Poroniła w szpitalu. "Trzeba było myśleć, a nie nogi rozkładać"
– Poroniłam w 12. tygodniu ciąży. Od lekarza usłyszałam, że szczątki mojego nienarodzonego dziecka trzeba wyrzucić do kosza – opowiada Magdalena Matraszek, która swoje graniczne doświadczenia opisała w książce "Wszystko jest OK". Poronienie, dwa porody i aborcja nie były dla niej najtrudniejsze same w sobie – największą ranę zostawiły słowa lekarzy, brak empatii i system, który odbiera kobietom głos w najintymniejszych momentach życia.
Ewa Podsiadły-Natorska, Wirtualna Polska: Poronienie, porody, aborcja – wokół tych doświadczeń buduje pani swoją opowieść. Kiedy zrozumiała pani, że największym źródłem traumy okazał się sposób, w jaki panią w tych sytuacjach potraktowano?
Magdalena Matraszek: Największym źródłem traumy okazało się dla mnie zdanie, które wywołało u mnie zespół stresu pourazowego (PTSD) i nieodwracalnie zmieniło moje życie, a które padło z ust ordynatora oddziału ginekologicznego – lekarza, który składał przysięgę niesienia pomocy innym.
Co powiedział?
Poroniłam w 12. tygodniu ciąży; usłyszałam wtedy od niego, że szczątki mojego nienarodzonego dziecka trzeba wyrzucić do kosza. I faktycznie, na moich oczach to zrobiono. Dopiero dwanaście lat później podczas samoistnego poronienia czwartej ciąży zrozumiałam skalę przemocy, której wcześniej byłam ofiarą. Wtedy trafiłam na empatyczny, "ludzki" personel, jednak 12 lat wcześniej nie tylko nie otrzymałam żadnego wsparcia i nie udzielono mi żadnych informacji – np. o prawie do pochówku – ale wręcz od lekarza przyjmującego mnie na oddział w nadmorskim szpitalu usłyszałam, że… poronienie to moja wina.
Andziaks pokazała swój poród w sieci. Co o tym sądzą Polacy?
Skąd ten pomysł?
Zasugerował on, że "normalna kobieta" w ciąży nie jedzie 600 km na wakacje. Do wyjazdu zachęcała mnie moja ginekolożka – twierdziła, że jod dobrze robi na ciążę. Lekarz dyżurujący, który przyjmował mnie na oddział, kiedy zaczęłam krwawić, uznał, że "dziecko wytrzęsło się w aucie". I że "trzeba było myśleć, a nie nogi rozkładać". 12 lat później po ponownym poronieniu samoistnym te wszystkie zamrożone w moim ciele i umyśle wspomnienia powróciły – razem ze strachem, paraliżującym poczuciem braku sprawczości oraz braku kontroli nad własnym życiem.
Sceny ze szpitala bardzo mocno wybrzmiewają w pani książce: bezosobowe komunikaty, brak empatii, naganne komentarze lekarzy. Bardziej bolesna okazała się utrata ciąży czy sposób, w jaki panią wtedy potraktowano?
Zdecydowanie to drugie. Ze stratą można się pogodzić, jest przecież naturalną częścią życia, nierozerwalnym jego elementem. Nie na wszystko, co nam się przytrafia, mamy wpływ, ale mamy na to, jak zareagujemy i co pozwolimy, aby to doświadczenie zrobiło z nami. Co innego jednak, gdy dochodzi do naruszeń, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Nie zapomnę chwili, kiedy po poronieniu w szpitalu podczas porannego obchodu lekarz określił moją sytuację jako "porażkę ciążową". Przemoc szpitalną trudno mi zrozumieć, a tym bardziej ją zaakceptować; budzi mój głęboki, pierwotny sprzeciw i niezgodę, by ją przemilczeć. Jest gwałtem na moim poczuciu godności jako kobiety, pacjentki i jako człowieka.
Jedno z najmocniejszych zdań w pani książce brzmi: "Kobieta ma prawo godnie rodzić i godnie ronić". Co według pani najbardziej odbiera Polkom godność po stracie ciąży?
Polski system opieki zdrowotnej stawia pacjenta w nierównej relacji z lekarzem – tym bardziej, jeżeli pacjentem jest kobieta. Jesteśmy traktowane z góry, często bezosobowo i bez szacunku. W naszym społeczeństwie nadal panuje przyzwolenie na przekroczenia ze strony lekarzy, bo przecież "pan doktor wie lepiej". Nasza mentalność i system determinują postawę zarówno lekarzy, jak i pacjenta. Już samo zwracanie się do pacjentek i pacjentów w trzeciej osobie – np. "Ubierze się, odwróci" – jest karygodne.
Pisze pani o doświadczeniach granicznych dla kobiecego ciała oraz psychiki. Czy aborcja była dla pani doświadczeniem bardziej samotnym niż poronienie lub poród?
Wszystkie te doświadczenia okazały się w dużym stopniu samotne i nie byłoby w tym nic złego, gdyby była to samotność z wyboru. Niejedna kobieta wolałaby przeżyć poronienie czy aborcję w zaciszu swojego domu z kimś bliskim u boku. Problem pojawia się, gdy to nie my decydujemy. Tabu, które narosło wokół aborcji, pozostawia kobiety w całkowitym osamotnieniu i jednoczesnym lęku przed wykluczeniem społecznym. Boimy się porozmawiać z rodziną, poprosić o pomoc. Obawiamy się niezrozumienia, ocenienia, stygmatyzacji.
Również poród w polskim szpitalu, który z założenia powinien być radosnym przeżyciem, jest bardzo samotnym doświadczeniem. Lekarze na porodówce na pytania zazwyczaj odpowiadają zdawkowo, jeżeli w ogóle. Pielęgniarki częściej fukają i wywierają presję, niż pomagają. Tak nie powinno być.
A pani swoje porody jak wspomina?
Jak większość kobiet, które urodziły dzieci, wypieram wspomnienie porodu i staram się skupić na pozytywnych stronach macierzyństwa. Natura sprytnie to zresztą wymyśliła – kobieta po porodzie ma tak ogromny wyrzut hormonów szczęścia właśnie po to, by wymazać z pamięci cierpienie. W moim przypadku okazało się, że nie toleruję prawidłowo podawanego leku przeciwbólowego po porodzie. W efekcie mdlałam z bólu. I choć zostało to odnotowane w karcie pacjenta po pierwszym porodzie, to po drugim sytuacja się powtórzyła. Nikt mnie nie słuchał, gdy mówiłam, że tramal na mnie nie działa, bo po co słuchać pacjentkę. Lekarz wie lepiej.
Nie mam wątpliwości, że to jednak poronienie jest osnute najgorszą ciszą i samotnością – tą, która ma swoje korzenie we wstydzie i poczuciu gorszości. Jest synonimem porażki, a my nie lubimy trzymać z przegranymi.
Wróćmy jeszcze na chwilę do aborcji. Pamięta pani pierwszą osobę, której o tym opowiedziała – albo świadomie postanowiła o aborcji nie mówić?
Na temat aborcji farmakologicznej, na którą zdecydowałam się w szóstym tygodniu swojej czwartej ciąży, bardzo długo z nikim nie rozmawiałam. Nie znajdowałam właściwych słów, obawiałam się cudzych reakcji. Odzywał się we mnie wstyd, który nie był mój. Uświadomienie sobie tego, dostrzeżenie, że reaguję nie swoimi emocjami, było przełomowe w podjęciu decyzji o upublicznienia mojej historii. Książka "Wszystko jest OK" zrodziła się właśnie z mojej wewnętrznej niezgody wobec obowiązującego w Polsce systemu i z przekonania, że najpewniej ta niezgoda jest uniwersalna.
Patrząc z perspektywy czasu i drogi, którą pani przeszła: czy te wszystkie doświadczenia zmieniły sposób, w jaki myśli pani dziś o swoim ciele, granicach i prawie do decydowania o sobie? A o ludziach?
Na pewno nauczyłam się lepiej słuchać i rozumieć swoje ciało, respektować jego granice. Z punktu widzenia czysto fizycznego – znacznie obniżył mi się poziom bólu. Może wyczerpałam limit cierpienia, zakładając że każdy rodzi się z jakimś swoim indywidualnie skonfigurowanym limitem? Dziś najważniejsza jest dla mnie wolność i autentyczność.
Zawsze tak było, ale nie zawsze miałam tego świadomość. Czasami, gdy jakieś zdarzenie naruszało moją wolność albo nie pozwalało na szczerość, czułam dyskomfort, którego nie rozumiałam; nie umiałam go nazwać ani zidentyfikować jego źródła. Dopiero doświadczenie poronienia, porodu i aborcji pozwoliło mi ugruntować te wartości w sobie. Teraz świadomie odrzucam sytuacje, relacje, zależności zawodowe oraz prywatne, które ograniczałyby moją wolność i autentyczność. W książce wielokrotnie powtarzam i powtórzę to też tutaj: gdy nie wiesz, co wybrać – wybierz siebie. Zawsze wybieraj siebie.
Dla Wirtualnej Polski rozmawiała Ewa Podsiadły-Natorska