Marie Colvin, reporterka wojenna, która nie potrafiła przejść obojętnie obok ludzkiego cierpienia.
Marie Colvin, reporterka wojenna, która nie potrafiła przejść obojętnie obok ludzkiego cierpienia. (Getty Images, Fot: .)

Wojna zabrała jej oko, ale i tak widziała więcej niż inni. Została legendą

Rób to, w co wierzysz. Rób to z pasją. Rób szczerze i bez lęku, jak tylko najlepiej potrafisz, albo nie rób wcale. Marie Colvin zapamiętała tę lekcję od matki. Bez niej nie stałaby się najsłynniejszą korespondentką wojenną na świecie. Jednooką Marie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

– Wojna to odcięte kończyny, brud i kamienie. To rozdarte ciała. Wojna jest terrorem. Do mnie należy dawanie świadectwa – mówiła Colvin. Potem jechała do Libii, Iraku, Syrii, w których ludzie zgotowali sobie piekło.

Jej transmisja z oblężonego Dili w Timorze Wschodnim przejdzie do historii dziennikarstwa.
- Pierwszym zwiastunem kłopotów były krzyki dwóch skulonych staruszek, które uderzały w ściany kompleksu Organizacji Narodów Zjednoczonych, desperacko pragnąc wejść - relacjonuje w 1999 r.

Transmisja trwa 4 dni. Amerykanka jest z 1,5 tysiącem kobiet i dzieci, którym grozi śmierć. Ona i dwie Holenderki. - Gdzie są wszyscy mężczyźni? – dopytuje Colvin redaktorka siedząca w bezpiecznym londyńskim biurze. Dochodzi do niej głos Marie: - Nie ma już takich facetów jak kiedyś.

To ten tekst robi z niej legendę, która nigdy nie umrze, choć Marie nie ma już z nami.

Marie, twórczyni hałasu

Marie urodziła się 12 stycznia 1956 r. w nowojorskim Queens. William, jej ojciec, pokazuje córce, że nie wolno się ograniczać. Sam jest weteranem piechoty morskiej II wojny światowej i nauczycielem angielskiego nowojorskich szkół publicznych, aż wreszcie politycznym aktywistą partii demokratycznej w hrabstwie Nassau. Razem z żoną, radcą placówek edukacyjnych na Long Island, dostrzegają jak błyskotliwą, ale krnąbrną, upartą a równocześnie czasem niefrasobliwą, potrafi być ich córka.

To właśnie przez tę niefrasobliwość o włos nie dostałaby się na Yale. Przegapia termin składania papierów. Nie zapominajmy, Marie jest trochę bezczelna i mocno w siebie wierzy. Jedzie do komisji i z pewnością ogłasza: “Przyjmijcie mnie, nie pożałujecie”.

Co z tego, że nie wie jeszcze, czego właściwie chce? Dostaje się na antropologię, robiąc wokół sobie sporo szumu. Po latach określi się sformułowaniem: “noise-maker” - “twórczyni hałasu”.

Koledzy zapamiętają z kolei jej silny charakter. Ale to wrodzona ciekawość każe młodej kobiecie skończyć kurs u nagrodzonego Pulitzerem pisarza Johna Herseya. Po tym doświadczeniu zaczyna “robić hałas” w uczelnianej gazecie “The Yale Daily News”. Matka wspomni po latach: - To wtedy oznajmiła nam, że zostanie poważną dziennikarką.

Dyplom Yale Marie odbiera w 1978 roku, a jej przechwałki o „poważnej dziennikarce” nie są czcze. 12 miesięcy później panna Colvin jest już zatrudniona przez United Press International (UPI) - jedną z największych i najważniejszych agencji prasowych świata.

Najpierw pisze z Trenton (stan New Jersey). Potem z Nowego Jorku, aż wreszcie z Paryża. Możliwe, że we Francji zatrzymałaby się na dłużej, ale w 1985 r. przychodzi propozycja od “The Sunday Times” - medialnego giganta poważnej, brytyjskiej prasy.

Humanizować nieludzkie, to będzie jej hasło

Nad czym tu się zastanawiać? 29-latka pakuje walizkę, mówi Francji “Adieu” i przenosi się do Anglii. Będzie korespondentką wojenną. Nie zajmuje jej dużo czasu, aby wyrobić sobie nazwisko. W 1986 roku ląduje w Trypolisie. Miasto zostało właśnie zbombardowane przez USA. Zginęło 54 ludzi, w tym przybrana córka dyktatora Muammara Kadafiego.

Wybór Colvin jako tej, która ma rozmawiać z pułkownikiem, wydaje się najgorszym z możliwych. Kadafi traktuje kobiety brutalnie i przedmiotowo. Osobiście odwiedza szkoły i wybiera sobie niewolnice seksualne. Znęca się nad nimi i gwałci. Marie doskonale wie z kim do czynienia. Prosi towarzyszącego jej fotografa, by nie zostawiał jej sam na sam z Kadafim. To niewiele pomaga.

Źródło: Getty Images / Marie Colvin (druga z lewej) w Libii, 1987 r.

Libijski przywódca postępuje z nią po swojemu - próbuje uwieść, zamyka w pokoju ze swoją kobiecą świtą. Colvin dowiaduje się, że będzie musiała założyć tradycyjną suknię ślubną i satynowe zielone buty, zdecydowanie za małe na jej stopy. Ma też oddać krew do badania, bo Kadafi obsesyjnie boi się chorób wenerycznych. To wszystko jednoznacznie wskazuje, jaki ma być rozwój wypadków. Amerykanka zdecydowanie odmawia. Dla Kadafiego to całkowita nowość, przecież w Libii jest niczym Bóg. Uparta kobieta zaczyna go intrygować na tyle, że godzi się na rozmowę z nią. To Colvin jako pierwsza usłyszy, że nie ma szans na pojednanie Libii z USA, dopóki prezydentem jest Ronald Reagan. - Nie mam mu nic do powiedzenia. To szaleniec. To głupiec. To izraelski pies – wyrzuca z siebie Kadafi. To w czasie tej rozmowy Colvin wie, co będzie hasłem jej pracy - humanizować nieludzkie.

Rzeczywiście, stało się to jej znakiem rozpoznawczym Marie, korespondentki wojennej. Na nieszczęście dla siebie nie dodała do swoich zasad: nie bądź lekkomyślna.

W 1987 roku, wbrew ostrzeżeniom redakcji, przedostaje się na linię frontu w wojnie między Iranem a Irakiem. Basra jest pod ciągłym ostrzałem. Wydaje się, że bomb, kul i pocisków artyleryjskich jest więcej, niż cegieł w walących się budynkach. 30-letnia już Colvin to nadal "wojenna świeżynka". Bardziej doświadczony kolega po fachu chce zabłysnąć. Opisuje jej, jak rozpoznać, czy pocisk eksploduje blisko niej, a odgłos, którego może zignorować.

– Zaczniesz je w końcu rozróżniać – popisuje się dziennikarz i moment później kuli się na dnie okopu. Tymczasem Colvin ani drgnie. Stoi jak stała. Na ten widok iraccy żołnierze prawie pokładają się ze śmiechu, a pechowy "nauczyciel" Patrick Bishop z miejsca się w niej zakochuje.

Kobieta w strefie oblężenia

– Przez resztę podróży, którą spędziliśmy razem, myślałem, jak mogę wkupić się w jej łaski. Wyszedłem na dupka. Miałem fantazje, że nasz jeep zostaje ostrzelany, a ja wyciągam ją z wraku i ratuję życie – opowie później.

Na szczęście, nie będzie miał ku temu okazji, ale swoje osiagnął - Marie się w nim zakocha. Nie wie jeszcze, że taka miłość nie ma przyszłości, bo pierwszym parterem każdego z kochanków zawsze i tak będzie wojna. Jej małżeństwo z Bishopem przetrwa dwa lata. Po rozstaniu Marie powie, że jest on “ostatnią osobą, z którą chce się jeszcze spotkać, porozmawiać i ponownie o niej usłyszeć”.

Ale zanim się rozwiodą, Colvin relacjonuje konflikty w Czeczenii, Kosowie, Sierra Leone i Zimbabwe. W 1999 r. w Timorze Wschodnim przypisano jej uratownanie życia 1,5 tysiąca kobiet i dzieci – wygląda, że nacierająca armia indonezyjska nie zawaha się ich wymordować. Uciekają wszyscy, ale nie Colvin i dwie reporterki z Holandii. Wiedzą, że dopóki będą z bezbronnymi, jest szansa, że żołnierze nie ośmielą się na masakrę. Przez cztery dni Marie prowadzi relacje, za których sprawą niemrawe zwykle ONZ przyspiesza – błękitne hełmy docierają do kobiet i dzieci.

Przyjaciel Colvin powie później: "Często pytałem ją o tę decyzję. Powiedziała mi, że ani przez moment nie miała wątpliwości, co powinna zrobić. Nie wyobrażała sobie po prostu uciec, mimo ucisku w brzuchu na widok pojawiających się samochodów ciężarowych z żołnierzami".

3 lata Colvin znów ryzykuje ponad miarę. Przebrana za żydowskiego osadnika kręci materiały o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Udaje się jej skontaktować z samym Yasserem Arafatem - łącznie 24 rozmowy z przywódcą Organizacji Wyzwolenia Palestyny stanowią oś filmu dokumentalnego dla BBC.

A Marie nie zwalnia. W 1992 r. znów podnosi poprzeczkę kolegom, gdy jako jedna z pierwszych relacjonuje wojnę w Zatoce Perskiej. Gdyw redakcji myślą, że nie da się zrobić więcej, u Colvin kolejne sukcesy przyćmiewają poprzednie.

Demony wojny

W 2001 roku Colvin przesyła korespondencje z terytorium kontrolowanego przez tamilskich buntowników. Pokazuje światu umierających z głodu ludzi. 16 kwietnia opuszcza ja, towarzyszący jej dotychczas fart korespondenta wojennego. Przechodzi właśnie przez plantację nerkowców, gdy rozpoczyna się atak lankijskich wojskowych. Marie wie, że nie zdąży uciec. Podnosi ręce i krzyczy: “Dziennikarz! Amerykanka!”.

Nie pomaga. W jej stronę leci granat. Odłamki przebijają Amerykance płuco i pozbawiają lewego oka. Do krwawiącej Marie podbiega żołnierz. W poszukiwaniu broni zrywa z niej koszulę.

– Przyznaj się! Przyszłaś nas zabić! - wydziera się. Ciagnie ranną i wrzuca na pakę ciężarówki.

Colvin cudem przeżyje. Świat obiegną zdjęcia ze szpitala. Ludzie zapamiętają jej rozpacz - do końca życia na lewym oczodole nosić czarną opaskę. Ale to za sprawą relacji Colvin władze Sri Lanki decydują się na wpuszczenie zagranicznych dziennikarzy.

Źródło: East News / Marie Colvin w szpitalu. Jej stan określano już wtedy jako stabilny

Dla Tamilów nie jest wyrzutem sumienia, jest bohaterką. Niektórzy w uniesieniu będą chcieli nawet oddać jej własne oczy. Tyle że ona straci o wiele więcej niż wzrok. Zapada na PTSD, zespół stresu pourazowego. Dramat pogłebi się, gdy wkrótce jej drugi mąż, boliwijski dziennikarz Juan Carlos Gumucio, popełni samobójstwo. Marie pomaga jedynie świadomość, jak ważną pracę wykonuje: – Są ludzie, którzy nie mają głosu. Czuję, że mam wobec nich moralny obowiązek, że ignorowanie ich byłoby tchórzostwem. Jeśli dziennikarze mają szansę uratować życie, powinni to robić.

Jestem reporterką, idę

– Wiem rzeczy, których nie chcę wiedzieć. Na przykład, co się dzieje z ciałem dziecka, gdy jest palone żywcem. Nie mogłam już czuć - mówi swojej siostrze w trakcie rekonwalescencji.

Tylko Marie wie, ile kosztuje pokazywanie piekła na ziemi, ale jest powściągliwa. Nawet po najgorszym doświadczeniu umie zażartować, że marzy tylko o martini z wódką i papierosie.

Gdy wraca w teren, padają oskarżenia, że “The Sunday Times” wysyła reporterów na pewną śmierć. Przyjaciółka i wykonawczyni testamentu Jane Wellesley tłumaczy, że gdyby Colvin odmówiono pracy, którą kochała ponad wszystko, to by ją zabiło. Bo obojętność, to coś, czego nie znała.

Dlatego, kiedy rozpoczyna się Arabska Wiosna, wskakuje do samolotu i leci do Syrii. Nie robią na niej wrażenia informatorów, że zagraniczni dziennikarze znalezieni w Baba Amr "zostaną straceni”.

– Marie zawsze mówiła: Dla historii warto umrzeć, inaczej po co ją spisywać – opowiadał potem Paul Conroy, fotograf, który współpracuje z Amerykanką.

Do Homs przedostają się kanałem burzowym. Za towarzyszy mając buntowników Wolnej Armii Syryjskiej. Słyszą wybuchające na powierzcni pociski. Przed sobą mają ciemność. Idą trzy kilometry.

– Myślałem: Pieprzone piekło. Jak długo to potrwa? – opowie Paul.

Najgorsze ma nadejść. Miasto jest oblężone. Cywile w Baba Amrze nie mają dokąd uciec przed ostrzałem artylerii i snajperów. Fotograf liczy: 45 eksplozji na minutę. Nie do pojęcia. Nawet Marie przyznaje, że nie widziała niczego podobnego.

Źródło: East News / Marie w Kairze. To zdjęcie pokazano 22 lutego 2012 r., w dniu śmierci reporterki

Po kilku dniach przychodzą wieści, że siły prezydenta Assada przygotowuja się do szturmu. Conroy i Colvin niechętnie, ale się wycofują. Kiedy doniesienia okazują się nieprawdziwe, redakcje dają dziennikarzom zielone światło na powrót. Niemniej fotograf ma złe przeczucia. Od Marie słyszy jednak: "Jestem dziennikarzem, ty fotografem. Jeśli chcesz, zostań. Ja idę".

W Homs historia, która przypieczętuje ich przeznaczenie, przybrała postać umierającego dziecka. Pokazuja światu jego ostatnie, desperackie oddechy, które zdawały się podsumowywać bezradność ludzi w Baba Amr i barbarzyństwo reżimu Assada.

Ostatnia misja wielkiej Marie

– Większość ludzi, z którymi tam byliśmy, ginęła – wspomina Conroy. – Szanse, że będziemy żyć wystarczająco długo, aby napisać tę historię, były zerowe. I my to wiedzieliśmy – dodaje.

Colvin ignoruje strach i udziela wywiadów przez Skype'a. Ostatni to ten z Andersonem Cooperem dla CNN. Jest 21 lutego 2012 roku. Następnego dnia Marie Colvin zginie.

Wstaje wcześnie, by odwiedzić szpital. Conroy chce wyjść razem z nią. Chodzą na palcach, by nie zbudzić francuskich dziennikarzy, którzy niespodziewanie do nich dołączyli. Jej ostatnie słowa brzmią: "Och, k..a, snajperzy będą na nogach".

Wtedy przez drzwi wpada granat. Uderzenie jest tak potężne, że fotograf przelatuje kilka metrów w powietrzu. Upada przy Marie. Leży pod stertą gruzu, nieruchoma. Conroy ostatkiem siły kładzie głowę na jej piersi. To koniec.

Rząd syryjski zatrzymuje ciało reporterki. Twierdzi, że zabili ją terroryści, a konkretnie stworzone przez nich amatorskie urządzenie wybuchowe wypełnione gwoździami.

– To wojna, a ona przyjechała tu nielegalnie - komentuje zgon Amerykanki prezydent Baszar al. Assad – Jest odpowiedzialna za wszystko, co ją spotkało.

Marie Colvin zostawiła przesłanie: Pokazywanie wojny oznacza udanie się do miejsc rozdartych chaosem, zniszczeniem, śmiercią i bólem i próbą dawania świadectwa. Dbam o doświadczenie tych, którzy są najbardziej bezpośrednio dotknięci wojną, tych, którzy są zainteresowani walką i tych, którzy próbują przetrwać. Podróż do tych miejsc, odkrycie tego, co się dzieje, jest jedyną drogą do poznania prawdy. Pomimo wszystkich filmów, które widzisz w telewizji, to, co jest na ziemi, pozostaje niezmienne przez ostatnie 100 lat. Kratery. Spalone domy. Kobiety płaczące nad synami i córkami. Cierpienie. W moim zawodzie nie ma szans na bezrobocie. Prawdziwą trudnością jest posiadanie wystarczającej wiary w ludzkość, aby ufać, że ktoś się tym przejmie.

***

W 2018 roku na ekrany kin wszedł film "A Private War". W rolę Marie wcieliła się Rosamund Pike. Podobieństwo aktorki, nie tylko wizualne, do pierwowzoru jest uderzające. Ci, którzy znali Colvin mówią, że 39-letnia aktorka mówi jak Marie, porusza się jak Marie, gestykuluje jak Marie i jak Marie jest cholernie pyskata. Rosamund Pike zdradza, że w jednej ze scen ma na sobie sweter słynnej dziennikarki. Czuje się więc tak, jakby była z nią na planie. Może bierze sobie też do serca radę jej matki: "Miej pasję. Bądź zaangażowany w to, co wierzysz. Rób to tak całkowicie, szczerze i bez lęku jak tylko potrafisz".

Polub WP Kobieta
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne