GwiazdyKangur, krokodyl... czyli wakacje Kasi Glinki

Kangur, krokodyl... czyli wakacje Kasi Glinki

Kangur, krokodyl... czyli wakacje Kasi Glinki

02.08.2010 12:01, aktual.: 04.08.2010 10:23

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Jak smakuje kangur, krokodyl, czy zebra? Dlaczego nie zjadła psa, ropuchy, ani robaków. Dlaczego zamiast Chin wybrała podróż do Kambodży? Aktorka Katarzyna Glinka opowiada o swoich wakacyjnych przygodach i nie tylko. Dzieli się wrażeniami z pracy na planie najnowszej komedii "Och, Karol", w której partneruje Piotrowi Adamczykowi.

Jak smakuje kangur, krokodyl, czy zebra? Dlaczego nie zjadła psa, ropuchy, ani robaków. Dlaczego zamiast Chin wybrała podróż do Kambodży? Aktorka Katarzyna Glinka opowiada o swoich wakacyjnych przygodach i nie tylko. Dzieli się wrażeniami z pracy na planie najnowszej komedii "Och, Karol", w której partneruje Piotrowi Adamczykowi.

Po długim okresie intensywnej pracy czas chyba na wypoczynek?

Jeszcze przez dłuższy czas nie będę mogła sobie pozwolić na wypoczynek z prawdziwego zdarzenia. Na razie plany wakacyjne muszę odłożyć na później, ponieważ lato będę spędzać na różnych planach zdjęciowych.

Między innymi grasz w filmie „Och, Karol”. Jak minął pierwszy dzień na planie?

Bardzo dobrze! Tak się złożyło, że zaczęliśmy od dość trudnych moich scen z Piotrem Adamczykiem, ale oboje sobie dzielnie z tym poradziliśmy (śmiech). Na razie nie mogę za wiele zdradzać, ale jedno powiem - atmosfera jest bardzo przyjemna. Ale chyba możesz już coś więcej powiedzieć o swojej bohaterce? Ma na imię Ada i jest kelnerką. Jest ostatnią na liście podbojów tytułowego Karola... Adrianna pojawia się w momencie, kiedy cała prawda o związkach Karola wychodzi na jaw. Gdy główny bohater ma już dosyć wszystkich kobiet, z którymi się wiązał. Nowa dziewczyna ma być jego wybawieniem i lekiem na całe zło. Karol snuje z nią ciekawe plany na przyszłość.

Z pracy przenieśmy się znów bliżej wakacji. Trafił ci się wyjazd, który potoczył się inaczej niż zakładałaś?

Pamiętam jak pojechaliśmy z mężem do Chin i zastaliśmy strasznie brzydką pogodę. Nie dało się nic zwiedzać. Lało jak z cebra i co tu w takiej sytuacji robić? Byliśmy kompletnie tym zaskoczeni, ale przecież nie zrezygnujemy z wyprawy! I tak od zera zorganizowaliśmy sobie wylot i zwiedzanie Kambodży. Mieliśmy z tym trochę nerwów, ale największą radością i satysfakcją było to, że szybko udało nam się zupełnie zmienić plany i miejsce pobytu. I trzeba przyznać, że później takie zwroty akcji wspomina się najmilej i z uśmiechem. Rozczarowałaś się kiedyś miejscem, w które się udałaś? Nie, ponieważ ja się nie nastawiam i przyjmuję wszystko z dobrodziejstwem inwentarza (śmiech). Nigdy nie staram się wyobrazić sobie w jakiś niesamowity sposób miejsca, do którego jadę. Oczywiście czytam przewodniki, jestem zorientowana, ale jestem też otwarta na nowy kraj i kulturę.

Eksperymentujesz z kuchnią w miejscu, w którym jesteś?

W granicach rozsądku. Najważniejsze jest dla mnie spróbować kuchni wykonywanej przez tubylców dla tubylców. Tylko wtedy można zasmakować prawdziwych miejscowych potraw. A co najbardziej ekstremalnego zdarzyło Ci się zjeść? Nie jadłam robaków, nie zjadłam również psa, który był serwowany w Chinach, ani ropuchy. Nie jestem tak ekstremalna (śmiech). Natomiast zdarzyło mi się zjeść kangura, krokodyla i zebrę.

Ich smak można porównać do jakiegoś znanego nam mięsa?

Kangur podobny jest smakowo do dziczyzny. Zebra z kolei to ciężkie, twarde mięso – powiedziałabym, że podobne do koniny.

Zawiodłaś się kiedyś potrawą narodową, daniem firmowym jakiegoś kraju?

Zdecydowanie pizza smakuje mi dużo bardziej w Polsce niż we Włoszech. Uważam, że w Polsce jest jakoś lepiej doprawiona, soczysta i esencjonalna. We Włoszech pizze, które jadłam, były suche i mało apetyczne.

Jaki smak kojarzy Ci się z beztroskimi wakacjami Twojego dzieciństwa?

Na pewno świeżo wyrywana marchewka z działki mojej babci. Ale też niezapomnianym smakiem lata była dla mnie oranżada sprzedawana w woreczkach. Ówczesny napój bogów (śmiech). Wspominam ten smak do dzisiaj, bo teraz już nigdzie się takiej oranżady nie robi.

Twoja sprawdzona metoda na upał?

Ciężko powiedzieć, bo ja gdy tylko jest ciepło, to wystawiam się do słońca. Uwielbiam słońce i nie narzekam nigdy, że jest go za dużo. Uważam, że mamy tak krótkie lato, że należy tylko korzystać!

Ale może chociaż lody dla ochłody?

Bardzo lubię lody, z tym, że one nie gaszą pragnienia, a wręcz je rozbudzają. Dlatego lody staram się konsumować wieczorem. Natomiast fantastyczna jest chłodna woda gazowana z cytryną. Oprócz niej nic więcej mi nie trzeba w upalne dni.

Jaki utwór kojarzy Ci się z określeniem "letnia piosenka"?

Formacja Nieżywych Schabuff i „Lato... lato wszędzie!” Jak słyszę ją w radio, to już wiem, że na pewno są wakacje (śmiech).
Rozmawiała: Joanna Rutkowska

Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (5)