Trwa ładowanie...

"Światoholicy" z Polski odwiedzili już ponad 70 krajów

Nie wyobrażają sobie urlopu na leżaku, przy basenie, są zawsze w ruchu. W ciągu prawie trzech dekad odwiedzili prawie 70 krajów, do niektórych chętnie wracają, ale są też miejsca, których nie zamierzają na razie odwiedzać. Już szykują się do kolejnej wyprawy.
Aleksandra i Jacek Pawliccy, na co dzień dziennikarze „Newsweeeka”, mówią o sobie „światoholicy” , bo ich największą pasją jest poznawanie świata. O tym opowiadają w rozmowie z Wirtualną Polską.

"Światoholicy" z Polski odwiedzili już ponad 70 krajówŹródło: Archiwum prywatne, fot: Jacek Pawlicki
d16048d
d16048d

„Podróże to poznawanie. Siebie i innych” - tak piszecie w swojej najnowszej książce „7 razy świat”. Kontakt z ludźmi jest nieodłącznym elementem waszych wypraw?

Jacek: To bardzo ważne, bez tego nie da się poznawać świata. Ja w czasie podróży robię zdjęcia, więc trzeba zagadnąć, poprosić o zgodę. W wielu krajach dochodzi problem językowy, potrzebny jest więc przewodnik, tłumacz. Gdy już możemy rozmawiać, zaczynamy się do siebie zbliżać, poznawać się, dochodzi czasem do ciekawych sytuacji. Gdy w Wietnamie spotkaliśmy się z plemieniem Dao, Oli towarzyszyła na trasie przewodniczka, która cały czas o coś ją pytała: jak czeszesz włosy, ile masz dzieci, ile masz psów, czy jesz psy?

Aleksandra: … ja na to, że nie jem psów. Byliśmy akurat w drodze na kolację i strach nas obleciał, bo nie wiedzieliśmy, czym nas nakarmią gospodarze. Na szczęście tego dnia nie serwowano psiny, ale widzieliśmy zamknięte w klatkach małe pieski, hodowane tam jak u nas prosiaki.

J: W podróży staramy się spróbować właściwie wszystkiego, wychodzimy z założenia, że skoro jedzą to gospodarze, nam też nie powinno zaszkodzić. W dorzeczu Mekongu musieliśmy sami zrobić sobie sajgonki, przebywając w Tybecie próbowaliśmy herbaty z dodatkiem mąki i masła. Bywa dziwnie i zaskakująco, ale zwykle to ciekawe doświadczenie.

A: Z wyjazdów zawsze przywozimy różne smakołyki. Po powrocie organizujemy ucztę dla naszych znajomych. Chcemy im przybliżyć choć trochę miejsca, które nas zachwyciły. Takim krajem jest na pewno Japonia. Tamtejsza kuchnia, a nie zabytki i kwitnąca wiśnia, oczarowały nas najbardziej. Japońskie potrawy to prawdziwe dzieła sztuki, zachwycające miniatury. Jedna z kolacji, na które nas zaproszono, trwała około trzech godzin, prawdziwe misterium.

d16048d

J: Takie misteria, ceremonie, obserwowaliśmy wiele razy. Na przykład tradycyjne parzenie herbaty. Normalnie zajmuje to kilka godzin, nam pokazano skróconą wersję - jakieś półtorej godziny. Każdy najdrobniejszy gest miał znaczenie, mieszano, podnoszono, przesuwano. Nie każdy potrafi to docenić, zachwycić się. My chcemy zagłębiać się w temat, dlatego dużo czytamy, przygotowujemy się do naszych podróży, dokładnie wszystko planujemy.

Aleksandra i Jacek Pawliccy Jacek Pawlicki
Aleksandra i Jacek Pawliccy Źródło: Jacek Pawlicki, fot: Jacek Pawlicki

Czy zawsze wiecie, czego możecie spodziewać się w dalekim, nieznanym kraju?

J: Dużo ważnych informacji przekazują nam przewodnicy, ludzie, którzy pomagają nam na miejscu. Wiedzieliśmy na przykład, że w Etiopii, na spotkanie z Mursi, trzeba pojechać z uzbrojoną ochroną. Mursi to wojownicy, noszą kałasznikowy, widok broni nikogo tam nie dziwi. Ale czuliśmy się tam bezpiecznie, Etiopczycy byli dla nas bardzo mili.

Macie jakieś nieprzyjemne wspomnienia z podróży? Coś, co do dziś wydaje się niezwykle dramatyczne i wywołuje nienajlepsze skojarzenia.

A: Nawet jeśli bywało niebezpiecznie, to po latach myślimy o tym pozytywnie. I nie mamy niemiłych wspomnień. W Bhutanie zaskoczyło nas trzęsienie ziemi. Krótko po nim szliśmy na górską wspinaczkę, oczywiście było nerwowo, bo nie wiedzieliśmy, co nas czeka na górze, ale wszystko dobrze się skończyło. W Indiach wjechaliśmy samochodem na zatłoczony targ i nagle, w jednej chwili, otoczył nas napierający ze wszystkich stron tłum ludzi. Nawet nasz kierowca był przerażony, pokonanie odległości trzystu metrów zajęło nam półtorej godziny, myśleliśmy, że nigdy się stamtąd nie wydostaniemy.

d16048d

J: Nie spodziewaliśmy się też huraganu na Hawajach, okazało się, że trzeba było przeżyć noc z potężnymi porywami wiatru. Właścicielka domu, w którym mieszkaliśmy, ostrzegała, żeby nie wychodzić na zewnątrz, bo spadające z drzew kokosy mogą zabić.

A: Takich dramatycznych sytuacji przeżyliśmy sporo, ale za każdym razem wychodziliśmy z nich cało. Po prostu trzeba przestrzegać instrukcji, słuchać komunikatów. W takich chwilach wytwarza się jedność z ludźmi, mamy nagle wspólny cel – przetrwać trudny czas.

Czego najbardziej boicie się w czasie wyjazdów?

J: Najbardziej obawiamy się o zdrowie. Szczególnie ważne jest to w krajach afrykańskich, zwłaszcza w rejonach, gdzie nie ma opieki zdrowotnej z prawdziwego zdarzenia. Gdy byliśmy w Etiopii, nasz bliski przyjaciel – zresztą lekarz – zachorował i był bliski sepsy. Okazało się, że dostępny tam „doktor” leczył zarówno ludzi, jak i zwierzęta, a robił to w warunkach trudnych do wyobrażenia , więc chory nie miał ochoty oddawać się w jego ręce. Leczyliśmy go sami, w końcu chorowała już cała nasza grupa, okazało się, że europejskie żołądki nie poradziły sobie z tamtejszą dietą.

Potrafilibyście pojechać na urlop bez planu zwiedzania, po to tylko, by poleżeć na plaży albo przy basenie?

A: Nawet próbowaliśmy (śmiech). Ale to zawsze kończyło się zmianą planów. Kiedyś jechaliśmy na Hawaje i chcieliśmy przy okazji zatrzymać się na Malediwach. Omawialiśmy już szczegóły i nagle dotarło do nas, że nic z tego nie będzie, po dwóch dniach nie będziemy tam mieli co robić.

d16048d

J: Często zostawiamy sobie na koniec podróży jakiś czas na wypoczynek, ale to nigdy nie jest leżenie.

A jak wygląda wasz powrót do Polski po kilku tygodniach spędzonych daleko od domu?

A: Zawsze dostajemy obuchem w głowę. Zdarzyło mi się jechać prosto na wywiad, bo był środek tygodnia i musiałam szybko przygotować materiał do bieżącego wydania.

J: Staramy się na wyjeździe nie śledzić krajowych wydarzeń, ale z urlopu wracamy natychmiast do pracy, więc od razu jest twarde lądowanie. Ale nikt nam nie odbierze tego, co przeżyliśmy na wyjeździe, mamy swój świat, swoją emigrację wewnętrzną.

A: Na co dzień jest nam też łatwiej pracować, bo w podróży ładujemy sobie baterie. No i mamy nasze wspomnienia. Podróże to czas odzyskany.

Pogranicze Ruandy i Ugandy, wioska Pigmejów Batwa. Gdy mieszkańcy chcą wyrazić wdzięczność i radość, zaczynają tańczyć Jacek Pawlicki
Pogranicze Ruandy i Ugandy, wioska Pigmejów Batwa. Gdy mieszkańcy chcą wyrazić wdzięczność i radość, zaczynają tańczyć Źródło: Jacek Pawlicki, fot: Jacek Pawlicki

Podróżowanie po świecie otwiera na innych ludzi i zapewne zmienia także sposób patrzenia na nich. Jak zapatrujecie się na kwestię migracji, co myślicie o obecnym kryzysie z uchodźcami?

J: Na pewno nie patrzymy na uchodźców jak na obcych. Nie zgadzamy się ze stanowiskiem rządu, który odmawia ich przyjmowania. Jesteśmy ksenofobicznym, zamkniętym społeczeństwem, dotąd to nam pomagano. Teraz inni potrzebują wsparcia, a my widzimy tylko problemy. To smutne.

d16048d

A: Jako społeczeństwo nie potrafimy się dzielić, nie widzimy w drugim człowieku człowieka.

J: Niechlubną rolę odgrywa tu Kościół, niby apeluje o otwieranie serc, ale nie na „obcych”.

Można to jakoś zmieniać?

A: Ważnym elementem jest edukacja. Można uczyć tego w szkole, sama znam nauczyciela, który stara się tłumaczyć uczniom, że mogą, a nawet muszą, pomagać innym. I że konieczna jest akceptacja dla odmienności. W tym celu robi eksperymenty , które pozwalają młodym ludziom poczuć , jak to jest być odrzuconym, wykluczonym. To niezwykle pouczające, takie doświadczenie zostaje w człowieku na długo, potrafi zmienić. W młodym wieku zmiany są możliwe, później – bardzo trudne.

J: Z jednej strony utrwalanie niedobrych nastrojów, z drugiej – błędy w światowej polityce migracyjnej. Popatrzmy, co dzieje się w Niemczech. Merkel poniosła klęskę, choć być może chciała dobrze. Teraz Europa liczy na Turcję, to klucz do rozwiązania kryzysu migracyjnego.

d16048d

Jakie są cele waszych kolejnych podróży?

J: Latem chcemy polecieć do Ruandy. Ale chodzi mi też po głowie Świńska Plaża na Bahamach. To takie niesamowite miejsce zamieszkane przez dzikie świnki. Kiedyś uciekły z jakiegoś transportu, teraz żyją tam, pływają w czystej wodzie, są dokarmiane przez turystów.

A: Ja marzę o podróży na Alaskę. Ale bardzo często inspiracją do kolejnej podróży jest po prostu tani bilet. Bywało tak, że podejmowaliśmy decyzję w ciągu kilku minut, bo nagle znajdowaliśmy w sieci jakąś ciekawą ofertę na przelot.

Czy są jakieś kraje, do których z jakichś powodów nie chcecie jechać?

J: Na pewno Rosja – tam nas na razie nie ciągnie. Nie wybieramy się też do Chin – tam na razie się nie wybieramy . Nie spieszy nam się też na Kubę. Dopóki tamtejszy reżim nie skruszy się, dopóki sytuacja polityczna się nie zmieni i nie poprawi się sytuacja mieszkańców tego kraju, nie będziemy tam gościć. Ale jest przecież tyle ciekawych miejsc, do których warto jechać.

Maorysi pokrywają tatuażami zwanymi ta moko całe ciało, łącznie z twarzą. Kobiety – tatuują sobie brody Jacek Pawlicki
Maorysi pokrywają tatuażami zwanymi ta moko całe ciało, łącznie z twarzą. Kobiety – tatuują sobie brody Źródło: Jacek Pawlicki, fot: Jacek Pawlicki
d16048d
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d16048d