Jest stewardem. Zdradza, jak zachowują się pasażerowie

Łukasz Wolny jest stewardem z wieloletnim doświadczeniem
Łukasz Wolny jest stewardem z wieloletnim doświadczeniem
Źródło zdjęć: © Adobe Stock, Materiały prywatne

17.06.2023 06:00, aktual.: 26.09.2023 10:45

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

- Niektórzy pasażerowie nie ukrywają, że lecą na – jak mówią – "all-excuse me", aby najeść się do syta i pić darmowe drinki. Dlatego już w samolocie potrafią dawać się we znaki załodze - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Łukasz Wolny, steward z wieloletnim doświadczeniem.

Joanna Bercal, dziennikarka Wirtualnej Polski: Zbliża się sezon wakacyjny. Obsługę samolotów czeka więcej pracy?

Łukasz Wolny, szef pokładu i instruktor w szwajcarskich liniach lotniczych: Tak, w lotnictwie i turystyce to czas wzmożonej pracy. Choć linie lotnicze przygotowują się na niego wcześniej i tak panuje spory chaos wynikający z braków personelu, zarówno w załogach pracujących na pokładach, jak i płytach lotnisk. A to oznacza dla nas ciągłe zmiany w grafikach i ciągłą gotowość do pracy. W wakacje jestem niemal wyłączony z życia towarzyskiego i rodzinnego.

Ktoś może powiedzieć, że piękne podróże i zwiedzanie hoteli.

Wiele osób ma takie wyobrażenie, bo widzą u mnie na Instagramie zdjęcia z białej jak mąka plaży, na tle 600-letnich zabytków, gdy w towarzystwie ludzi z całego świata próbuję lokalnych potraw i drinków. Mam to szczęście, że po latach ciężkiej pracy, dzięki znajomości sześciu języków, mogę wykonywać rejsy do najbardziej egzotycznych krajów, takich jak Malediwy, Mauritius, Zanzibar, Kolumbia, jednak ja tam wciąż jestem w pracy. I choć lubię współpracowników, nie są moją rodziną, z którą zdecydowanie wolałbym tam być. Nie każdy zdaje sobie też sprawę z tego, że poza tęsknotą, wieczne niedosypianie i dźwiganie ciężkiego sprzętu odbija się na naszym zdrowiu.

Takie choroby zawodowe?

Zwyrodnienia kręgosłupa są chyba najczęstszymi schorzeniami. Trzeba się też liczyć z problemami z ciśnieniem czy słuchem. Wiele koleżanek mierzy się też z nieregularnymi cyklami menstruacyjnymi czy ich zanikiem. 

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Wielu osobom ta praca wciąż wydaje się banalną obsługą pasażerów. Taki kelner w samolocie.

Jeszcze kilkanaście lat temu był to zawód prestiżowy i elitarny. Szczególnie w czasach, gdy na pólkach stały tylko musztarda i ocet, a rodziny i znajomi stewardes dysponowali produktami, o których inni mogli tylko pomarzyć. Jak wspominała jedna z moich bardziej doświadczonych koleżanek: "z Chin przywoziliśmy tiul, a z Turcji pomarańcze". Kiedyś dodatkowo stewardesy były tłumaczkami i pomagały pilotom w komunikowaniu się z wieżą naziemną. Wykazywały się nienaganną prezencją, elokwencją.

Chcę wierzyć, że tak jest nadal i są linie lotnicze posiadające wewnętrzny portret psychologiczny osoby na tym stanowisku, jednak to fakt - obecnie jesteśmy uważani głównie za kelnerów. W sumie nie ma co się dziwić - latanie nie jest już luksusem, a powszechnością.

Ale to nie jest tylko obsługa.

Nie. Szczególnie gdy coś się dzieje, to właśnie stewardzi i stewardesy są odpowiedzialne za bezpieczną i sprawną ewakuację. Osobiście praca na pokładzie kojarzy mi się z wejściem do gry, w której główną rolę gra czas, który dyktuje kolejne kroki. Na ziemi, w trudnej sytuacji można powiedzieć: "koniec, idę na papierosa" albo "potrzebuję 15 minut przerwy", a w ekstremalnych sytuacjach "muszę iść wcześniej do domu". Na pokładzie tego nie ma, a wszystko ma ściśle określony czas – od operacji lotniczych pozwalających np. na to, by pasażerowie zdążyli na loty przesiadkowe, po całą "choreografię lotu", czyli przygotowanie samolotu, przeprowadzenie serwisu itp.

I zachowywanie zimnej krwi, mimo zmęczenia, gdy zajdzie taka potrzeba.

Odporność na stres i podejmowanie szybkich decyzji przy zachowaniu profesjonalizmu, życzliwości i empatii są kluczowe. No i oczywiście znajomość przynajmniej angielskiego oraz pasja, bo zarobki i specyfika pracy nie są zachęcające.

A do tego pasażerowie. O tym, co wyprawiają na pokładach samolotów, krążą już legendy.

To niestety prawda, pasażerowie bywają różni. Wiele zależy od linii lotniczej, czy jest to regularna rejsowa, gdzie większość pasażerów kursuje z danego miejsca, by np. odwiedzić rodzinę, czy linia charterowa, gdzie często mamy pasażerów podróżujących na wakacje raz w roku. W sumie co kierunek to inni ludzie. Malediwy to w większości pary młode, które na pokładzie zjawiają się często w ślubnych strojach. Mykonos to – jak mówimy - zwykle duże pieniądze, droga biżuteria, ubrania z najwyższej półki i osoby kompletnie nieprzypominające siebie ze zdjęcia paszportowego. Duże znaczenie ma też konkretne połączenie, jak znienawidzone przeze mnie Zurich – Frankfurt lub Zurich - Paryż.

Dlaczego?

Istnieją cechy wspólne, które w pewien sposób determinują zachowanie ludzi z konkretnych krajów. Oczywiście to nie są same negatywy, ale da się zauważyć pewne zależności. Niemcy zwykle są chłodni i konkretni. Gdy wiedzą, że należy im się tabliczka czekolady, to choćby mieli alergię - weźmą, bo zapłacili. Uwielbiają też podkreślać swój status, jak np. program lojalnościowy dla osób często podróżujących. Gdy podają swój tytuł przy rezerwacji biletu - np. dr Schmidt – to wymagają, aby się w ten sposób do nich zwracać.

Francuzi z kolei mówią tylko w swoim języku, a wystarczy popełnić drobny błąd, to wywracają oczami z dezaprobatą. Loty do Francji zawsze kojarzyły mi się też z ociekającymi złotem obywatelami Rosji, z których wielu chętnie prosi o koniak do kawki o 6 rano.

O Polakach, szczególnie lecących do Hurghady, powstają przecież memy.

Oczywiście! Jak wspominałem, konkretne destynacje, jak właśnie Egipt czy Turcja, zwykle są kierunkiem czarterowych lotów wakacyjnych i niektórzy pasażerowie nie ukrywają, że lecą na – jak mówią – "all-excuse me" (zamiast "all inclusive" - red.), aby najeść się do syta i pić darmowe drinki. Dlatego już w samolocie potrafią dawać się we znaki załodze.

To znaczy?

Zawsze śmieję się, że żaden inny naród nie może powiedzieć nic złego o Polakach, ale ja, jako Polak z krwi i kości, mam ku temu legitymację. Oczywiście żartuję. Naprawdę to nasi rodacy latają często i zwykle są życzliwi. Wcale też nie pijemy więcej niż Niemiec czy Francuz. Jednak faktycznie, zdecydowanie chętniej niż inne nacje zamówimy kolejnego drinka. Polacy łatwo nawiązują też relacje z innymi współpasażerami. Łączą się w grupki, piją przysłowiowego "brudzia", a kiedy w głowach zbyt mocno zaszumi, zaczynają się coraz ostrzejsze wymiany zdań, a nawet bójki.

Kilka razy w mojej karierze musiałem wezwać policję i taka pani lub pan, którzy zdecydowali się mnie szarpać w czasie lotu, zamiast w hotelu lądowali na komisariacie. Nie brakuje też toaletowych palaczy, co jest nagminne w czarterowych lotach z Polski, i amatorów tzw. podstoliczanki.

"Podstoliczanka", czyli swój alkohol lub ten ze strefy bezcłowej?

Oczywiście, bo przecież własne piwko czy butelka wódki zakupiona na "bezcłówce" smakuje lepiej niż gin z tonikiem przyniesiony przez stewardesę. W takich sytuacjach zawsze pytam, czy smakuje im drink bez lodu, bo obsługa zwykle przynosi z lodem. W taki sposób pokazuję, że mam świadomość tej wódeczki w torebce. Jak nauczycielka na sprawdzianie z matematyki.

Widzicie i słyszycie wszystko.

Dokładnie.

Praca na pokładzie to nie tylko zabawne historie. Jaki był twój najtrudniejszy lot?

Zawsze pracujemy na podstawie procedur, które przewidują różne sytuacje, więc na wiele rzeczy jesteśmy gotowi. Zdarzają się jednak trudne chwile. Dla mnie jednym z najtrudniejszych momentów w karierze był lot, podczas którego miałem na pokładzie rodziców w traumie, wyłączonych z jakiejkolwiek komunikacji, a w cargo pod pokładem ich 8-letniego synka w trumnie. Na to nie da się przygotować, a trzeba zachować kontrolę, choć w środku serce rozpada się na milion kawałków.

A miło wspominany moment?

Był taki. W moje własne urodziny zostałem wezwany na zastępstwo za szefową pokładu, która z przyczyn zdrowotnych nie mogła polecieć. Pasażerowie już siedzieli w samolocie i w zasadzie czekali tylko na mnie. Od momentu wezwania zwykle mamy 60 minut, aby dotrzeć na miejsce, więc byłem przekonany, że pasażerowie będą mnie obwiniać za opóźnienie. Ale gdy pojawiłem się na pokładzie, zaczęli klaskać i śpiewać "Sto lat, sto lat". Okazało się, że kapitan ich uprzedził, iż z przyczyn operacyjnych czekamy na innego szefa, który uratuje nasz lot.

Rozmawiała Joanna Bercal, dziennikarka Wirtualnej Polski

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Zobacz także