworzyły ten kufer, ale w środku były tylko... gałęzie. Rodzina zgłosiła sprawę służbom, śledztwo trwa, ale odpowiedzi nadal brak. To straszne, bo możliwe, że nigdy ich nie doczekają.
Jowita Baraniecka: Dla mnie najstraszniejszą częścią tej historii jest fakt, że wszystkie trzy strony zostały tu oszukane. Matkom biologicznym mówiono, że dzieci zmarły. Rodzicom adopcyjnym też często sprzedawano kłamstwo - wielu z nich myślało, że płaci za przyspieszenie formalności, a nie za skradzione dziecko. No i finalnie same dzieci, którym skradziono tożsamość.
Czyli nie mówimy tylko o przestępstwie, ale może przede wszystkim o ogólnospołecznej traumie.
J.B: Tak – i to traumie na masową skalę. Dziś wszystkie matki, które usłyszały, że ich dziecko zmarło przy porodzie, żyją w zawieszeniu. Myślą: "a jeśli jednak dziecko gdzieś jest i żyje?". To tragiczne.
Tamuno, wrócę do wątku weryfikacji. Jak w ogóle można potwierdzać fakty przy tak ograniczonych "twardych" dowodach?
T.M: Gdy matki usłyszały o moim dochodzeniu i grupie, same zaczęły chodzić do szpitali położniczych i urzędów, żeby szukać informacji o porodach. A tam okazywało się, że nie ma nawet dokumentu poświadczającego, że urodziły jakiekolwiek dziecko. Zdarzało się, że słyszały: "Jesteś szalona, nigdy nie rodziłaś, kłamiesz". To przerażające. Lata temu usłyszały, że ich dziecko nie żyje, a teraz - że w ogóle nie istniało. Próbowano z nich zrobić osoby niestabilne psychicznie, niepoczytalne.
W pewnym momencie musieliśmy iść do ministerstwa po pomoc. Usłyszeliśmy: "Tak, to jest problem. Tak, takie sytuacje miały miejsce. Prowadzimy śledztwo". Mamy dokumenty, podpisy, konkretne dowody - ale mimo to, wciąż nie ma odpowiedzi.
Które historie były dla ciebie osobiście najtrudniejsze?
T.M: Jedna z pierwszych spraw, gdy chłopiec został skradziony, a jego matka adopcyjna wyznała prawdę: wskazała lekarza, ale nie wiedziała nic więcej. Dotarliśmy do lekarza – podał imię i nazwisko matki biologicznej i przyznał, że wmawiano jej śmierć dziecka. Najbardziej tragiczne było jednak to, że dramat nie skończył się w momencie odnalezienia. Matka biologiczna zdecydowała, że chce być obecna w życiu dziecka, ale przecież matka adopcyjna też nie zamierzała z niego rezygnować. I chłopiec zaczął żyć między dwiema matkami. Był emocjonalnie rozrywany na pół.
Jowito, pracując z traumą, trzeba podejmować trudne decyzje: co pokazać, a czego nie. Czy były historie, które uznałyście za zbyt bolesne do filmu?
J.B: Bardzo dużo o tym rozmawiałyśmy w montażu. Wśród kobiet, które spotkałyśmy, była też jedna, która powiedziała, że straciła czwórkę dzieci w ciągu kilku lat. Nie wiadomo, w jaki sposób je straciła, nie wiadomo czy i które padły ofiarą procederu, ale właśnie ta niewiedza jest dla matki najgorsza. Mimo wszystko, z perspektywy twórczyń, wiedziałyśmy, że nie możemy pokazać każdej pojedynczej historii. Zdecydowałyśmy się na historię bliźniaczek, ale i osobistą historię Tamuny – żeby oddać skalę, pokazać kawałek "ludzkości", a jednocześnie nie przytłoczyć widza. Ale my wiemy, że tych historii mogą być tysiące.
Czy kobiety, którym kradziono dzieci, były wybierane przypadkowo, czy istniał profil tych najbardziej narażonych na objęcie procederem?
T.M: W większości przypadków – losowo, ale zdarzało się, że dzieci były "rezerwowane". Wielu rodziców adopcyjnych chciało, żeby dziecko było do nich podobne, bo nie chcieli, żeby ktokolwiek domyślił się adopcji. Jeśli matka adopcyjna miała rude włosy, prosili o dziecko, którego biologiczna matka też była ruda. Za konkretne cechy trzeba było dopłacić.
Skala tabu, o którym mówisz, jest dla mnie szokująca. Skąd w Gruzji taki lęk przed prawdą o adopcjach?
T.M: Jesteśmy patriarchalnym społeczeństwem. Latami było tak, że jeśli kobieta nie zachodziła w ciążę szybko po ślubie, to stawała się źródłem problemu. Rodzina woziła ją po lekarzach – ale już mężczyzn nikt nigdy nie badał. Adopcje organizowano tak, aby jak najmniejsza liczba osób wiedziała, że coś jest "nie tak". Zdarzało się, że kobiety udawały ciążę i nosiły poduszki pod sukienkami. To wynikało z braku edukacji, z podejścia w czasach socjalizmu, gdy nikt nie zajmował się psychologią dziecka czy rodziny. Co gorsza, z biegiem czasu finalnie wszyscy dowiadywali się o adopcji – poza samym dzieckiem. W mojej klasie była szóstka adoptowanych dzieci – w tym ja. Wiedzieliśmy o sobie wzajemnie… ale żadne z nas nie wiedziało, że jest adoptowane.
Jak się czułaś, kiedy sama to odkryłaś?
T.M: Na początku czułam ogromne poczucie winy wobec rodziców adopcyjnych. A potem ta wina rosła, bo od rodziny słyszałam: "Jesteś niewdzięczna, jak możesz szukać rodziców biologicznych, przecież cię sprzedali". Nie rozumiałam, dlaczego ludzie mówią do mnie w ten sposób. Potem poczułam złość, bo nie mogłam zrozumieć, dlaczego wszyscy dookoła wiedzieli i nikt mi nie powiedział. Ale tak naprawdę, gdy już poznałam prawdę, wszystkie drobne elementy zaczęły składać się w całość. Przypomniało mi się na przykład, że gdy miałam 14 lat, sąsiadka powiedziała mi, że jestem adoptowana. Mama stwierdziła: "To wariatka, nie wierz jej". I nie uwierzyłam.
Jak zareagowały instytucje i system, kiedy zrozumiały, że temat nagłaśniasz, a potem - że powstaje film?
T.M: Nie zareagowały. Ignorują nas. Udają, że nie istniejemy - że nie słyszą i nie widzą.
Jowito, a ciebie – jako twórczynię – co poruszyło najbardziej?
J.B.: Pamiętam jedną kobietę ze szpitala w Gori. Miała może 50-60 lat. Patrzyłam na nią i z jednej strony widziałam dorosłą kobietę, a z drugiej - zranione dziecko. Nie dawała nam wielu szczegółów, nie opowiadała długo, ale drżała, płakała. Pamiętała imię syna, twarz... Pomyślałam wtedy, że oszukanie i potraktowanie w ten sposób kobiety w tak wrażliwym momencie jej życia, przy porodzie, gdy oczekuje dziecka, to okrucieństwo.
To było dla nas bardzo mocne – tym bardziej, że to był pierwszy dzień zdjęciowy. Tamuna słyszy takie historie codziennie, my wtedy dopiero wchodziłyśmy w ten świat. Mamy doświadczenie w opowiadaniu historii ludzi – szczególnie kobiet, z programu "Kobieta na krańcu świata" – i wiemy, że nie trzeba pokazywać wszystkiego. Zawsze zadajemy sobie pytanie: komu ma to służyć? Pewnie, emocje zawsze można "podkręcić", tylko należy pamiętać, że to, co dla nas jest tylko filmem, odległą rzeczywistością, dla kogoś jest codziennością.
Zastanawia mnie w tym wszystkim rola rodziców adopcyjnych. Jedni wiedzieli, że coś jest nie tak, a inni nie – ale może podejrzewali? Tamuno, czy znasz też historie opowiedziane od strony tych ludzi?
T.M: Tak, jest choćby sprawa, którą bada teraz ministerstwo - mężczyzna z Kanady szukał biologicznych rodziców swojego adoptowanego dziecka. Dotarliśmy do rodziny, zrobiliśmy testy DNA i okazało się, że to prawda. Wtedy odkryliśmy też większą skalę wywozu dzieci za granicę – używano paszportów sąsiadów czy krewnych, a dzieci wpisywano jako ich potomstwo. Kiedy kanadyjscy rodzice adopcyjni się o tym dowiedzieli, poprosili nas, żebyśmy się odsunęli. Bali się, że zrobią coś, za co grozi surowa kara lub więzienie – choć dziś w Gruzji nikt nie będzie ich za to karał. Mimo to, nie chcą z nami kontaktu.
To jakiej pomocy ofiary tego procederu potrzebują dziś najbardziej?
T.M: Matki potrzebują odpowiedzi. Gdyby ktoś otworzył archiwa szpitali położniczych i powiedział wprost: "w tym przypadku dziecko zmarło, w tym - żyje", to byłoby dla wielu kobiet uwolnienie od życia w zawieszeniu. A my, osoby adoptowane, potrzebujemy bazy DNA. W Gruzji jej nie ma. Kupujemy zestawy do badań w USA, wysyłamy próbki do laboratoriów, żeby trafić do zagranicznych baz. Ale kilka miesięcy temu powiedziano nam, że "nie mamy prawa" odsyłać tych zestawów do laboratorium.
Jowito, a z twojej perspektywy? Jaki efekt chciałaś osiągnąć tym filmem?
J.B: Przede wszystkim: im więcej osób dowie się o sprawie, tym więcej wykona testy DNA. To realnie może prowadzić do kolejnych odnalezień. Film cieszy się bardzo dobrymi wynikami oglądalności w Gruzji. Może wśród widzów jest ktoś, kto od lat ma wątpliwości i właśnie teraz zrobi test. Ale ten film jest też o naszych bliźniaczkach – o tym, jak żyje się z taką historią i jak sobie z nią radzić. Dzięki nim innym osobom łatwiej jest dziś nawiązywać kontakt, rozmawiać z biologiczną rodziną, szukać bez wstydu. I choć nie wszystkie historie mają szczęśliwe zakończenia, uważam, że każdy zasługuje na prawdę - jeśli jej chce.
Czy jest szansa, by ta sprawa poszła wyżej - choćby do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka?
T.M: Nie możemy iść do instancji europejskich, dopóki sprawy nie przejdą przez gruziński sąd. Najbardziej tragiczne jest to, że wiele matek boi się pójść do sądu. Są zastraszone przez system.
J.B: I ja mam przez to w sobie mało optymizmu, jeśli chodzi o "sprawiedliwość" rozumianą jako wyroki. Tam trwa zmowa milczenia. Wiele osób, które mogły być w to zamieszane, już nie żyje. Myślę, że naszym największym osiągnięciem będzie faktycznie to, że kolejne rodziny się odnajdą. To może być jedyna sprawiedliwość, do której uda nam się dojść.
T.M: Każdy ma prawo znać prawdę o swojej tożsamości i pochodzeniu. I bardzo szanuję wszystkich, którzy mają gotowość, by tej prawdzie spojrzeć w oczy - bo to wymaga ogromnej odwagi.
Rozmawiała Aleksandra Zaborowska, dziennikarka Wirtualnej Polski
Zapraszamy na grupę FB - #Wszechmocne. To tu będziemy informować na bieżąco o terminach webinarów, wywiadach, nowych historiach.
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl.