Kupuje za grosze i sprzedaje w sieci. Mówi, ile zarabia miesięcznie

Dla niektórych sprzedaż ubrań online stała się sposobem na życie - zdjęcie ilustracyjne
Dla niektórych sprzedaż ubrań online stała się sposobem na życie - zdjęcie ilustracyjne
Źródło zdjęć: © Adobe Stock

24.03.2024 06:50, aktual.: 24.03.2024 09:54

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Ania z kupowania z ubrań w lumpeksach i ich sprzedaży na Vinted uczyniła swoje główne źródło dochodu. Dla niektórych to nieetyczne. – Nie umiemy cieszyć się z sukcesów innych ludzi, zwłaszcza gdy ktoś wpadnie na dobry pomysł przed nami – komentuje psycholożka biznesu Izabela Kielczyk.

Platforma ogłoszeniowa Vinted działa od 2008 r. Wymyślili ją Litwini – Milda Mitkute i Justas Janauskas. Z założenia Vinted miał umożliwić osobom prywatnym sprzedaż i wymianę nienoszonej już odzieży. Obecnie na platformie można znaleźć już nie tylko ubrania, ale również akcesoria (w tym dla zwierząt), zabawki, kosmetyki, książki, gry, meble dziecięce czy elementy wyposażenia domowego.

Biznesmenka czy naciągaczka?

W Polsce Vinted działa od 2013 r. i ma już ponad 10 mln zarejestrowanych użytkowników. Wśród nich są zarówno kupujący, jak i sprzedający. Ci drudzy nierzadko prowadzą tu całkiem dobrze prosperujące biznesy. Jak Ania, dla której to obecnie główne zajęcie. Jest w stanie zarobić 5-6 tys. zł miesięcznie.

Towar kupuje w second handach. Ubrania pierze, prasuje, fotografuje i wystawia na sprzedaż. Konto, które uruchomiła prawie rok temu, tak się rozwinęło, że dziś Ania na Vinted nie tylko sprzedaje, ale uczy też, jak zarabiać na tej platformie dobre pieniądze. I tu pojawia się problem: kiedy pochwaliła się swoim sposobem na zarabianie, internauci żywo zareagowali.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Jedni internautkę pochwalili, uznając, że jest przedsiębiorcza i że chętnie skopiują jej pomysł na biznes. Inni jednak nie przebierali w słowach: wytknęli jej, że naciąga użytkowników, "kupując ciuchy za grosze i sprzedając za kilkaset", że to, co robi, jest nie w porządku albo wręcz nieetyczne. I że mija się to z główną ideą Vinted, czyli sprzedawaniem własnych, nienoszonych już rzeczy lub tych, z których np. wyrosły nasze dzieci.

Dobrze rozumie to Dorota, która od czasu do czasu też sprzedaje na Vinted – najczęściej swoje rzeczy, ale zdarzyło jej się kupić coś w lumpeksie za grosze, a ponieważ na nią nie pasowało, postanowiła to sprzedać. Nieźle na tym zarobiła. – W second handach można upolować perełki, które na Vinted dobrze się sprzedają, bo są markowe, ale ja tak zrobiłam tylko raz – wyznaje Dorota.

Czy przeszkadza jej, że ktoś zarabia pieniądze, działając w ten sposób? – Nie – zapewnia. – Ale wiem, że niektórym tak. Widziałam tamtą dyskusję, wiem, o kogo chodzi. Mnie nie przeszkadza, jak ktoś jest przedsiębiorczy, zaradny i dobrze na czymś zarabia, bo przecież stoi za tym praca, jednak wiem, że niektórych to wkurza.

Pierwszy milion trzeba ukraść

Opowiadam Izabeli Kielczyk, psycholożce biznesu, mentorce i trenerce, co usłyszałam od kuzynki mieszkającej w Chicago: "W Stanach Zjednoczonych jest tak – ty masz, a ja nie mam, więc zrobię wszystko, żeby też mieć, podczas gdy w Polsce jest tak – ty masz, a ja nie mam, więc zrobię wszystko, żebyś ty też nie miał". To cytat sprzed ok. 20 lat, ale Izabela Kielczyk wyznaje, że niewiele się w tej kwestii w naszej mentalności zmieniło.

– Hasło jest naprawdę świetne i sporo o nas mówi. W Stanach dzieci są wychowywane inaczej. Czymś normalnym jest tam mówienie o spełnieniu swojego "american dream" czy kariery "od zera do milionera". A w Polsce? Sukcesy innych nas drażnią, często uważamy, że wszyscy powinni mieć podobnie. Czujemy się lepiej, gdy każdy ma po równo. Do dziś zdarza mi się słyszeć, że "pierwszy milion trzeba ukraść" – mówi Izabela Kielczyk.

Zdaniem psycholożki w podejściu Polaków do pieniędzy i biznesu mimo wszystko widać zmiany na plus – zwłaszcza w przypadku młodego pokolenia, które np. dzięki internetowi i social mediom potrafi się teraz szybciej dorobić. Są jednak osoby, które trafiają do gabinetu Izabeli Kielczyk – nierzadko ludzie przedsiębiorczy, zamożni, właściciele firm – a które ubolewają, że czują wokół siebie zawiść.

– Niestety, otoczenie widzi tylko sukces i pieniądze, nie widząc zaplecza. Tego, że ktoś "po drodze" zaniedbał rodzinę, siebie, swoje zdrowie. Za sukcesem zawodowym często stoi wypalenie, depresja. Nie widzimy też tego, że dla osoby, która dobrze zarabia na Vinted, jest to praca dzień w dzień – mówi Izabela Kielczyk, dodając, że osoby, którym powiodło się w biznesie, powinny same mówić o ciemnych stronach sukcesu: o wysiłku, kosztach, wyrzeczeniach.

– Tak naprawdę nie każdy ma zasoby, żeby to udźwignąć. O tym też mówi się stanowczo za mało. Jak również o tym, że osoba zamożna nie jest bankomatem i ma prawo odmówić pożyczenia pieniędzy. To kolejny problem, z którym stykam się w swoim gabinecie – uzupełnia psycholożka.

A co ze środowiskiem?

Dorota uważa, że czasem trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby sprzedać coś na Vinted. – Wiem z doświadczenia. Zrobić przegląd szafy, wybrać to, co się nadaje do sprzedaży, wyprać, przeprasować, pomierzyć, zrobić dobre zdjęcia i do tego opisy. To jest wbrew pozorom masa pracy. Zdarza się, że ktoś zadaje pytania, negocjuje cenę, ale ostatecznie się wycofuje, dlatego ja nie mam nic przeciwko temu, że ktoś chodzi "na ciuchy" i szuka tam towaru do dalszej odsprzedaży. Nie widzę w tym nic nieetycznego – podkreśla.

Dlaczego sprzedaż ubrań pochodzących z drugiej ręki z dobrym zyskiem na Vinted razi szczególnie? Problem może leżeć też w tym, że jak zauważa psychoterapeutka Agata Pajączkowska z poradni Psychowskazówka, ludzie nie lubią być "robieni w konia". Gdy kupujemy ubranie w "normalnym sklepie", nie wiemy, jak wysoka jest marża.

– A na Vinted jest jasne, że są to ubrania używane, czyli tanie. Jeśli ktoś na dodatek chwali się tym, że szuka ubrań w second handach i robi na nich biznes, wielu to drażni. Nikt nie lubi być oszukiwany czy naciągany – tłumaczy ekspertka.

Zarówno Agata Pajączkowska, jak i Izabela Kielczyk zwracają uwagę na to, że kupowanie ubrań z drugiej ręki miało m.in. służyć ochronie środowiska. – Zaopatrywanie się w odzież w second handach w innym celu przeczy tej idei – twierdzi Agata Pajączkowska.

Izabela Kielczyk dodaje: – Nie umiemy cieszyć się z sukcesów innych ludzi, zwłaszcza gdy ktoś wpadnie na dobry pomysł przed nami. Denerwujemy się: "Dlaczego sam tego nie wymyśliłem? Przecież to taki łatwy zarobek". Ale nie wymyśliłem. I co jest w tym złego, że ktoś kupuje używane ubrania, a następnie je sprzedaje? Cóż, Jurka Owsiaka też się czepiają.

* Imiona bohaterek zostały zmienione na ich prośbę

Ewa Podsiadły-Natorska dla Wirtualnej Polski

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Zobacz także