Trwa ładowanie...

Ratownicy medyczni powoli mają dość. "Jedziemy na skraju wytrzymałości"

Ratownicy medyczni przed wejściem do pacjenta muszą ubrać się w skafandry ochronne. Ponieważ interwencja może trwać kilka godzin, przed ich założeniem chcą załatwić potrzeby fizjologiczne. Pukają do księdza z lokalnej plebanii, do pana ochroniarza. Nikt nie chce ich wpuścić do środka.

Share
Ratownicy medyczni powoli mają dość. "Jedziemy na skraju wytrzymałości"Źródło: Getty Images
d11x3d1

"Obawiamy się, że po fali przyjaźni od społeczeństwa może się pojawić fala hejtu w stronę medyków: że zarażają, że nie robią wystarczająco dużo" – piszą ratownicy medyczni na facebookowym profilu "To nie z mojej karetki". Dodają, że są na skraju wytrzymałości.

Ratownicy muszą radzić sobie nie tylko z presją ze strony opinii publicznej czy pacjentów, ale również ich własnych rodzin. Czas, który powinni poświęcić na bycie w domu, z najbliższymi, poświęcają na pracę. "Byłem w tym miesiącu w domu tylko kilka razy i głównie po to, aby zrobić pranie i chwilę się przespać" – piszą medycy. "Historia tworzy się na naszych oczach. Zadbajmy o to, żeby było to pozytywne wspomnienie" – apelują.

Ratownicy medyczni o nastrojach społecznych

Ratownicy, podobnie jak lekarze czy pielęgniarki, pracują na pierwszej linii frontu w walce z koronawirusem. W swojej pracy codziennie podejmują ryzyko. Od społeczeństwa oczekują zrozumienia i życzliwości.

"Dzisiaj u pacjenta pod blokiem ubieraliśmy się w karetce w skafandry. Nauczeni doświadczeniem chcieliśmy się wysikać przed kilkugodzinnym uwięzieniem w tych ciuchach. Niestety pan ochroniarz z parkingu i ksiądz z lokalnej plebani odmówili nam wejścia. Dopiero właściciel zaprzyjaźnionej knajpy z obiadami zaprosił do środka. Dzięki Piotr" – napisali ratownicy.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz także: Koronawirus. Ministerstwo Zdrowia opublikowało specjalny film

d11x3d1
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d11x3d1
d11x3d1